To było w październiku 1973 roku. Dobrze pamiętam wstawanie przed 7 rano, aby po szybkiej toalecie i kilku łykach herbaty, wskakiwać do rozgrzewającego się już na podwórzu willysa. Po chwili ruszaliśmy z geodetą w podgorlickie lasy. Tutaj znalazłem tymczasowe zajęcie, by podczas chodzenia z łatą zastanowić się, co chcę dalej robić.
Po skończeniu geografii na UJ najbliższą wydawała się perspektywa zatrudnienia w którejś ze szkół w Tarnowie, ale ja już chciałem spróbować czegoś innego. W tym celu, jeszcze wiosną złożyłem podanie o przyjęcie na studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim. Po zdaniu egzaminu wstępnego i odbytej praktyce, ostatecznie, po rozmowie z komisją rekrutującą, wróciłem jednak do rodzinnego domu. Ale myśl o pracy dziennikarskiej nie dawała spokoju. Postanowiłem pojechać do Krakowa i zapukać do kilku redakcji. Wybór mógł być tylko jeden – Pałac Prasy przy ul. Wielopole.
Któregoś wczesnojesiennego dnia stanąłem przed olbrzymimi kutymi drzwiami, by po ich odepchnięciu znaleźć się w budynku, który pamiętał czasy, gdy w latach trzydziestych zeszłego wieku drukował się tu „Ilustrowany Kurier Codzienny”, popularny „Ikac”. Windą wyjechałem na trzecie piętro, gdzie mieściła się redakcja „Gazety Krakowskiej”. Tam, przyjęty przez bodaj zastępcę sekretarza redakcji, po krótkiej rozmowie, w której jednym z pytań było czy należę do PZPR, trzeba się było ewakuować. Zbiegłem schodami i zatrzymałem się na drugim piętrze. Tu swoją siedzibę miał „Dziennik Polski” i jego sportowa redakcja, którą kierował znany mi z łamów red. Zbigniew Ringer. Sportem żywo się interesowałem i chętnie bym spróbował praktyki w tym dziale. Niestety, red. Ringer był na urlopie, a zastępujące go osoby nie dawały nadziei na skonkretyzowanie moich planów. Pozostało kierować się do wyjścia.
Gdy znalazłem się już na parterze, tuż obok windy natknąłem się na kilka metalowych schodków, a te prowadziły do drzwi z napisem „Tempo”. Ta charakterystyczna pochyła winieta w kolorze czerwonym nie była mi obca. Od szkolnych lat co poniedziałek biegałem po tę gazetę do kiosku, by poszukać wyników meczów Tarnovii (te rozgrywane u siebie znałem, bo chodziłem na stadion przy ul. Bandrowskiego). A gdy w piątej klasie wyjechałem do Porąbki na wczasy zdrowotne, do przysyłanego mi pocztą przez Tatę „Tempa”, ustawiała się kolejka chętnych, chcących sprawdzić wyniki swojej drużyny. Nie muszę chyba dodawać, że moja rola wśród pensjonariuszy tego prewentorium stała się znacząca.
Zapukałem, wszedłem i znalazłem się tuż przed biurkiem przy którym siedziała miło uśmiechająca się brunetka. Po wysłuchaniu mnie, że interesuję się sportem, i że chciałbym się nauczyć zawodu dziennikarza, brunetka wyszła, by za chwilę wrócić ze starszym panem. Ten, trzymając w jednej ręce okulary, a w drugiej papierosa, spojrzał na mnie i po chwili powiedział: To proszę zostawić kontakt do siebie.
- Ale ja nie mam od nikogo żadnego pisma…
- Nie szkodzi. Proszę tu pani napisać imię, nazwisko i adres. Może się odezwiemy.
Wróciłem do Tarnowa, by na drugi dzień znów wyjechać w podgorlickie lasy, i chodząc z łatą zastanawiać się, czy i kiedy doczekam się na jakikolwiek kontakt z Krakowa. Tę w sumie nudną pracę ożywiło jedno wydarzenie - intensywne szukanie w poszczególnych gospodarstwach sprawnego telewizora, który by za bardzo nie śnieżył i przekazywał w miarę wyraźny głos. Znalazł się taki w obejściu sołtysa i już spokojnie z geodetą mogliśmy czekać na następny dzień.
W tę środę, 17 października 1973 roku, skończyliśmy pracę wcześniej niż zwykle i wieczorem wraz z gospodarzem zasiedliśmy przed czarno-białym odbiornikiem. Jeśli chodzi o mnie, to słowo zasiedliśmy nie do końca jest tu odpowiednio użyte. Większość relacji przestawałem z nogi na nogę, bo tym razem, zamiast łaty, musiałem dzierżyć w ręce kij z anteną telewizora, by obraz odbiornika i głos Jana Ciszewskiego docierały z Wembley bez zakłóceń. Gdy mecz Anglia - Polska po remisie 1-1 zakończył się awansem Biało-Czerwonych na finały MŚ przypomniałem sobie o mojej wizycie w „Tempie”. Bardzo zapragnąłem tam pracować.
Gdy po kilku dniach wróciłem do domu, czekał już na mnie list z Krakowa zapraszający na spotkanie w redakcji.
Stawiłem się 29 X i po rozmowie z redaktorem naczelnym Janem Rotterem, otrzymałem podpisane przez niego na firmowym druku zaświadczenie: „…ob. Wojciech Olszówka jest naszym współpracownikiem. Zaświadczenie służy jako tymczasowa legitymacja”. W redakcji formalnie zostałem zatrudniony 1 XI 1973 jako pomoc biurowa.
W niedzielę 4 listopada przyszedłem na pierwszy dyżur. Przynosiłem depesze z telefaksu i dalekopisu, zanosiłem teksty do składu, zaglądałem do zecerni, gdzie wieczorem panowie metrampażyści z ołowianych wierszy, składali kolumny. Już gotowe były odbijane w farbie, a ja zadrukowane na czarno płachty znosiłem do redakcji, gdzie czytał je red. Rotter, gdzieniegdzie znacząc poprawki. Przejrzane kolumny szły do korekty. Podczas tego pierwszego dyżuru miałem też jedno odpowiedzialne zadanie zlecone przez prowadzącego numer red. Tadeusza Dobosza, którego poznałem, gdy pierwszy raz zapukałem do redakcji. - Proszę w depeszach wyszukać numery Totka, zapisać na kartce i zanieść na górę do składu.
Redaktor Dobosz nie poprzestał jedynie na zleceniu zadania, ale co jakiś czas dopytywał, czy już przekazałem numerki. Na moje zapewnienia, kiwał głową, by po godzinie, już coraz bardziej zmęczony, znów się dopytywać. Tak zeszło gdzieś do północy, gdy egzemplarze „Tempa” (z numerami „mojego” Totka!) z ogromnym hukiem zaczęły wypluwać mieszczące się na parterze, a sięgające pierwszego piętra, potężne maszyny drukarskie. W tym momencie do pracy ruszały panie, których ręce momentalnie łapały po kilkadziesiąt egzemplarzy gazety naraz, przewijały sznurkiem i pakowały w paczki, a te natychmiast lądowały na wózkach. Po chwili wyjeżdżały one przez bramę na Wielopolu, by za moment znaleźć się na pakach czekających na nie ciężarówek. Wypełnione gazetami auta mogły już wtedy wyruszać w drogę, poczynając swoją marszrutę od najdalszych zakątków województw lubelskiego, rzeszowskiego, kieleckiego, krakowskiego, kończąc na samym Krakowie. Jeszcze inna część gazety, tzw. ogólnopolska, łamana była jako jej ostatnia mutacja i nad ranem docierała samochodami na dworzec, by stamtąd pociągami ruszyć w dalszą drogę.
Miałem to szczęście, że trafiłem do redakcji niezwykłych ludzi. Mogłem ich podpatrywać przy pracy, uczyć się od nich zawodu, a z czasem wspólnie z nimi pracować. To było pokolenie doświadczonych Redaktorów, niektórych z nawet przedwojennym stażem. Na przykład Antoni Targosz, redagujący mutacje województwa krakowskiego i Krakowa, który swą dziennikarską karierę zaczynał w 1935 roku, wprowadzał mnie do zawodu, poznając ludzi „w terenie”, wskazując na problemy sportu lokalnego, odkrywając niuanse szerokiego wachlarza dyscyplin sportowych. Po dwóch miesiącach, okazało się, że przechodzi na emeryturę, a ja, obejmując od 1 I 1974 r. etat dziennikarski, odziedziczam jego biurko i redagowanie mutacji. O Janie Rotterze, redaktorze naczelnym i b. koszykarzu Wisły, już wspomniałem.
Przynajmniej dwa słowa należą się sekretariatowi odpowiedzialnemu redakcji. Wtedy mieścił się w pokoju po lewej stronie od wejścia z zakratowanym oknem na podwórko. Było tu wiecznie ciemno, stąd nad trzema biurkami z wysokości ok. 5 m zwisała paląca się niemal non stop lampa. Po prawej stronie siedział red. Tadeusz Dobosz, wielki kibic i działacz Cracovii, głównie piłki nożnej i hokeja, a naprzeciwko niego red. Tadeusz Toliński, sympatyzujący z Wisłą, znawca wszelakich sportów motorowych. Atrybutem miejsca pracy sekretarzy redakcji były wielkie biurka, i ustawione obok nich, przepastne kosze, mieszczące Bóg wie co, do których wpadały m.in. odrzucone teksty. Obaj w pracy niewiele ze sobą rozmawiali, ale być może też i dlatego, że głównie wypuszczali przed siebie kłęby papierosowego dymu, co charakterystycznym chrząknięciem raz po raz komentował siedzący przy trzecim, dostawionym do dwóch poprzednich, biurku red. Kazimierz Zimnal. Nie tylko zresztą siedział, bo co jakiś czas wstawał, przepychał się za red. Doboszem do okna, i otwierając je na chwilę wietrzył pomieszczenie. Trudno mu się było zresztą dziwić, gdyż red. Zimnal, „Rotmistrz”, który w czasie wojny przebywał w Oflagu II C Woldenberg, był kierownikiem działu turystycznego „Tempa”, stąd jego tęsknota za choćby odrobiną świeżego powietrza.
A inni już nieżyjący? Wymienię choćby kilku. Janusz Kukulski, lekarz medycyny, redagujący mutację lubelską (Panie Wojtku, znowu do tej Traweny Trawniki nie mogę się dodzwonić. Co robić?) autor wyjątkowej trzytomowej „Światowej piłki nożnej” i wielu innych sportowych książek, kolekcjoner ponad 20 tys. odznak sportowych, wielki kibic piłkarzy Cracovii i kierownik jej drużyny piłki ręcznej kobiet, Kazimierz Puszkarzewicz, przedwojenny koszykarz AZS-u Wilno, w „Tempie” zajmujący się m.in. tą dyscypliną, Aleksander Cichowicz, prowadzący mutację rzeszowską, piszący głównie o lekkiej atletyce i zapasach, Antoni Ślusarczyk, Jan Frandofert i Mieczysław W. Kasprzyk, którzy przyszli z „Echa Krakowa” i najmłodszy z nich Jan Rogóż.
Ale nie tylko dziennikarzy chcę tu wspominać. Gazeta, nie mogła by się ukazać, nie tylko bez armii korespondentów, których „Tempo” miało w każdej większej miejscowości, ale także bez zecerów, linotypistów, metrampaży. Z niektórymi towarzyszami sztuki drukarskiej, jak się o nich oficjalnie mówiło, pracowaliśmy ręka w rękę przy łamaniu numeru (choćby z Ryśkiem Sobolakiem czy Romkiem Kolasą), z innymi na odległość, ale też nie zawsze.
Rok po moim epizodzie w podgorlickich lasach, kiedy walczyłem z anteną telewizora podczas meczu Anglia - Polska, wraz z resztą redaktorów i połową drukarni z niecierpliwością czekaliśmy, co też za chwilę przyniesie współpracujący z redakcją grafik architekt Tadeusz Kubarski. Poczynając od pierwszego meczu finału piłkarskich MŚ z Argentyną 3-2, tuż po zakończeniu kolejnych spotkań polskiej drużyny, wpadał z kolorową grafiką, komentującą aktualny wynik. Na to tylko czekał chemigraf Jerzy Jurowicz, legendarny bramkarz Wisły, 8-krotny reprezentant Polski, który po ostatecznym zejściu z murawy swój adres pracy ze stadionu przy Reymonta zamienił na drukarnię przy Wielopolu. Teraz zamiast piłki brał w swe godne zaufania ręce jeszcze „ciepły” kawałek bristolu, by po kwadransie wrócić z wytrawioną w kwasach ołowianą płytką na którą czekały już mruczące w pogotowiu maszyny drukarskie. Nim jednak ruszyły, ostateczną kolumnę z pomeczową relacją wysłannika do RFN Janusza Kukulskiego i grafiką Tadeusza Kubarskiego odbijał w drukarskiej farbie Władysław Paliś, legenda Wielopola, jednocześnie prezes B-klasowego klubu Pelma Rybitwy i zarazem szef tamtejszej OSP. Z Palisiem każdy musiał się liczyć. I dyrektor drukarni, i niecierpliwa korekta czekająca na odbite kolumny. No i tylko jemu ufały panie z sąsiadujących z Pałacem Prasy bram przy Wielopolu, kiedy któregoś, niezależnie czy drukarza, czy redaktora, bardzo suszyło.
Najczęściej w niedziele, schodziłem w okolice maszyn drukarskich, gdzie na parterze, w oknach wystawowych budynku, mieściły się plansze zestawień aktualnych piłkarskich meczów I i II ligi z okienkami na bramkowe wyniki. Było to o tyle istotne, że w późnopopołudniowych godzinach gromadzili się przed Krążownikiem Wielopole powracający z meczów kibice, dzieląc się wrażeniami i jednocześnie czekając na aktualnie wieści z boisk.
Zwykle kartoniki z liczbą goli wstawiał któryś z dyżurnych redaktorów, w miarę sukcesywnie spływających z depesz wyników. Wówczas towarzystwo po drugiej stronie szyby natychmiast się ożywiało i na gorąco komentowało przebieg kolejki. Często to ja wywieszałem wyniki, tym bardziej, że dojście do szyby i pudełka z kartonikami wymagało niemałej zwinności. Wszystko dlatego, że na przestrzeni około 10 metrów, należało slalomem wyminąć kilkanaście rozrzuconych wokół wielkich bel z papierem, które czekały na wieczorne założenie ich na drukujące maszyny. Nierzadko trzeba było poruszać się wyjątkowo ostrożnie, bo na tych belach, odpoczywały panie, w każdej chwili gotowe do przystąpienia do odbioru spadającej z taśmy gazety.
W tym momencie muszę się przyznać do kilkakrotnego niegodziwego postępowania. Będąc kibicem Cracovii zdarzyło mi się przy drużynie Wisły pomylić numerki na jej niekorzyść i dopiero głośne „Buuu…:” zza szyby powodowało, że zmuszony byłem poprawić wynik na prawidłowy.
Lata pracy w „Tempie” szybko leciały, po śmierci Jana Rottera naczelnym został Edward Gretschel, w międzyczasie trafiłem do sekretariatu redakcji i dopiero stan wojenny przerwał mój normalny tryb zajęć, powodując kilkumiesięczną przerwę. Gdy decyzją sądu wróciłem na poprzednio zajmowane stanowisko, znów zastałem w pokoju Józka Bratkę, który niejako czekając na mnie, sam ciągnął dyżury. Gdy wróciłem poznałem w redakcji nowych młodych ludzi, a wśród nich nieżyjącego już Krzyśka Mrówkę. Na podstawie radiowego nasłuchu redagował ligę angielską i co niedzielę w południe przynosił plik tekstów. Te jako pierwsze lądowały u kierownika zmiany zecerni i można je było od razu składać. Wprawdzie kiedyś, mówiąc, że ma natłok materiałów z „Życia Literackiego”, prosił, by dać wyniki ligi angielskiej już w piątek, ale udało się mu wytłumaczyć, że to jednak niemożliwe.
Po Edwardzie Gretschelu redakcją w 1983 r. zaczął kierować Ryszard Niemiec. Od lat był związany z „Tempem”, najpierw jako korespondent później felietonista. Ten były koszykarz Cracovii, Sparty Nowa Huta i Resovii był cenionym reporterem, a młodzi dziennikarze mogli się uczyć reporterskiego warsztatu i czucia sportu. Większe teksty przechodziły przez jego ręce, z których część odsyłał, a inne, jeśli tego wymagały, kazał poprawiać, ewentualnie, ponadczasowe, trzymać na czarną godzinę, zaznaczając, że to właściwie „siódma kolejność odśnieżania”.
Nie lubił, gdy dziennikarze chcieli zamieniać „Tempo” na inną z redakcji. Ja postanowiłem tak zrobić. Kiedy w 1989 r., poproszono mnie o pomoc przy powstawaniu krakowskiej redakcji „Gazety Wyborczej” nie tworzył problemów z odejściem. 20 II 2023 r. na spotkaniu byłych pracowników „Tempa” mogłem mu podziękować za lata wspólnej pracy i za to, czego się od niego nauczyłem. Była to ostatnia ku temu możliwość. Niecały miesiąc później red. Niemiec zmarł.
Rację miał red. Jan Rotter, który przyjmując mnie w 1973 roku do „Tempa” powiedział, że praca w tym zawodzie to zajęcie, gorsze niż marynarza. Ten przynajmniej wie, kiedy mniej więcej wróci do domu, będąc dziennikarzem, pracując w redakcji, czasem tego nie można przewidzieć. I dlatego 15-letni okres mojej pracy w „Tempie”, 25-letni w „Gazecie Wyborczej” a później 5-letni w Interii, często okupione służbowymi wyjazdami, nocnymi dyżurami, zajętymi weekendami, kiedy nie było pracy zdalnej, a o dniu wolnym za niedzielę nikt wtedy nie słyszał, jest dobrą sposobnością do podziękowania mojej Żonie Oli i Dzieciom Justynce i Stasiowi za dzielne trwanie przy mnie.
WOJCIECH OLSZÓWKA
wojciecholszowka@gazeta.pl