Prezentujemy w dalszym ciągu wybrane publikacje red. Ireneusza Pawlika zamieszczane w "Tempie" w latach 1984-1998, dziś: "Występ(ek) sędziego".
Od autora
A teraz z innej beczki, jak tłumaczył Tomasz Beksiński nagłe zmiany tematu w "Latającym Cyrku Monty Pythona"...
Występ(ek) sędziego
W czasie gdy w stolicy obradował walny zjazd sprawozdawczo-wyborczy Kolegium Sędziów PZPN, jeden z członków tego arcybractwa opuszczał właśnie izbę wytrzeźwień w Szczecinie, składał zeznania na komisariacie Milicji Obywatelskiej, a zaraz potem pomagał na linii sędziemu głównemu meczu Pogoń Szczecin – Ruch Chorzów Januszowi Eksztajnowi. W Warszawie przewodniczący Kolegium Sędziów Stanisław Eksztajn musiał w pokorze wysłuchiwać miażdżących filipik pod swoim adresem, a w Szczecinie jego syn* akurat w tym samym czasie nie widział żadnych przeszkód, aby dopuścić do sędziowania przy swoim boku człowieka, który w nocy upił się do stanu niepoczytalności i wytłukł szyby w Szkole Podstawowej nr 63.
(...) Szkoła mieści się koło Zamku Książąt Pomorskich. Główne wejście z powodu remontu jest nieczynne. Trzeba wchodzić od strony boiska. Tędy szedł także Zbigniew W.** Koszem na śmieci rzucił w taflę okna. Wgramolił się do środka. Na drodze stanęły mu zamknięte drzwi do stołówki. Rozbił w nich szybę i od wewnątrz otworzył zamek z zasuwy. Poroztrącał stoły, z których pospadały ułożone na nich do góry nogami krzesła. Doniczkami miotał w okna. Wybił 20. Nic nie ukradł.
Gdy podeszła kelnerka i popatrzyła mi głęboko w oczy, dostrzegła takie pragnienie, że bez słowa przyniosła butelkę wody mineralnej. Powinna była przynieść wiadro.
To tutaj, w hotelu Arkona, byli zakwaterowani sędziowie. To w tej restauracji, w przeddzień meczu jedli kolację w towarzystwie działacza Pogoni. Czterech samotnych mężczyzn, do których mogło należeć całe miasto. Coś trzeba było począć z tak pięknie zapowiadającym się wieczorem...
Wyszli więc z hotelu tak jak ja. Mnie uderzyło w twarz gorące powietrze jak z piekarnika, oni odetchnęli wieczornym i rześkim, które przywiała bryza. Parędziesiąt metrów dalej sterczy strzelisty budynek z cegieł, w którym mieści się muzeum. Z tyłu znajduje się wejście do nocnego lokalu U Wyszaka czynnego od godziny 21 do 4.30. Tylko Philip Marlowe mógłby się tam czegoś dowiedzieć, ale jemu płacono 50 dolarów dziennie*** plus wydatki.
Wieczór zakończył się zagadkowym zniknięciem W.**, który opuścił towarzystwo kolegów z obsady sędziowskiej i kierownika sekcji piłkarskiej Pogoni Aleksandra Dancewicza. Prawdopodobnie chciał wrócić do hotelu, ale pomylił drogę, choć była prosta jak wiązka lasera. Szkoła również jest bardzo blisko. Z wyglądu trochę przypomina hotel. Ktoś zamroczony mógł wziąć ją za Arkonę. Mogło go też rozwścieczyć, że nikt nie reaguje na dobijanie się. Trzeba było obiekt zdobyć.
O 5.40 dyżurny MO zawiadomił patrol o wtargnięciu nieznanego osobnika do szkoły przy ul. Grodzkiej. Zatrzymany oświadczył milicjantom, że "w Szczecinie znajduje się celem sędziowania meczu piłkarskiego" i trochę zaskoczyło go, że nie został natychmiast puszczony wolno.
Tymczasem osieroceni współbiesiadnicy wszczęli poszukiwania. W hotelu arbitra nie było, w izbie wytrzeźwień, gdzie zaraz zadzwoniono, też nie.
Izba w Szczecinie nie znajduje się tak jak ta w Krakowie przy ul. Rozrywki, lecz przy ulicy pod wysokim patronatem gen. Jana Henryka Dąbrowskiego. Po wejściu w głąb trzeba wstrzymać oddech. W powietrzu unosi się bukiet aromatów, wśród których można wyczuć najrozmaitsze gatunki alkoholu i wonie wszystkich ludzkich wydzielin.
Zbigniewa W.** powitano tu w sobotę 13 maja o godz. 6.30. Nie miał przy sobie (...) dokumentów. Podał personalia, ale odmówił odpowiedzi na pytanie o miejsce zatrudnienia, choć zadeklarował miesięczne zarobki w wysokości 100 tys. zł***. Ubranie zdał do szatni, a wyfasował twarzowe giezło do spania.
Zachowywał się spokojnie, nie ciskał – pogodził się z losem. Gdyby było inaczej, zostałby odziany w kaftan bezpieczeństwa i przypięty do pryczy pasami przez dwóch dyżurnych sanitariuszy, którzy nakłaniają do tego delikwentów przy pomocy łagodnej perswazji. Ale sędzia, arbiter, rozjemca, mediator powinien być człowiekiem opanowanym i statecznym, nawet wtedy, gdy nie potrafi zapanować nad słabościami organizmu. Jak oświadczono mi w izbie wytrzeźwień z prostotą, pan W.** "sfajdał się w majtki".
Po czym nieborak udał się na zasłużony spoczynek, z którego ocknął się w południe i przeciągle chłeptał kawę zbożową z kotła. Dopytywał się grzecznie, czy może już opuścić gościnne progi. Dowiedział się wszakże ku swojemu zdumieniu, że najkrótsza wizyta w wytrzeźwiałce musi trwać minimum 8 godzin, a więc ponad 4 mecze z przerwami.
Tymczasem, gdy on beztrosko śnił w objęciach Morfeusza, w izbie co pewien czas terkotał telefon. Dzwoniono z Pogoni i nalegano na jego zwolnienie. Ktoś inny podawał się za przedstawiciela Zarządu Portu i wyrażał podobne życzenie. Nieugięta postawa personelu izby wynikała z faktu, że milicja zastrzegła sobie, iż sędzia ma pozostać do jej dyspozycji.
Uiściwszy stosowne opłaty (3500 zł za nocleg plus 1000 za transport) Zbigniew W.** opuścił przytulisko w radiowozie o godz. 14.55. Dla ścisłości dodajmy, że wyszedł bez majtek oraz że mocno cuchnął.
Brzęczyk oznajmił, że można wejść. Pchnąłem ciężką bramę I Komisariatu MO przy ul. Jedności Narodowej. Na korytarzu spacerowała dama, która zawód miała wypisany na twarzy. Dwaj znajdujący się pod czujną opieką milicjanta obwiesie wymieniali między sobą uwagi na intrygujący temat: ileż to oni potrafią wypić zanim się obalą. Przy boku milicjanta pobrzękiwały kajdanki.
W komisariacie Zbigniew W.** udzielił zeznań. Mieszka w Warszawie. Żonaty. Dziecko. Zarabia ok. 70 tysięcy. Wykształcenie średnie, technik lotniczy. Zatrudniony w wojskowych zakładach napraw lotniczych jako pracownik cywilny.
Na temat incydentu powiedział: "Do opisanego w tym zarzucie czynu nie przyznaję się. (...) po zastanowieniu stwierdzam, że nie pamiętam co się działo ze mną w dniu dzisiejszym rano i być może dopuściłem się czynu opisanego w tym zarzucie, lecz tego nie pamiętam. Jednak korzystam z przysługującego mi prawa odmowy składania wyjaśnień". Do akt zdążono już dołączyć zaświadczenie o dotychczasowej niekaralności przesłuchiwanego.
Zeznania trwały ok. 40 minut i tuż przed godz. 16 Zbigniew W.** był wolny. Kierownik sekcji Dancewicz czekał już na niego z samochodem. Nie zostawił bliźniego w potrzebie, cały czas interesował się jego losem, to on telefonował do komendanta I Komisariatu. Okazał się człowiekiem, na którego można liczyć.
Na kilka minut przed godz. 17 Zbigniew W.** wybiegł u boku Janusza Eksztajna na boisko, aby wziąć udział w rozstrzyganiu i upominaniu piłkarzy. Sędzia J. Eksztajn nie miał żadnych obiekcji, choć musiał wiedzieć o wszystkim.
W szkole tymczasem uprzątnięto ślady chuligańskiej furii. Szukano szklarzy, którzy mogliby wprawić szyby. Była sobota, więc bezowocnie.
I nagle dyrektor szkoły Kazimierz Żukociński ok. godz. 10 odebrał telefon z Zarządu Portu, od dyrektora Więcława, który obiecał przysłać fachowców. Do godz. 21 szyby zalśniły w oknach. W poniedziałek w szkole nie było żadnych oznak zniszczenia. Uczniowie o wszystkim dowiedzieli się z gazet.
Gdyby straty wyceniono na kwotę do 5 tys. zł, sprawca odpowiadałby przed kolegium ds. wykroczeń. Wstępny szacunek określił wartość dewastacji na ok. 70 tys. Zanosiło się na sprawę sądową z artykułu 212 paragraf 1 kodeksu karnego w związku z art. 59 kk o czyn zagrożony karą do 5 lat pozbawienia wolności.
- Miał szczęście – mówi komendant I Komisariatu – że było to w sobotę o świcie. Inaczej wchodziłby w grę tryb przyspieszony. A my mogliśmy go trzymać najwyżej 48 godzin, a więc do 6 rano w poniedziałek. O tej porze sądy są jeszcze zamknięte. Musieliśmy go zwolnić.
Najprawdopodobniej sprawie ukręci się łeb****. Zarówno bowiem Pogoń Szczecin, jak i SzP nr 63 im. Marynarzy i Portowców są objęte patronatem Zarządu Portu Szczecin-Świnoujście. Ekipa szklarzy przysłana przez dyrektora Zarządu Portu wykonała usługę bezpłatnie, nie wystawiła rachunku. Strat więc teoretycznie nie ma. I nie ma zatem podstaw do wniesienia oskarżenia.
Zbigniew W.** miał po prostu zły sen.
IRENEUSZ PAWLIK
Przypisy z 2025 r.
* Z czasem Janusz Eksztajn został jednym z następców ojca na stanowisku przewodniczącego Kolegium Sędziów PZPN. Kadencję zakończył przedwcześnie, bo odwołano go po serii skandali.
** W tekście z epoki pada nazwisko Zbigniewa W., ale po kilkudziesięciu latach można okazać miłosierdzie, gdyż sprawa się przedawniła.
*** 50 dolarów oznaczało wtedy furę pieniędzy, bo waluta USA miała w Polsce wartość ze 40 razy większą niż dzisiaj, za to ówczesne 100 tys. zł było odpowiednikiem kwoty ok. 20-krotnie mniejszej niż obecnie.
**** Kolegium Sędziów PZPN ukarało Zbigniewa W. dyskwalifikacją 3-letnią i, o ile wiadomo, słuch po nim zaginął. Natomiast arbiter główny Janusz Eksztajn został wtedy odsunięty od sędziowania na 3 miesiące.