Facebook
kontakt
logo
Strona główna > STREFA BLOGU
JERZY CIERPIATKA o polskim cudzie na Wembley
autor
Jerzy Cierpiatka (ur. 1953 w Krakowie) - dziennikarz sportowy. Reporter i felietonista „Tempa”, „Gazety Krakowskiej”, „Dziennika Polskiego”, „Przekroju”, wieloletni współpracownik katowickiego wydawnictwa „GiA”. Autor bądź współautor wielu książek, m. in. trzech monografii Małopolskiego Związku Piłki Nożnej, „Boży doping”, „90 lat Białej Gwiazdy”, „85 lat RKS Garbarnia”, „Od Urugwaju do Rosji” (historia mundiali), „Jak to było naprawdę” (prawdziwe opowieści sportowe), „Olimpizm polski”, „Poczet związkowych legend”.
Wcześniejsze wpisy:

Z DOMIESZKĄ RETRO (12)

Pół wieku, a jak wczoraj…

Zdarłem kartkę z kalendarza, widniało na niej „17 października” i nie trzeba było czegokolwiek dopowiadać. Ten dzień zawsze kojarzyć się będzie z Wembley, niezależnie ile lat od tamtego niesamowitego meczu minęło. Ale teraz stuknęło akurat pół wieku, to mimo wszystko zmienia postać rzeczy. Bo jakże przy takiej okazji nie skorzystać z wehikułu czasu?


No i sam to robię… Circa dekadę wstecz ukazująca się w Essen niemiecka gazeta „RevierSport”, przy okazji finałów EURO 2012, zaprosiła do współpracy kilku polskich dziennikarzy. Znalazłem się w tym gronie, z inspiracji niemieckiego historyka z dziennikarza Ralfa Piorra zlecono mi napisanie tekstu szukającego paraleli pomiędzy „Cudem w Bernie” (Niemcy - Węgry 3-2 w finale MŚ ’54) a „Cudem na Wembley” (Anglia - Polska 1-1 w eliminacjach MŚ ’74).


Założeniem wydawcy było przedstawienie szerokiego spektrum: historycznego, politycznego, kulturowego, naturalnie z wyeksponowaniem wątków stricte sportowych. Książka „Glückauf Polonia!” ukazała się na niemieckich półkach księgarskich, zaprezentowano ją również w Konsulacie Generalnym Rzeczypospolitej Polskiej w Kolonii. Teraz nadarza się idealna okazja do przypomnienia thrillera na Wembley, choć przecież będzie nie tylko o nim…


(JC)


POLSKI CUD NA WEMBLEY

4 lipca 1954 kultowy reporter radiowy Herbert Zimmermann po trzykroć wykrzyczał rozdzierającym głosem do mikrofonu magiczne słowo. „Tor, Tor, Tor!”... Na stadionie Wankdorf w Bernie do siatki Gyuli Grosicsa trafił przyziemnym strzałem z lewej Helmut Rahn i Niemcy byli już o krok od pokonania w finale MŚ zdecydowanych faworytów, Węgrów. Zegar renomowanej firmy „Longines” odmierzał czas dzielący ekipę Seppa Herbergera od sensacyjnego triumfu. W tym samym czasie, ale w miejscowości Alsenborn, litanię do niemieckiego Boga odmawiała Frau Italia Walter. Modliła się dobrze i Pan Bóg rychło ją wynagrodził. Z odbiornika radiowego popłynęła sugestywna narracja Zimmermanna o mężu Italii, Fritzu Walterze, który wznosił do góry „Złotą Nike”...


W kontekście wcześniejszej klęski Niemców z Węgrami (3-8) w tej samej imprezie, dla wszystkich stało się jasne, że w Bernie nastał cud. Czy prawie dwie dekady później można było z polskiej perspektywy stwierdzić, że dzięki remisowi z Anglikami to Wembley stało się dla nas tak samo magicznym miejscem, jak Wankdorf dla Niemców? Poniżej postaram się rozwinąć ów frapujący temat, choć niekoniecznie z udzieleniem jednoznacznej odpowiedzi.


Symbole, symbole, symbole... 27 sierpnia 1939 hat trick Ernesta Wilimowskiego dopomógł w zdumiewającym zwycięstwie nad ówczesnymi wicemistrzami świata, Węgrami (4-2), ale tym triumfem było dane cieszyć się ledwie kilka dni. 20 października 1957 wygrana z Rosjanami (2-1) była wpisana w zdecydowanie inny pejzaż. Stutysięczny tłum na Stadionie Śląskim szalał z radości, gdy Gerard Cieślik dwukrotnie pognębił Lwa Jaszyna, najlepszego bramkarza świata. Lecz ten spektakularny sukces postrzegały miliony Polaków w niepomiernie szerszych kategoriach. Dla wielu z nich stanowili Sowieci fałszywych przyjaciół. Niektórzy definiowali ówczesny układ na scenie politycznej jako kolejną okupację w dziejach Polski, choć nie ujętą w oficjalne ramy. Ale w 1957 tym boleśniejszą, że okrutne doświadczenia Madziarów sprzed roku nie pozostawiały złudzeń, iż tak de facto o tyranię chodzi.


Polską w początkach lat 70. rządził Edward Gierek. Inny towarzysz niż poprzedzający go Władysław Gomułka. Ten, choć wyniesiony na fali Października ’56, lubił rządy mocnej ręki i raził topornością zachowań. Gierek był w odczuciu społecznym zupełnie inny. Nowy, więc z definicji lepszy. Otwarty na świat, zatem dający nadzieję na powiew wolności. Zdolny porwać za sobą tłumy, które w ciemno kupiły gierkowskie hasło, że „Polak potrafi”. Równo po dekadzie rządów Gierka życie poddało brutalnej weryfikacji mrzonki o dobrobycie. Ale to nastąpiło dopiero w 1980... Na razie staliśmy niemal u progu „propagandy sukcesu”. A ów sukces był potrzebny obu stronom. Ekipie Gierka gwarantował efektowny start. Natomiast wielu milionom Polaków otwierał szansę na zerwanie z kanonem, że Polak nie potrafi. Nie potrafi m. in. grać w piłkę.


W kontekście futbolowym też nastąpiła bardzo istotna zmiana.W poprzednich latach rzadko było stać biało-czerwonych na porywającą grę. Jeden z wyjątków od reguły miał miejsce na Volksparkstadionie w Hamburgu, gdzie w maju 1959 Niemcy bardzo szczęśliwie zremisowali z Polską 1-1. Bardzo długo głównym strategiem naszej reprezentacji był Ryszard Koncewicz. Niewątpliwie doskonały fachowiec, dysponujący ogromną wiedzą teoretyczną. Intelekt jest potrzebny we wszystkich dziedzinach, lecz jego nadmiar niekiedy szkodzi. Koncepcje Koncewicza, na papierze i z pozoru nie budzące zastrzeżeń, nie zawsze sprawdzały się w praktyce. Kiedy z końcem 1970 selekcjonera z nieodłączną fajką w ustach zastąpił Kazimierz Górski, mało kto miał świadomość ogromnego znaczenia przeprowadzonej zmiany. Tymczasem stało się zupełnie inaczej. A mierząc problem skalą wkrótce odniesionych sukcesów, dokonała się rewolucja.


Co ją wznieciło, kto i kiedy wszedł na barykadę? Z jednej strony eksplodowały talenty wielu piłkarzy, którzy nieco wcześniej dopiero zbierali się do wysokiego lotu. Ponadto dopiero Górski szeroko otworzył drzwi reprezentacji dla różnych obszarów kraju. Mielec, Kraków, Opole, Łódź, Rzeszów, Poznań - z tych miast w większym bądź mniejszym stopniu brało się uzupełnienie tego, co do tej pory było zarezerwowane głównie dla Warszawy i Śląska. Zresztą i te proporcje uległy zmianie. Do tego dochodził ze strony Górskiego nadzwyczajny dar przewidywania i stawiania w danej sytuacji na właściwych ludzi. Bo w trenerskim nosie mieści się czasem więcej wiedzy niż w książkach.


W październiku 1971, kilka miesięcy po objęciu stanowiska przez Górskiego, Polska przegrała w Warszawie z Niemcami 1-3. Znamienne, że polska telewizja rozpoczęła transmisję równo z gwizdkiem. Chodziło o to, aby nie było słychać niemieckiego hymnu, choć Józef Cyrankiewicz i Willy Brandt znacznie wcześniej podpisali historyczny układ. Kiedy jednak wkrótce po porażce na Stadionie Dziesięciolecia ekipa Górskiego pojechała na rewanż do Hamburga, wcale nie padła tam na kolana w obliczu potężnego rywala. Bezbramkowy remis, skomentowany na łamach katowickiego „Sportu” przez redaktora naczelnego „Kickera” - Karl-Heinza Heimanna, dostarczał dowodu, że w europejskim futbolu rodzi się nowa siła. Później był zdumiewający triumf podczas Olimpiady w Monachium, dwa gole wbite przez Kazimierza Deynę do węgierskiej bramki stanowiły piękne zwieńczenie jeszcze piękniejszej gry biało-czerwonych. Radość była ogromna. Nawet do takiego stopnia, że być może nie straciła posady osoba winna karygodnego zaniedbania. Otóż w trakcie igrzysk upubliczniono telewizyjnie reportaż, w którym bodaj Jerzy Gorgoń wspominał o niedzielnej wizycie w kościele...


W ogólnopolskiej dyskusji po triumfie w Monachium uczestniczyły różne środowiska, również twórcze. Głosów nad wyraz krytycznych, nawet ironicznych wcale nie brakowało. „Właśnie teraz, kiedy mamy zdobyty złoty medal olimpijski - określmy to bez taryfy ulgowej - w mistrzostwach krajów socjalistycznych w piłce nożnej, moim zdaniem w przyszłym roku nasza drużyna piłkarska przegra większość meczów. Bardzo często nasze zespoły przypominają mi drużyny damskie. Jak patrzę na boisko mam wrażenie, że nasza drużyna składa się z pań i gra z mężczyznami” - swobodnie mieszał płcie znakomity pisarz i reżyser filmowy, Tadeusz Konwicki. „Z piłką nożną było tak, a może i teraz jest tak, jak z romantyzmem w naszej literaturze. Że wyzwalał ducha polskiego” - czynił paralele do swojej dziedziny ceniony krytyk literacki, Krzysztof Mętrak. Z kolei Jerzy Górzański dokonywał porównań: „Tu jest kłopot z tzw. punktem odniesienia. Zależy z kim porównujemy reprezentację. Z Polakami sprzed lat czy z dzisiejszymi Anglikami. W pierwszym wypadku grają lepiej, w drugim wciąż istnieje przepaść” - wybiegał w przyszłość znany poeta i prozaik.


Kadrowicze Górskiego na szczęście nie przejęli się tymi niepochlebnymi ocenami Konwickiego i katastroficznymi przepowiedniami Górzańskiego. Poszli natomiast tropem myślowym Mętraka, choć marcowa wyprawa na Ninian Park w Cardiff zakończyła się fiaskiem (0-2). Nie upilnowano walijskiego skrzydłowego Leightona Jamesa, a świeczka zgasła za sprawą walecznego Trevora Hockeya. I nie miało większego znaczenia, że tym razem nie wpisał się na listę bramkostrzelny snajper John Toshack, któremu sędziwy redaktor Grzegorz Aleksandrowicz starał się znaleźć polskie korzenie (nazwisko polskich przodków Toshacka rzekomo brzmiało: Tożek). Z medialnego punktu novum natomiast stanowiły sążniste artykuły publikowane w polskiej prasie przez zagranicznych komentatorów. Pisywali je Gordon Clarke, Ian Davies, Arthur Rotmil... Warto jednak wiedzieć, że zazwyczaj bardzo interesujące teksty stanowiły tylko ersatz, bo futbol z Wysp gościł na ekranach polskich telewizorów szalenie rzadko. A i tak cieszył się każdy, kto mógł choćby obejrzeć gole strzelane przez Anglików Szkotom podczas lutowego lania na Hampden Park (5-0).


Punkt zwrotny bez wątpienia stanowił mecz z Anglikami w Chorzowie. Telewizja kolorowa wprawdzie dopiero raczkowała, ale dzięki uprzejmości BBC można było zobaczyć powtórki. Replay dotyczący pierwszego gola dla Polaków zresztą do dziś nie rozwiał wątpliwości, kto wpakował piłkę do siatki Petera Shiltona: Robert Gadocha, Jan Banaś czy może Bobby Moore? Krótko po rozpoczęciu gry po przerwie znakomity Moore popełnił zapewne najbardziej kosztowny błąd w długiej i pięknej karierze. Defensor West Ham United stracił piłkę na rzecz Włodzimierza Lubańskiego, ten po błyskawicznej ucieczce pokonał Shiltona. Bilans zysków i strat wcale jednak nie był oszałamiający. Polska wprawdzie zyskała zwycięstwo i tchnęła w siebie nadzieję. Za to straciła Lubańskiego, który przypłacił udział w meczu długotrwałą kontuzją. A znajdował się Lubański w rewelacyjnej formie, w pięciu meczach reprezentacji strzelił na wiosnę 1973 aż siedem goli. Kim i jak zastąpić frontmana?


Lubański niestety wypadł z gry, bez niego trzeba było szukać rewanżu kosztem Walijczyków. W strugach ulewnego deszczu zapłacili w Chorzowie słoną cenę, przy zerowym koncie zysków tracąc aż trzy gole. Bramki zdobywane przez Polaków były różnej jakości, ale urok, z jakim strzelił gola na 2-0 Grzegorz Lato rzucał na kolana. Nie da się ukryć, że w arsenale środków użytych przez piłkarzy Górskiego znalazły się uderzenia głową (Robert Gadocha - Terry Yorath) i prowokacje. Absolutnym mistrzem pod tym względem okazał się Lesław Ćmikiewicz, za którego sprawą Trevor Hockey nie zapanował nad nerwami i został usunięty z boiska. Jeśli przypomnieć, że również z powodu złego potraktowania Ćmikiewicza trzy miesiące wcześniej zobaczył czerwoną kartkę sprowokowany niego Anglik Alan Ball, klasa skądinąd doskonale grającego pomocnika Legii także w tej specyficznej „dziedzinie” nie budziła wątpliwości.


Tydzień przed wyprawą na Wembley poligonem dla polskiej reprezentacji był Rotterdam, gdzie bezpośrednio przed wyrównującym golem na 1-1 Kazimierz Deyna kapitalnie zagrał na nosie holenderskiego bramkarza, Jana van Beverena. Z obozu wroga napływały jednak bardzo niepokojące wieści. Najwyraźniej podrażnione Lwy Albionu zdeklasowały Austriaków aż 7-0. Jak zwykle w takich wypadkach podgrzewały atmosferę media, a tytuł „Kocioł Wembley kipi i wrze” trafnie oddawał nastroje. Głodni tego sukcesu byli wszyscy. Łącznie z towarzyszem Gierkiem, któremu jesienią ’73 sportowa manna spadała prosto z nieba. Kolarze Ryszard Szurkowski i Stanisław Szozda skutecznie urządzili karkołomną ucieczkę pod barcelońskim wzgórzem Montjuic podczas mistrzostw świata. Wychodzący z głębokiego cienia żużlowiec Jerzy Szczakiel był na stalowym rumaku szybszy od słynnego Ivana Maugera w trakcie chorzowskich MŚ. Na tym samym szczeblu wyczynu kapitalnie spisali się w Teheranie zapaśnicy, a zwłaszcza bliźniacy z Dębicy, Józef i Kazimierz Lipieniowie. Do pełni szczęścia brakowało tylko i „tylko” remisu na Wembley. No i tego, aby mecz o być może historycznym znaczeniu komentował Jan Ciszewski, do którego głosu i ekspresyjnego sposobu narracji była przyzwyczajona cała Polska. Ciszewski nieco wcześniej podpadł władzom telewizyjnym i został odsunięty od mikrofonu. Skoro jednak miały się dziać nadzwyczajne rzeczy, winy Ciszewskiego zostały czasowo puszczone w niepamięć.


17 października 1973 wszystko wisiało na włosku, włącznie z wynikiem. Taki już urok futbol, że czasem aktorami widowiska sportowego rządzi reżyser usadowiony najwyżej jak tylko się da. On rozdaje karty, wedle własnego uznania. Rozdanie szczęścia na Wembley odbyło się z zesłaniem na Polaków łaski nadzwyczajnej. Mogli przegrać do wiwatu, bo przewaga ludzi Alfa Ramseya była bezsporna, a długimi fragmentami meczu miażdżąca. Z drugiej strony wkład „Orłów” Kazimierza Górskiego w dzieło awansu był bezsporny. Kazimierz Deyna potrafił w najtrudniejszych chwilach zachować stoicki spokój, zwłaszcza przy zakładaniu „siatek” na środku boiska. Grzegorz Lato miał w płucach na tyle pary, aby biegać po murawie znacznie szybciej od Roya McFarlanda. Janowi Domarskiemu „zeszło” w najważniejszym momencie kariery i Peter Shilton skapitulował. Adam Musiał i Antoni Szymanowski spisywali się na linii bramkowej lepiej od straży pożarnej. Janowi Tomaszewskiemu z kolei nic nie odbierze bezsprzecznie zasłużonego stanięcia w światłach rampy. Bronił jak „Szatan z siódmej klasy”, Kornel Makuszyński byłby w siódmym niebie. Wreszcie, Polacy też mieli po przerwie inne okazje.


Coraz rzadziej natomiast wskrzesza się sylwetkę arbitra „meczu o wszystko”. Vital Loraux był Belgiem, co bynajmniej nie dawało gwarancji na zachowanie obiektywizmu przy podejmowaniu trudnych decyzji. Dość wspomnieć, że później międzynarodowym tropem Loraux podążył Alexis Ponnet i gdy za jego sprawą powiało grubym przekrętem, natychmiast wskazywano, że o pomyłce nie może być mowy, skoro Ponnet jest z zawodu drukarzem... W uczciwość Loraux mocno powątpiewano przed Wembley na łamach polskich gazet sportowych. Niepokój o bezstronność był o tyle uzasadniony, iż półtora roku przed Londynem była Stara Zagora, gdzie w meczu Bułgaria - Polska (3-1, eliminacje olimpijskie) bardzo skrzywdził biało-czerwonych rumuński rozjemca, Victor Padureanu. Loraux, w przeciwieństwie do Padureanu, chciał i umiał stanąć na wysokości zadania. Nawet w chwili, gdy wskazywał na „wapno” po karambolu Musiała z Martinem Petersem, po czym Allan Clarke wyrównał z karnego. O polskiej ocenie uczciwości Loraux, jak zresztą bywa zwykle, zadecydowało osiągnięcie wymarzonego wyniku. Loraux przestał być podejrzanym typem. Przeciwnie, od końcowego gwizdka stał się jak najbardziej w porządku...


Nigdy wcześniej ani później nie przeżywałem tak ogromnych emocji jak podczas meczu na Wembley. Nazajutrz zobaczyłem w gazetach ogromne tytuły i zdjęcia. Stanowiły materialny dowód, że wreszcie spełnił się piękny sen pod tytułem „Polak potrafi”. Zgodnie z wolą Edwarda Gierka. Nie wiem tylko, czy Towarzysz Pierwszy Sekretarz robił w skrajnie dramatycznej końcówce boju z Anglikami to samo, co 19 lat wcześniej - z zupełnie innej okazji, ale z bardzo podobnego powodu - czyniła Frau Italia Walter.


JERZY CIERPIATKA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone ^
Web design by Raszty