Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Wiadomości
„TEMPO”, reportaż. „Nędznik czy nędzarz?”2026-05-06 20:45:00

Kontynuujemy prezentację wybranych publikacji Ireneusza Pawlika zamieszczanych w "Tempie". Dziś reportaż "Nędznik czy nędzarz?", stanowiący część kilkuodcinkowego cyklu "Pitaval bokserski", opisujący tragiczny los boksera Witolda Mielczarka, mistrza Polski juniorów w 1956 roku, który toczył walki m.in. z Bendigiem, Gutmanem, Olechem. Tekst ukazał się w "Tempie" 22 listopada 1988 roku.


pawlik

 

Pitaval bokserski

Nędznik czy nędzarz?

 

- Może będzie miał pan szczęście i Mielczarek będzie w stanie rozmawiać – w słuchawce słychać zatroskany głos lekarza. I te słowa rezonują w uszach, kiedy przy ul. Lotniczej we Wrocławiu wysiadam z tramwaju, kiedy wchodzę na teren schroniska dla bezdomnych im. Brata Alberta Chmielowskiego. - Żeby tylko nie delirium – powtarzam, gdy mijam baraki z wypokostowanego brunatnego drewna, gdy przeciskam się między stłoczonymi barłogami w cuchnącym pomieszczeniu, z którego widać następne.

Przyglądają mi się z zaciekawieniem zszarzałe, zarośnięte i pomarszczone twarze starców. Goście w tym zapomnianym miejscu są egzotyką, ludzie omijają je nawet w rozmowach jak zapowietrzone noclegowisko zgrai żebraków. Ten ohydny pejzaż budzi żywiołowy wstręt.

Witold Mielczarek wyciąga rękę o zasnutych żałobą paznokciach. Obok jednonogi, zgrzybiały starzec mlaskając i siorbiąc ogryza parujące bydlęce gnaty. Obtarłszy usta wierzchem dłoni chce pożyczyć kilka dych. Sam nie wierzy w powodzenie nagabywań i zaraz zasypia. Wkoło wciąż wybuchają gwałtowne kłótnie, awantury mające źródło wprost w tym upodleniu.

Nie wszystkich sprowadziła tu wódka i przestępstwa. Wielu przywiodły nieszczęścia. Tu, na jednym metrze kwadratowym mieści się bezmiar krzywd, żalu i nienawiści, goryczy, biedy i rozpaczy. Tu można już tylko przeklinać – siebie, innych i parszywy los.

Mielczarek opowiada chełpliwie, dumny jest, że to na nim spoczęło chwilowe zainteresowanie, że znalazł się w centrum uwagi. Nie szczędzi szczegółów, obrzuca się upokarzającymi oskarżeniami, egzaltuje złem, które wyrządzał. Kompani z przytułku dorzucają nowe detale z jego życia, znają tę biografię równie dobrze jak własną.

Mielczarkowi pozostał już tylko ten życiorys, na nim kończy się jego stan posiadania. Jest jego właścicielem i chętnie rozmienia go na drobne. Ostatnio ze studentem szkoły filmowej. Posłuchajmy tej umoralniającej opowieści z socrealistycznej czytanki...

 

Apasz

 

Był apaszem, warszawskim kiziorem. Przyszedł na świat jednak w Ostrołęce, w 1936 r. Pamięta, że chodził po prowiant najpierw do żołnierzy polskich, potem niemieckich, później jeszcze do ruskich.

Po wojnie ojciec rzucił robotę w kotłowni w Ostrołęce na rzecz pracy w elektrociepłowni na Żeraniu. Z żoną i dziesięciorgiem przychówku przeprowadził się do Warszawy, do kamienicy na Ochocie. Matka została babcią klozetową w restauracji MDM przy pl. Konstytucji. W 1952 r. wysiedlili ich do baraków na Pola Mokotowskie. Przypadł im pokój z kuchnią. Witek spał na podłodze zasłanej słomą. Całkiem podobnie jak dzisiaj.

Gdyby powiedzieć, że chodził do szkoły, nie byłoby to ścisłe. Raczej pod szkołę i stamtąd na wagary. Nie chciał się uczyć, do dziś nie znosi czytania książek. Powtarzał klasy w nieskończoność, w trzeciej był już mocno przerośnięty – miał 17 lat.

Uciekał także stale z domu. Ile razy? - Ile się tylko dało! Pierwszy raz do Ostrołęki, do swoich. Poznali go i przechowali 8 miesięcy. - Zgredy szukali, ale skąd mogli wiedzieć, że akurat tam się skryłem – jeszcze dziś triumfuje. Ojciec lał go za ucieczki, kazał z rękami do góry klęczeć na grochu. - Miał rację, zasłużyłem. Chciał, żeby coś ze mnie było, a tu co wyrosło...

- Zbytnikiem byłem – oświadcza. Chuliganił, spał na klatkach schodowych, w parku – gdy zrobiło się ciepło. Zarabiał gazeciarstwem, chodził z bratem, który grał na harmoszce, a on obijał bębenek i za to ludzie rzucali im drobniaki. Często trzeba było zmykać przed milicjantem, wskoczyć w biegu do tramwaju. I właśnie kiedy jechał "na cycku", czyli zderzaku, potrącił go samochód. Pokaleczonej nodze groziła amputacja. Toteż gdy poszedł do Legii zapisać się na boks i polecili mu wykonać parę ćwiczeń gimnastycznych, wtedy nie wyszły mu za dobrze i trener Strzelec orzekł, że klient jest za sztywny i w sekcji zbędny.

A boks podobał mu się, jak nic dotąd. Nocował w hali, w której przeprowadzono warszawskie Mistrzostwa Europy w 1953 r., żeby tylko zobaczyć Henryka Kukiera. Ubóstwiał go, ale nie było stać Witka na codzienne opłacanie wstępu. Przeszwarcował się więc raz i został przez wszystkie dni do końca. Koledzy dostarczali mu tylko wałówkę.

 

Na ringu

 

Sam też robił nierzadko użytek z pięści. Raz, gdy konikował pod kinem, pojawił się konkurent z innej dzielnicy, który swoje bilety sprzedawał taniej. Był starszy i wyższy, ale Mielczarek jego też stłukł. Nagle ktoś złapał go za rękę. - To koniec, prowadzą na komisariat – przemknęła mu myśl. Już miał się zerwać, lecz okazało się, że pojmał go Tadeusz Pietrzykowski, trener bokserski ze Zrywu Warszawa. Zaprowadził do technikum budowlanego na Hożą, gdzie była sala treningowa. (...)

Był rok 1954. We wtorek zaliczył pierwszy trening, a w czwartek wystąpił w mistrzostwach stolicy juniorów. Pokonał trzech, czwarty był Andrzej Ostrowski, który ćwiczył boks już pół roku. Mielczarek został wicemistrzem wagi koguciej. Na tym samym przeciwniku zatrzymał się w tymże roku na mistrzostwach Polski juniorów w Gdańsku. Zdobył brązowy medal, ale nie mógł wybaczyć sędziom, płakał ze złości.

Pocieszenie znalazł u kolegów też ze Zrywu, choć już nie warszawskiego, lecz wrocławskiego. Tamtejszym działaczom przyznał się, że skończył tylko trzy klasy podstawówki, ale ci zapisali go do technikum budowlanego – tak to załatwili, że nie musiał nawet dokumentów pokazywać.

Zryw Wrocław występował w III lidze bokserskiej. Mielczarek zwyciężał. Przyszedł więc po niego trener Michał Szczepan z klubu Pafawag i wziął do II ligi. Musiał teraz walczyć z lepszymi pięściarzami: wygrał raz i raz przegrał z Gutmanem, który mistrza olimpijskiego Stiepaszkina (ZSRR) nokautował, trzykrotnie zremisował z brązowym medalistą rzymskich Igrzysk Bendigiem. W 1956 r. został młodzieżowym mistrzem kraju, zdobywał medale na MP seniorów. W latach 1956-62 był członkiem kadry narodowej. Rzadko jednak występował w pierwszym składzie. - Biłem ich jak bąków, takiego Artura Olecha, dwukrotnego srebrnego medalistę olimpijskiego na przykład, ale mnie nie wystawiali. Uważali mnie za pijaczka, rozrabiaczkiem byłem, nieposłuszny byłem.

 

pawlik


Basza

 

Boksując w Zrywie, miał wikt (podwójne obiady) i opierunek w internacie. Wypłacano mu też miesięczne stypendium. Przyzwyczajał się do nadmiaru gotówki. Żył jak basza. Walcząc dla Pafawagu, miał w tej fabryce fikcyjny etat, ślusarza-spawacza, a on przecież klucza nie umiał trzymać, a spawania nauczył się za kilkanaście lat, dopiero w więzieniu.

Czasem szedł do zakładu coś podłubać, pokazać się – i za to bulono mu 4-5 tysięcy miesięcznie. W latach 50. to była duża kwota. Było za co popić z kolegami, bo "samemu mniej smakuje". Nie, nie byli to bokserzy, raz tylko z Marianem Kasprzykiem zwiali ze zgrupowania i zrobili rundę po Polsce. Nieraz trenerzy kadry Stamm i Szydło wyrzucali go z obozów w Cetniewie i Wiśle.

Hulał w restauracjach – wielu chciało ugościć mistrza. Miał sporo scysji z ludźmi, targali się po szczękach. Traktowano go ulgowo, puszczano wolno. Ciągle go zawieszano jako boksera, na pół roku, rok, ale anulowano kary przed upływem. - Chcieli mnie tylko nastraszyć, ale zaraz darowywali. Wtedy cieszyłem się, dzisiaj czuję żal, że tak głupio ze mną postępowano.

 

Areszt

 

I znów chodził podpity, nie wracał do domu. W 1960 albo 1961 r. sekretarzowi z Pafawagu złamał szczękę i 6 tygodni przesiedział w areszcie. - Dlaczego mnie nie ratowali? Żeby taki wielki klub nie mógł sobie poradzić ze mną jednym? Nie byli przecież bezsilni, mogli coś zrobić. Kiedy na trening przychodziłem pijany, trener odsyłał mnie tylko na bok, żeby młode chłopaki nie widziały. W sobotę przyprowadzali mnie pijanego, a w niedzielę kazali boksować w lidze...

Nawet w czasie dyskwalifikacji nie musiał chodzić do pracy i dalej płacono mu pensję. Trenował i pił nadal. Jedyną dolegliwością bywało napiętnowanie w gazecie, a to przecież fraszka!

W Pafawagu walczył w latach 1955-62. Potem w tym klubie rozwiązano sekcję bokserską. Większość zawodników przeniosła się do Gwardii, ale Mielczarka z taką przeszłością do tego milicyjnego klubu nie przyjęto.

Przeszedł do Burzy Wrocław, która też startowała w II lidze. Sponsorem klubu była spółdzielnia kominiarzy Florian. Trochę w niej musiał pracować, ale najwyżej tydzień w miesiącu. Do renty, którą mu przyznano w 1985 r., musiano mu policzyć przeciętne zarobki i stąd wie, że w 1962 r. jego średnia pensja wynosiła 10 400 zł. Była to wtedy ciężka forsa.

Miał więc z czego utrzymać żonę, która biegała sprinty w klubie Pafawag. W 1961 r. urodził im się syn. Przeżył jednak zaledwie 3 miesiące. Mielczarek rozpił się na dobre. Upijał się do nieprzytomności. Gdziekolwiek: w knajpach, melinach, bramach. W 1962 r. żona go rzuciła.

 

Poniewierka

 

Pracował prywatnie, żeby tylko zarobić parę groszy i przepić. Postępowała degradacja psychiczna, choroba alkoholowa robiła szybkie postępy. Była żona wymeldowała go z mieszkania, kiedy przebywał na odwyku. Sypiał u kolegów-bokserów, ale nie mogło to trwać. Stał się włóczęgą, spał w parkach i na klatkach schodowych. Tak jak w dzieciństwie, kiedy ciągle uciekał z domu, znów wtulał się w schody. - Nie żebrałem – zaprzecza z resztką dumy w głosie. Miał kibiców, którzy go nie zapomnieli. - Jeszcze dziś mogę pójść na plac Nankiera i zawsze dadzą mi parę złotych – zapewnia gorąco.

Miał więc jeszcze za co odwiedzać meliny. W jednej z nich "gość zaczął szumieć, szczękę mu złamałem". Walki w ringu też nieraz kończył przed czasem, ale tym razem dostał wyrok: 4 lata. Siedział w Wołowie, tam właśnie nauczył się spawać.

Spawanie to lżejsza praca. Bowiem poznali go więźniowie, a co ważniejsze – klawisze, i znowu miał przywileje za to tylko, że był bokserem. Inni osadzeni mieli gorzej: szyli piłki na eksport, każdą z 36 łatek, a norma wynosiła dwie sztuki na dniówkę – żeby wykonać plan, niektórzy musieli oddawać wypiski innym, bieglejszym, którzy szyli za nich.

- W więzieniu nie miałem źle, choć był to represyjny zakład karny. Siedziałem ze Zdzisiem P., bokserem 1. Klubu Sportowego Ślęza Wrocław, którego znałem wcześniej, i z Bolkiem M. z Pafawagu, srebrnym medalistą mistrzostw świata w zapasach w stylu klasycznym.

Po opuszczeniu więzienia dalej najmował się dorywczo, żeby mieć na alkohol. Raczył się coraz podlejszymi trunkami: - Fikoły też piję. A za co ja mam pić? Pije się to, na co kogo stać. Pije się wszystko, co się pali – oprócz benzyny. Jagodziankę na piszczelach też, a co pan myśli – odpowiada zapytany o denaturat.

 

Ginie człowiek

 

Nie miał dachu nad głową, wałęsał się. Od ogłoszenia stanu wojennego trzeba było się kryć po godzinie milicyjnej. Szczęściem, 24 grudnia 1981 r., w samiusieńką Wigilię, otworzono we Wrocławiu schronisko Brata Alberta. Koledzy przyprowadzili go tam zaraz po świętach, 27 grudnia.

Jest jednym z 92 pensjonariuszy. Za dach nad głową i trzy posiłki dziennie płaci 3600 zł. Do 1985 r. dostawał z Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej 4,5 tysiąca zapomogi miesięcznej. Dopiero pracujący w schronisku opiekun Janoszko, który należał też do Klubu Ludzi Życzliwych, wystarał mu się o rentę. Dostaje 9120 zł.

Kto z bywalców schroniska jest do tego zdolny, ten chodzi do pracy, ale przeważnie leżą tam chorzy. Trafia się tu, by dogorywać. Tu się już tylko czeka na śmierć, która uwolni od nędzy i bólu. Dlatego można tu rozmawiać o śmierci bez strachu. Od początku istnienia schroniska zmarła w nim masa ludzi.

Ostatnio Mielczarek rzadko tam bywa. Dwa zawały spędził w szpitalu. Od 27 lutego, z przerwami na ataki serca, do 5 września przebywał na odwykówce w Lubiążu. Co mu się oprócz tego przydarzyło jeszcze w tym roku? - Nic. Zawały, odwykówka i nic więcej.

W schronisku obowiązuje oczywiście zakaz picia. Ale kto ich upilnuje? - Jeśli nam nie wyleją, to się pije. Upić się trudno. Jak rozleje się na 17 chłopa, to nawet po kieliszku nie ma – z kilkoma procentami melancholii wylicza Mielczarek.

Są więc solidarni. - Każdy jedzie na tym samym wózku – mówi ten, któremu wózek najbardziej by się przydał, bo nosi Mielczarka na własnych plecach do ustępu, gdy nie może on chodzić.

Jest wprawdzie wytrzeźwiałka, ale nieczynna, bo brakuje miejsc i ludzie tam śpią.

 

Wszyscy byli odwróceni

 

A co z tak licznym rodzeństwem Mielczarka? - Kilka lat temu byłem w Warszawie, bo brat się otruł. Czterech jeszcze żyje. Mają rodziny, mieszkania. Kłamię im, mówię, że mam dobrze. Nie wiedzą... Była żona? Jest znowu mężatką, ma dwoje dzieci.

Wiem, Czytelniku, że wierząc w złożoną na wstępie obietnicę socrealistycznej historii – czekasz na odmianę losu bohatera, zgodne z kanonami tego schematu optymistyczne zakończenie. Na coś w stylu: Mielczarek zrozumiał błędy, naprostował swoje życie i pracuje na odpowiedzialnym odcinku dla pożytku społecznego i własnej satysfakcji.

Muszę Cię, Czytelniku, jednak rozczarować – ta opowieść nie będzie miała socrealistycznego ani żadnego happy endu. Mielczarek po dwóch zawałach w maju i czerwcu nie wstaje z barłogu z powodu niedowładu nóg. On niedługo umrze.

Nie można mu dawać jałmużny – on nie kupi sobie cytryn i mleka, on ją zaraz przepije. Tak jak przepił te 8 tysięcy, które za pośrednictwem prezesa wrocławskiego okręgowego związku pięściarskiego Jerzego Popiołka dostał od władz bokserskich. Prezes Popiołek przyszedł wtedy do schroniska. Pierwszy i ostatni raz zjawił się wówczas u Mielczarka ktokolwiek.

Kiedyś kolega zaprowadził go na akademię z okazji 40-lecia Burzy Wrocław. Ofiarowano tam Mielczarkowi ten oto proporczyk, który wisi teraz nad barłogiem w schronisku. I ten wielkoduszny dar, ten marny proporczyk musi wystarczyć Ci, Czytelniku, za koniec tej historii.

IRENEUSZ PAWLIK

 

PS z 2025 r.

"Nędznik czy nędzarz?", stanowiący część kilkuodcinkowego cyklu "Pitaval bokserski", skłonił do polemiki wrocławskiego korespondenta "Tempa" – Stanisława Machowskiego, darzonego sympatią nie tylko z racji życzliwości, jaką nas obdarzał, ale również choćby dlatego, że pochodził ze Lwowa – bliskiego rodzinnie i mi.

W replice zawarłem passus, który z perspektywy czasu można uznać za swego rodzaju deklarację programową: "sport nie jest najważniejszą pasją mego życia, choć pisanie o jego kolizjach z życiem i skutkach jest jedną z podstawowych. >Tempo<, na tle innych gazet sportowych, bardziej skupia się na tym, co dzieje się między zawodami, przed nimi i po, a także za ich kulisami. Ja się w tej formule tylko zmieściłem".

pawlik

pawlik

pawlik

pawlik

pawlik

pawlik


0_16_pitawalmielczarek1_dsc_0497.jpg



więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty