Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Wiadomości
„TEMPO”. Cmentarz mistrzów2026-05-16 00:51:00

Reportaż Ireneusza Pawlika o tragicznej śmierci mistrzów olimpijskich Władysława Komara i Tadeusza Ślusarskiego, wydrukowany w "Tempie" w październiku 1998 roku.



Od autora

Osobną konkurencję w dyscyplinie pisania przeze mnie do "Tempa" stanowiły teksty lekkoatletyczne – powstało  ich kilka setek. Poniżej krople z tego morza słów.

W sierpniu 1998 r. obsługiwałem Mistrzostwa Europy w Budapeszcie, kiedy zmroziła tam nas hiobowa wieść o śmierci mistrzów olimpijskich Władysława Komara i Tadeusza Ślusarskiego. Znałem obu – Komara lepiej, albowiem z Jankiem Otałęgą poświęciliśmy Mu książkę. Po powrocie do kraju oddałem mistrzom ostatnią posługę, jaką może zrobić dziennikarz...


pawlik

Cmentarz mistrzów


Długa, trzykilometrowa prosta, na której dobry samochód spokojnie może rozwinąć prędkość 200 km na godz. Szosa pomiędzy Przybiernowem a Brzozowem na trasie Szczecin-Świnoujście prowadzi przez bogaty w grzyby las. Co dziesięć metrów stoją przy drodze zbieracze, pragnący sprzedać borowiki i koźlaki. Auta zwalniają, niektóre się zatrzymują. Lecz rzadko który z kierowców hamuje po to, aby kupić kosz grzybów. Raczej dlatego, że chcą rzucić okiem na leśny cmentarz. Tak właśnie powiedziała kobieta z przydrożnego grilla: - Sam pan zobaczy, tam jest cmentarz.


Mikrobusy jadą tu wolniej i pewnie kierowcy mówią niemieckim turystom, że właśnie tutaj zginęli mistrzowie olimpijscy – 58-letni Władysław Komar i 48-letni Tadeusz Ślusarski. Niektóre z aut stają, pasażerowie wysiadają i robią zdjęcia dwóm brzozowym krzyżom, wieńcom z żałobnymi wstęgami, bukietom zbrązowiałych już kwiatów, setce wypalonych zniczy. Nad tym wszystkim dominuje zwęglony pień sosny, a drzewa rosnące nieco dalej mają jeszcze osmalone gałęzie. Bo ogień sięgał niebios...


27 września 1981 r. na moście w Grudziądzu zginął Bronisław Malinowski, ojciec chrzestny syna Komara – Mikołaja. W miejscu, w którym kamaz rozbił auto mistrza olimpijskiego z Moskwy '80 w biegu na 3 km z przeszkodami, przyspawano do metalowej konstrukcji krzyż, pod którym zawsze ktoś składał kwiaty. 17 sierpnia 1998 r. powstało jeszcze jedno mauzoleum ku czci mistrzów olimpijskich. Z Monachium '72 w pchnięciu kulą i z Montrealu '76 w skoku o tyczce. Powiększył się panteon tragicznie zmarłych legend sportu.


Kronika zapowiedzianej śmierci


Paweł Januszewski widział obu mistrzów olimpijskich na parę dni przed tragedią i na kilka przed zdobyciem przez siebie tytułu mistrza Europy w biegu na 400 m ppł. Był wtedy w Sopocie na ostatnim zgrupowaniu przed ME w Budapeszcie. Przebywał tam też Ślusarski, który od niedawna był trenerem kadry narodowej tyczkarzy. - W sumie prawie ich nie znałem, ale tej sceny nigdy nie zapomnę. W piątek przyjechał Komar i tak serdecznie przywitał się ze Ślusarskim...


A potem wsiedli do samochodu i pojechali do Międzyzdrojów. Bogusław Mamiński, wicemistrz świata na 3 km z przeszk. z Helsinek '83, mieszka właśnie w Międzyzdrojach przy ul. Bohaterów Warszawy, która od paru lat nosi nazwę Promenady Gwiazd. Prosto z jego domu wychodzi się na chodnik, na którym odciski dłoni pozostawiły w betonie gwiazdy polskiego kina. Bogdan, bo tak znajomi zwracają się do Bogusława, od 6 lat jest właścicielem hotelu Slavia, dwóch budynków, w których znajduje się siedziba klubu Sporting Międzyzdroje, Klub Olimpijczyka oraz 50 miejsc noclegowych. Najczęściej zajmują je czołowi polscy biegacze, którzy trenują w Międzyzdrojach w przerwach pomiędzy zgrupowaniami w Szklarskiej Porębie i Albuquerque w amerykańskim stanie Nowy Meksyk. Mają tu wszystko, czego potrzebują: lasy rosnące na miękkim czarnoziemie, piaszczystą plażę, łagodny mikroklimat, w którym śnieg utrzymuje się najwyżej dwa tygodnie, powietrze nasycone jodem. (...)


Od 4 lat Mamiński organizuje w Międzyzdrojach bieg uliczny, w czasie którego rozgrywana jest również mila VIP-ów, znana z tego, że jej pierwszą edycję wygrał były średniodystansowiec Leszek Balcerowicz. Impreza cieszy się popularnością, odbywa się wszak w okresie, gdy w kurorcie przebywa ok. 50 tys. wczasowiczów i turystów.


- Władek był z nami od pierwszej edycji w 1994 roku. Został ojcem chrzestnym mojego pubu, otwierał go. Na płycie kompaktowej szczecińskiego zespołu Motomi pt. "Komar na dachu", na której umieszczono dwa rapowe utwory, do jakich Komar napisał teksty, znalazły się nawet słowa: "Jedziemy na piwsko do Mamińskiego"... Jego obecność tutaj była standardem, mógł przyjeżdżać bez zapowiedzi. Jak tylko pojawiał się na Promenadzie Gwiazd, to zaraz robiło się wokół niego zbiegowisko... Tym razem zjawili się z Tadziem w piątek. Władek prezentował się korzystnie, wręcz imponująco. Od trzech miesięcy nie pił... Poznałem go w 1979 na zgrupowaniu w Meksyku i jak pamiętam, od tego czasu nigdy tak dobrze nie wyglądał... Był w świetnej formie i kiedy występował tutaj na scenie, to ludzie, którzy słyszeli "Skrzypka na dachu" w jego wykonaniu już kilkanaście razy, mówili, że tak dobrze nie śpiewał jeszcze nigdy! Pochwalił go nawet Zbigniew Wodecki... Chwalił go też prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Stefan Paszczyk, który też nie pamiętał Władzia w tak doskonałej formie. Właśnie tutaj prezes upoważnił Władka do prowadzenia Klubu Olimpijczyka w warszawskim hotelu Grand, Klubu, w którym mają odbywać się spotkania integracyjne sportowców, występy kabaretowe artystów... Bo kto jak nie Komar lepiej nadawał się do tego?


W sobotę, 15 sierpnia, impreza składająca się z biegów i festynu trwała blisko 7 godzin. Jako się rzekło, pierwszy bieg VIP-ów wygrał w 1994 r. wicepremier Balcerowicz, drugi zakończył się zwycięstwem Ślusarskiego, trzeci – Marcina Dańca. (...) W tym roku Daniec znów wygrał milę VIP-ów. Trzecie miejsce zajął Krzysztof Świostek, (...) 5. Ślusarski, który biegł z numerem 1 na koszulce, (...) 13. Ryszard Stadniuk, (...) 21. Komar, 22. Marian Woronin.


W 1998 r. mila VIP-ów poświęcona była pamięci zmarłego w czasie ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Atlancie '96 szefa polskiej misji olimpijskiej Eugeniusza Pietrasika. - W przyszłym roku – zapowiada Mamiński – bieg będzie poświęcony Władkowi i Tadkowi. Piąta edycja odbędzie się w rocznicę ich śmierci – 17 sierpnia, start dokładnie o godzinie 17.50. Muszę jednak powiedzieć, że początkowo, przybity po śmierci przyjaciół, chciałem wycofać się z organizacji imprezy. Ale ludzie wciąż mnie namawiali. A przekonał Jacek Wszoła, który powiedział, że jeżeli sami nie będziemy wspominać przyjaciół, to inni o nich zapomną. A Międzyzdroje są bardzo dobrym miejscem, bo stąd pamiętamy ich zawsze wesołych.

(...)


Ostatnia wieczerza


W poniedziałek, 17 sierpnia uczestnicy imprezy opuszczali Międzyzdroje. Mamiński o świcie odwiózł prezesa PKOl na lotnisko w Goleniowie. Komar i Ślusarski wyjeżdżali jako jedni z ostatnich. - W towarzystwie Marcina Dańca i Krzysia Świostka poszliśmy na tradycyjną tutaj, pożegnalną rybkę do Halibuta.


Daniec wspominał później w gazetach: - Ani Władek, ani Krzysiek nie chcieli wyjeżdżać, ale nalegał, jak zawsze obowiązkowy, Tadzio. Krzysztof liczył kilometry: 650 do Warszawy i 400 do Zakopanego. Ślusarski chciał być jednak we wtorek rano w swojej firmie. Władek na dzień przed wyjazdem zgubił na plaży sygnet, który traktował jak talizman. Skombinował przyrząd do wykrywania metalu i jeszcze na godzinę przed wyjazdem szukał.


- Wyjechali około godziny 17 – opowiada Mamiński. - To był ich ostatni five o'clock... Przed wyjazdem żegnałem ich jeszcze z Antkiem Niemczakiem... I w ciągu godziny dostałem informację na telefon komórkowy, że coś się wydarzyło... Zadzwonił Rysiu Stadniuk, którego kolega przejeżdżał właśnie tą trasą i widział... Jeszcze nie było mowy o tym, że zginęli...


Stąd do wieczności


Ostatni poniedziałek w 35-letnim życiu Jarosława Marca wyglądał inaczej. Z Dziwnowa wyjechał o godz. 10. Renaultem 25 pojechali z żoną do Szczecina na zakupy. Głównym celem było nabycie butów na zbliżające się wesele. A o buty dla niego nie było łatwo, bo stopy miał nietypowe, szersze niż inni. Zjeździli Szczecin, nachodzili się, nadźwigali sprawunków, najedli pizzy i znużeni ruszyli w drogę powrotną. Zmęczona żona zasnęła na przednim siedzeniu obok kierowcy...


Mający wszczepione cztery bypassy, 68-letni Marian Marzec, ojciec Jarosława, dowiedział się o wypadku pod Goleniowem z lokalnego radia, które pierwszy komunikat podało ok. godz. 18. - Miałem przeczucie, wiedziałem przecież, że syn z synową pojechali do Szczecina. Zamknąłem sklep i w drodze do domu spotkałem żonę, która dostała już telefon od Agnieszki ze szpitala w Goleniowie. Powiedziała, że Jarek jest w bardzo ciężkim stanie. Sama, zanim odleciał helikopter z Jarkiem, nie chciała wsiąść do karetki. Nie można go było wyciągnąć z wraku, tak był zakleszczony... Zacząłem dzwonić. W szpitalu w Goleniowie powiedziano mi, że syn został przewieziony do kliniki w Szczecinie. Tam zmarł w sobotę 22 sierpnia około godziny 22...


Koszmarny zbieg okoliczności polega na tym, że Jarosław Marzec też był lekkoatletą i znał obu mistrzów olimpijskich. Wychowawca i nauczyciel wf-u pan Cieśla zaproponował temu chłopcu, żeby po szkole podstawowej poszedł do liceum sportowego w Szczecinie. Tam trafił do klasy lekkoatletycznej i trenera Kowalczyka w klubie Budowlani. Od początku biegał na 400 m, w 1982 r. zdobył tytuł mistrza Polski juniorów, startował też na ME Juniorów w Holandii, w 1984 r. został również młodzieżowym mistrzem kraju. Potem był zawodnikiem wojskowych klubów Flota Gdynia i Zawisza Bydgoszcz, ale nie służył w wojsku, gdyż studiował wychowanie fizyczne na Uniwersytecie Szczecińskim. Jako reprezentant Zawiszy wywalczył tytuł mistrza Polski seniorów w sztafecie. Był bliski zakwalifikowania do reprezentacji Polski na Igrzyska Olimpijskie w Los Angeles '84, ale państwa socjalistyczne na polecenie ZSRR zbojkotowały tę imprezę i w efekcie Marzec pojechał na zastępcze Zawody Przyjaźni w Moskwie. Ojciec zmarłego twierdzi, że syn miał tam startować zarówno w biegu indywidualnym, jak i rozstawnym, ale uległ zatruciu i w rezultacie w ogóle nie wystąpił.


- Znałem go – przypomina sobie Mamiński. - Nie tylko dlatego, że był z mojego regionu, lecz także z "dożynek", czyli z zastępczej "olimpiady" w Moskwie oraz z Pucharu Europy, który rok później też odbył się w Moskwie. To był taki szczupły blondynek...


Potem gnębiły go kontuzje kolana i zakończył karierę w końcu lat 80. Studiów nie ukończył i przez pewien czas pływał po Bałtyku w 6-osobowej załodze kutra rybackiego, którego armatorem był jego brat Marek. Półtora roku był bezrobotny, a w ostatnich 4 latach pracował w Dziwnowie w kiosku ojca, byłego kapitana desantu morskiego, oficera, który zwolnił się z wojska w 1957 r. - po wypadkach poznańskich, do jakich doszło rok wcześniej, dowiedziawszy się przedtem, że przed Październikiem '56 był już przygotowany nakaz jego aresztowania. Za to, że wyrażał wątpliwości wobec oficjalnej wersji rozstrzelania tysięcy polskich oficerów w Katyniu. Wiedział bowiem, że 17 września 1939 r. Sowieci internowali jego teścia, nadleśniczego z Wołynia, wywieźli go i ślad po nim zaginął, a po wojnie cztery córki pisały w sprawie ojca i każda z nich otrzymała inną odpowiedź... Po wyjściu z wojska Marian Marzec zajmował się zaopatrywaniem hut w złom, a od 21 lat prowadzi z żoną, byłą przedszkolanką, kiosk wypełniony po brzegi muszlami, sztucznymi kwiatami, zabawkami, piłkami i setkami innych drobiazgów.


Zderzenie czołowe


Ford scorpio, należący do Komara, ale prowadzony przez Ślusarskiego, nadjeżdżał znad morza. Obok kierowcy siedział Krzysztof Świostek, zaś Komar ułożył się na tylnym siedzeniu i zasnął. Położył się głową w stronę jezdni – gdyby ulokował ją odwrotnie, w stronę pobocza, w wypadku ucierpiałyby tylko jego nogi... Od strony Szczecina zbliżał się renault 25 z Marcem za kierownicą.


Na prostym odcinku drogi pomiędzy Brzozowem a Przybiernowem z nieznanych przyczyn doszło do zderzenia czołowego. Renault zmienił tor jazdy i wjechał na przeciwległy pas ruchu. Najpierw otarł się o lewy bok audi 80 z niemiecką rejestracją, a potem trafił w forda scorpio, jadącego w odległości 30 m za audi. Impet uderzenia wzięli na siebie obaj kierowcy. Samochód prowadzony przez Ślusarskiego wypadł na pobocze i stanął pod kątem prostym do jezdni. Zapalił się – wkrótce płomienie sięgnęły wierzchołków drzew. Świostek wydobył ciała Komara i Ślusarskiego z wnętrza płonącego auta. Już nie żyli...


Świostek to były sprinter AZS AWF Warszawa, obecnie prowadzi pub koło Domu Chłopa w Warszawie, pub, w którym często zbierają się byli lekkoatleci. Jest mężem Mirosławy z domu Jakubowskiej, narzeczonej Bronisława Malinowskiego – na trzy tygodnie przed ich ślubem mistrz olimpijski na 3 km z przeszkodami zginął w wypadku samochodowym na moście w Grudziądzu. Na imprezie w Międzyzdrojach Świostek był po raz pierwszy.


Marcin Daniec opowiadał potem w "Dzienniku Polskim": - Zorganizowaliśmy w hotelu Merlin w Międzyzdrojach wieczór wspomnień. Krzysztof był w szoku, próbowaliśmy go trochę rozluźnić. (...) Świostek w wypadku nie doznał nawet jednego zadraśnięcia. Bolała go tylko klatka piersiowa. Badania jednak nie wykazały żadnych uszkodzeń. Jest świetnie zbudowanym, silnym mężczyzną. Zaraz po zderzeniu wyciągał Władka i Tadka. Wokół stał tłum gapiów, ale nikt mu nie pomógł [policyjne dane świadczą jednak o tym, że Świostkowi pomagała znajdująca się tam przypadkiem osoba – przyp. aut.]. Gdy wyciągał Władka, paliły się już przednie siedzenia.


Audi, potrącone przez renault, zygzakiem pokonało jeszcze 50 m, skosiło znak drogowy i zatrzymało się na poboczu. Kierowca, fryzjer z Berlina Alfred B., oraz pozostałe dwie osoby nie odniosły żadnych obrażeń.


Uderzenie obróciło renaulta o 180 stopni. Agnieszka Marzec była potłuczona, miała pęknięte dwa dolne żebra. Większe szkody, łącznie ze wstrząśnieniem mózgu, odniosła kilka tygodni wcześniej, gdy w Dziwnowie potrącił ją samochód na przejściu dla pieszych.


W dniu wypadku relacjonowała: - Spałam, kiedy nagle usłyszałam huk. Mąż był zakleszczony w samochodzie. Tamten ford się palił. Jakiś mężczyzna [Świostek – przyp. aut.] wyciągał z niego ofiary. Ja zatrzymywałam przejeżdżające samochody. Z jakimiś kierowcami gasiliśmy tego forda trzema gaśnicami. Później straciłam przytomność...


Mężczyźni z gaśnicami – to kierowcy tirów, którzy posilali się w przydrożnym grillu, oddalonym o kilometr od miejsca wypadku. Niebawem nadjechała straż pożarna z Przybiernowa oraz Goleniowa i dogasiła płomienie. Strażacy musieli ciąć blachę renaulta, żeby wydobyć Marca.


Ruch na drodze został wstrzymany, policja wyznaczyła objazdy. Wokół zbierało się coraz więcej ludzi. Niektórzy z nich, posiadacze telefonów komórkowych, dzwonili do rodzin i znajomych, żeby opowiedzieć im, jakiego niezwykłego zdarzenia są właśnie świadkami. Inni telefonowali do rozgłośni radiowych, które dzięki temu przeprowadzały transmisje na żywo z miejsca wypadku.


pawlik


Ani kropli krwi


- Z Antkiem Niemczakiem – wspomina Mamiński – wsiedliśmy natychmiast w auto. Gdy przybyliśmy na miejsce, wszystko jeszcze tam było... Odkryłem Tadzia spod plastikowej płachty... Wierzyć się nie chciało, że półtorej godziny wcześniej żegnałem się z nim... Nie do wiary, ale nie było na nim ani kropli krwi... Władziu miał tylko pręgę na czole... Ze spalonego samochodu zabrałem koszulkę Tadzia z numerem 1, koszulkę, którą dzień wcześniej miał na sobie w czasie biegu VIP-ów... Wróciliśmy z Krzysiem do Międzyzdrojów, a tam huczało. Ludzie się schodzili, każdy miał jakieś sensacyjne informacje... Poszliśmy z Krzysiem do parku i tam to płakaliśmy, to bezładnie analizowaliśmy sekundę po sekundzie... Krzysio był w szoku, ale próbował podzielić się ze mną każdą chwilą...


Następnego dnia Mamiński ze Świostkiem i Niemczakiem odwozili na lotnisko zawodnika Sportingu Międzyzdroje Rafała Wójcika, który leciał na ME w Budapeszcie. - Zatrzymaliśmy się w miejscu wypadku – opowiadał na Nepstadionie Wójcik. - Złożyliśmy kwiatki, zapaliliśmy świeczki... Ja ciężko przeżyłem ten wypadek, a co dopiero Bogdan [Mamiński]... Pana Ślusarskiego prawie nie znałem, poznałem go dopiero tam, w Międzyzdrojach. Fantastyczny człowiek... Wszystko, co tu osiągnę będzie dla nich! - mówił pełen emocji przed finałem biegu na 3 km z przeszkodami, w którym zajął 8. lokatę.


18 sierpnia Mamiński też miał lecieć do Budapesztu. - Musiałem zostać. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy, jak w takich ciężkich chwilach bliscy zmarłego muszą się jeszcze zmobilizować, żeby uporać się z wszystkimi problemami związanymi ze śmiercią, pogrzebem... Wkrótce przyjechała Misia, małżonka Władka... Powstał komitet pogrzebowy i ustalono, że pogrzeb odbędzie się już po Mistrzostwach Europy...


W ekipie startującej w tym czasie na ME w Budapeszcie zapanowała żałoba. Prezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki Irena Szewińska zakupiła kilka metrów czarnej wstążki i zawodnicy przypięli krepę do koszulek. Prezeska na odprawie ekipy powiedziała, że pamięć o mistrzach olimpijskich lekkoatleci uczestniczący w ME najlepiej uczczą sukcesami. Wywalczyli 3 medale złote, 4 srebrne i samotny brązowy, odnosząc triumfy nie notowane przez polskich lekkoatletów od wielu lat.

- Dla mnie – mówił późniejszy mistrz Europy Artur Partyka – zarówno Tadek, jak i Władek, to byli idole, zwłaszcza Ślusarski, który zadziwiał mnie sprawnością i kondycją. Jeszcze w ubiegłym roku oglądałem jego skoki. Komara ostatni raz widziałem w Sopocie 13 czerwca, a potem w bardzo fajnym programie telewizji RTL 7...


Parę tygodni po śmierci mistrzów RTL 7 powtórzyła ów program, wywiad Wojciecha Jagielskiego w cyklu "Wieczór z wampirem". To właśnie w nim Komar powiedział: - Przecież jeszcze nie umieram!


Polska Agencja Prasowa nadała 17 sierpnia wiele depesz o tragedii pod Goleniowem. W jednej z nich znalazły się słowa: "Blisko zaprzyjaźniony z Komarem i Ślusarskim (...), mistrz olimpijski w skoku wzwyż – Jacek Wszoła – był tak zdruzgotany wiadomością o tragicznej śmierci przyjaciół, że nie był w stanie rozmawiać z dziennikarzem PAP..."


Na niebieskich stadionach


Pogrzeb odbył się 25 sierpnia w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach, mogiły mistrzów olimpijskich znalazły się niedaleko grobu Zdzisława Pietrasika. Trumnę Ślusarskiego nieśli m.in. Wszoła oraz tyczkarze Władysław Kozakiewicz, Mirosław Chmara i Marian Kolasa. Komara dźwigali m.in. Świostek, Piotr Bielczyk i Leszek Dunecki. Z Danii przybył kolejny kolega Ślusarskiego ze skoczni – Wojciech Buciarski, obecne były dawne i aktualne gwiazdy lekkoatletyki z Marią Kwaśniewską-Maleszewską, Jarosławą Jóźwiakowską-Biedową, Grażyną Rabsztyn, Lucyną Langer-Kałek, Zdzisławem Krzyszkowiakiem, Kazimierzem Zimnym, Marianem Foikiem, Władysławem Nikiciukiem, Leszkiem i Mirosławem Wodzyńskimi, Lechem Nikitinem, Marianem Woroninem, Januszem Trzepizurem, Robertem Korzeniowskim i Pawłem Januszewskim. Był twórca Wunderteamu – Jan Mulak. W ostatniej drodze towarzyszyli mistrzom także herosi innych dyscyplin sportu: m.in. Waldemar Baszanowski, Jerzy Kulej, Jan Szczepański, Józef Grudzień, Paweł Skrzecz, Andrzej Supron, Andrzej Wroński, Stanisław Krzesiński, Edward Skorek, Arkadiusz Skrzypaszek, Władysław Grotyński, Ryszard Kulesza i Andrzej Pstrokoński. Kwiaty na grobach składali Maja Komorowska, Adrianna Biedrzyńska, Bohdan Łazuka i Wiesław Tupaczewski.


Ksiądz Mirosław Mikulski, kapelan sportu polskiego, powiedział m.in.: "Weź ich do nieba, może przez czyściec. Niech pchają kulę, niech skaczą o tyczce (...) na niebieskich stadionach".


Nad grobami wystąpił też prezes PKOl Stanisław Stefan Paszczyk: "Wielcy sportowcy żyją szybciej. (...) I odjechali, bo znów gonił ich czas. Tym razem bieg został przerwany na zawsze. Natychmiast powróciły obrazy zdarzeń najwspanialszych. Podium w Monachium i w Montrealu. Łzy Komara i skromny, jakby skrępowany zwycięstwem Tadeusz Ślusarski. Tak różni, a tak często razem. (...) Mieli wkrótce jechać do Olimpii, do kolebki antycznego ruchu olimpijskiego na sesję Międzynarodowej Akademii Olimpijskiej, na spotkanie z podobnymi legendami współczesnego olimpizmu. Odeszli nie tylko wielcy sportowcy, ale i bezinteresowni działacze. (...) Dla nas pozostaną nieśmiertelni".


Przemawiali jeszcze Irena Szewińska, Bohdan Tomaszewski, Ryszard Parulski i wiceprzewodniczący państwowego Urzędu Kultury Fizycznej i Turystyki Witold Krebok. Daniel Olbrychski i Jerzy Zelnik deklamowali wiersze.


Gdy po ceremonii wszyscy już się rozeszli, spadł rzęsisty deszcz.

(...)


Dres do trumny


Jarosław Marzec zmarł 22 sierpnia w szczecińskim szpitalu nie odzyskawszy przytomności. Pomimo kilku operacji przeprowadzonych na oddziale intensywnej terapii, nie miał szans na przeżycie – część twarzy miał wgniecioną w głąb czaszki. Śmierć mózgowa nastąpiła dzień wcześniej.


- Cztery dni po wypadku – opowiada Mamiński – przyszła do mnie żona brata Jarka (...). I szwagierka Marca powiedziała, że wdowa bardzo pragnie, żeby jej mąż został pochowany w dresie reprezentacji Polski... Zatelefonowałem więc do Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, powiedziałem o tym dyrektorowi Ryszardowi Wysoczańskiemu i on podał dres, a ja przekazałem go bratu Marca. Wydaje mi się, że na pogrzebie Jarka w Dziwnowie byłem jedynym obecnym sportowcem. Strasznie lało...


Świeżo usypany kopczyk na cmentarzu w Dziwnowie, wieńce z żałobnymi wstęgami i wiązanki zbrązowiałych już kwiatów. Na czarnej tabliczce daty: 21.01.1963-22.08.1998.


- Tajemnicę, kto był winien – mówi ojciec Jarosława, Marian Marzec, ukradkiem ocierając łzy – obaj kierowcy zabrali do grobów. Moim zdaniem, winna była nadmierna szybkość. Syn był flegmatykiem, na pewno nie piratem drogowym, nie wiem, czy kiedykolwiek przekroczył dozwoloną prędkość. Synowa twierdzi, że nigdy nie przekraczał setki. Zresztą prędkościomierz we wraku samochodu syna stanął na 60 km na godzinę. Sąsiad z Dziwnowa, który wtedy dość szybko jechał tamtą drogą, powiedział mi, że został wyprzedzony przez auto, w którym jechali Komar i Ślusarski... Teraz czekamy na zamknięcie sprawy. Nie można tego tak zostawić. Jedna z gazet wydrukowała na pierwszej stronie nagłówek: "Kolega zabił mistrzów olimpijskich", a dopiero w środku znajdowało się wyjaśnienie okoliczności. Mordercę z niego zrobili...


Brak śladów hamowania


Policja rozpoczęła dochodzenie. Kierowcy audi i renaulta byli trzeźwi, sekcja zwłok wykazała to samo w przypadku Ślusarskiego. Biegli mają jeszcze wyjaśnić, czy Marzec mógł zasnąć lub zasłabnąć?


Pracę zakończyli już biegli, których zadaniem było stwierdzenie, czy samochody biorące udział w katastrofie były sprawne technicznie. Orzeczenie brzmi, że były.


Kolejna grupa biegłych, stosująca austriacki program komputerowy PC Crash, określała prędkości pojazdów oraz inne okoliczności wypadku. Na szosie nie było śladów hamowania. Na podstawie zeznań świadków przyjęto, że wszystkie trzy samochody poruszały się z prędkością nie większą niż 100 km/h. Szybkości te oraz małe odległości między autami sprawiły, że Ślusarski nie miał czasu na jakąkolwiek reakcję w celu uniknięcia zderzenia. Nikt nie wyszedłby obronną ręką z takiej sytuacji!


Grupa biegłych zakończyła prace, ale prokurator Małgorzata Gruszecka, ze względu na niejasności w ekspertyzie, zamierza powołać drugą ekipę, aby wydała dodatkową opinię.


Na odcinku Przybiernów-Brzozowo szosa jest prosta jak strzelił i szeroka jak pas lotniska. Jednak wciąż giną tam ludzie. Trzy tygodnie po wypadku mistrzów olimpijskich, niewiele dalej od miejsca ich śmierci, doszło do niemal identycznego karambolu: polonez truck raptem zjechał na przeciwległy pas i zderzył się z mercedesem. Jedna osoba zginęła na miejscu, druga zmarła w szpitalu, cało wyszedł śpiący pasażer.


Miejscowi powtarzają, że tragiczne wypadki wiążą się z podziemnymi żyłami wodnymi. Prokurator Gruszecka obstaje, że przyczyną bywa raczej nadmierna prędkość, ale dopuszcza możliwość, że właśnie tam przecinają się żyły wodne, które mogą powodować spadki ciśnienia u kierowców i skłonność do zasypiania. Jednak ostatnią tragedię prokuratorka przypisuje raczej faktowi, że piekarz, wiozący o świcie chleb i bułki do Wolina, całą dobę wcześniej nie spał, żeby to wszystko upiec na czas.

(...)


Wrak na pomnik


Bogusław Mamiński (...) razem ze Stanisławem Ceglarkiem, właścicielem szczecińskiej formy Ce-mot i przewodniczącym komisji rewizyjnej Sportingu Międzyzdroje, chcą, żeby w miejscu katastrofy stanął pomnik. Monument nie będzie banalny: na cokole postawiony zostanie rozbity samochód, którym jechali Ślusarski z Komarem. Wrak stoi dzisiaj na podwórzu firmy Ceglarka, czeka na ocynkowanie w znajdującym się nieopodal zakładzie, należącym do byłego wioślarza Ryszarda Stadniuka, właściciela baru Atlanta na kortach w Szczecinie i prezesa szczecińskiego Klubu Olimpijczyka.

Mamiński, Ceglarek i Stadniuk chcą postawić ten pomnik nie tylko po to, żeby upamiętnił miejsce śmierci Komara i Ślusarskiego, lecz także ostrzegał kierowców. Chcą wpisać się w ogólnopolską akcję oznaczania niebezpiecznych miejsc na drogach. A niebezpiecznie zrobiło się tam zwłaszcza po tragedii mistrzów olimpijskich. Już teraz zatrzymują się tam setki samochodów, tysiące ludzi przebiegają przez szosę, na której panuje duży ruch. A co dopiero będzie się działo, kiedy znowu nadejdzie lato i rozpocznie się sezon wyjazdów nad morze...


IRENEUSZ PAWLIK


Posłowie z 2025 r.

Materiał do publikacji zbierałem na początku października 1998 r., tekst ukazał się w dwóch częściach: 8 i 9 października. Wracałem z Pomorza Zachodniego do Krakowa, wiedząc już, że przejęcie "Tempa" przez likwidatora zostało przesądzone i tym samym historia gazety dobiegła końca.


pawlik

pawlik


cmentarz3aaapoziomglowne.jpg



więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty