Kontynuujemy prezentację wybranych publikacji red. Ireneusza Pawlika zamieszczanych w "Tempie" w latach 1984-1998. Dziś o tym w jakich okolicznościach wiosną 1990 roku powstał list gończy za bokserem Andrzejem Gołotą...
Gangster w barwach narodowych
List gończy za Andrzejem Gołotą
Gdyby to był Dziki Zachód, czytalibyśmy w prasie list gończy tej treści:
Poszukiwany jest reprezentant Polski w boksie, pięściarz Legii Warszawa – Andrzej Gołota. Znane są jego wcześniejsze chuligańskie wybryki, każdy następny staje się groźniejszy i stanowi już zagrożenie dla zdrowia oraz życia obywateli. Aby spacyfikować awanturującego się w warszawskim hotelu Marriott boksera, trzeba było ponoć wezwać brygadę antyterrorystyczną z Okęcia.
Miejscem kolejnych wyczynów Gołoty był Włocławek. Po meczu pomiędzy tamtejszym Startem a kadrą narodową Gołota w towarzystwie paru miejscowych i reprezentacyjnych bokserów udał się nocą z soboty na niedzielę do dyskoteki Zazamcze, gdzie skatował do krwi jednego z bawiących się mężczyzn, następnie ogołocił go z odzieży i pozostawił w negliżu, zabierając ze sobą wszystko oprócz slipek, skarpetek i jednego buta. N a p a d u i r a b u n k u d o k on a ł z b r o n i ą w r ę k u, p r z y s t a w i a j ą c w t o a l e c i e p i s t o l e t d o g ł o w y p o s z k o d o w a n e g o.
Następnie ferajna przeniosła się do klubu nocnego Marysieńka, gdzie Gołota znów sprowokował bójkę, w wyniku której zdemolowano lokal. Ponownie groził bronią, najpierw nożem sprężynowym, potem pistoletem gazowym. Tym razem użył jednak tylko gazu łzawiącego, czym spowodował panikę i zakończenie dyskoteki. Zostało rozbite szkło i niezapłacone rachunki...
W tym miejscu powinno nastąpić słynne zdanie o nagrodzie dla tego, kto żywego lub martwego przestępcę dostarczy siłom prawa i porządku. Ale Polska nie Dziki Zachód i uzbrojony pod zęby, niebezpieczny dla otoczenia gangster nadal jest na wolności. Należy go unikać, bo może strzelić...
Ireneusz Pawlik

Posłowie z 2025 r.
Temu swoistemu listowi gończemu życie dopisało epilog, a właściwie kilka ciągów dalszych. I z tego powodu posłowie do newsa z wiosny 1990 r. będzie dłuższe od oryginału z epoki.
Tamtej wiosny bawiłem w Bydgoszczy, gdzie zbierałem materiały do serialu tekstowego o Leonie Birkholcu, przedwojennym wioślarzu, nawet medaliście olimpijskim, który po wojnie wstąpił do klasztoru. I kiedy tak peregrynowałem po Kujawach, nie traciłem kontaktu z rzeczywistością i przeglądałem lokalną prasę.
W jednej z bydgoskich gazet znalazłam notatkę, że w restauracji w pobliskim Włocławku bokser pobił człowieka. Dosłownie – notatkę, bo liczyła zaledwie ze dwa ogólnikowe zdania. Pojechałem PKS-em do Włocławka i nawiedziłem tę restaurację.
A tam okazało się, że nie chodzi o pierwszego lepszego boksera, lecz medalistę olimpijskiego z Seulu '88. Porozmawiałem, z kim trzeba, wróciłem do Bydgoszczy, poszedłem do drukarni prasowej i stamtąd nadałem do redakcji newsa o tym, że Gołota z użyciem broni ogołocił z odzienia itd. I ten list gończy nadałem do redakcji teleksem, czyli przy pomocy urządzenia, którego nikt już nie pamięta, a i ja sam na pewno zapomniałem, jak obsługiwało się tę piekielną machinę o gabarytach fiata 126p.
Po tekście o bandyckim wyczynie Gołoty rozpętała się burza, a wybryk, który odbił się tak głośnym echem zrobił się nie do zatuszowania. Toteż organa wymiaru sprawiedliwości nie miały wyboru i przystąpiły do ścigania. I wtedy bokser, jak wieść gminna niesie, skorzystał z pomocy możnego protektora, słynnego gangstera pruszkowskiego "Pershinga" i zbiegł do USA, zapisując się tym samym do kartoteki zbiegów, w której ostatni na liście figuruje na razie sam były minister sprawiedliwości.
Gołota odnalazł się zatem w USA i wiemy, co było dalej: zdobył sławę i majątek, choć w gruncie rzeczy nie wiadomo za co, gdyż jego najważniejsze walki zawodowe kończyły się faulami na przeciwnikach lub ucieczkami z ringu. Na tę okoliczność odtwórzcie sobie skecz Marcina Dańca...
W każdym razie wygląda jednak na to, że sławę i majątek zdobył poniekąd dzięki "Tempu", bowiem to dziennikarz tej gazety znalazł się zbiegiem okoliczności we właściwym miejscu i właściwym czasie we Włocławku. I Gołota wiedział, że konieczność ucieczki do USA zawdzięcza naszej gazecie, bo kiedy zarabiający parę lat później w Chicago red. Ryszard Kołtun zobaczył go na imprezie polonijnej i zwrócił się do niego, przedstawiając się właśnie jako dziennikarz "Tempa", pięściarz aż żachnął się na jego tupet. Lecz w nagłym przypływie łaskawości nie pobił bezczelnego pismaka, choć zaiste był w stanie...
A po latach prezydent Kwaśniewski przyznał Gołocie list żelazny i owiany sławą bokser przyjechał do Włocławka na proces. Przed sąd zajechał długaśną limuzyną – taką jaką w tamtych czasach widywało się dotąd w Polsce tylko w migawkach telewizyjnych z gwiazdami filmowymi wysiadającymi przed pałacem festiwalowym w Cannes. Rozpętała się histeria, gapie tłoczyli się i gdyby nie solidna karoseria, to by limuzynę zgnietli razem z zawartością.
I wtedy doprawdy nie wiem, co mnie podkusiło, bo dla drwiny z tego amoku wrzasnąłem wniebogłosy: - Całują samochód!
A potem z rozbawieniem czytałem liczne relacje prasowe, w których opisywano, że histeria sięgnęła bruku, a właściwie blachy, bo wielbiciele Gołoty całowali nawet limuzynę z nim w środku. I w ten sposób drugi raz zapisałem się w annałach tej opowieści.
Poszkodowany, którego prawdopodobnie jakoś ułagodzono przed procesem, już niewiele pamiętał i Gołota dostał symboliczny wyrok w zawieszeniu. Nie wiedzieć czemu, gdzieś też zawieruszyło się poważne oskarżenie o dezercję, gdyż przecież w chwili ucieczki z Polski bokser był zawodnikiem klubu wojskowego – Legii Warszawa, a zatem służył teoretycznie w armii. Atmosfera w kraju była wszakże taka, że przymknięto oko na przewiny bohatera narodowego, który zabłysnął w USA, jak nie przymierzając Kościuszko, Pułaski czy "Unabomber" Ted Kaczynski.
Zaś Gołota kontynuował działalność: a to w USA bezprawnie podawał się za policjanta, a to w Sopocie wdał się w kolejną bójkę... I żyje sobie gdzieś pod Chicago, niebożątko.
