To był dzień Mariusza Wlazłego. Najlepszy polski atakujący opowiedział portalowi sportowetempo.pl o tym, co w siatkówce najważniejsze, powrocie do zdrowia i reprezentacji.
- Mecz obrońców tytułu z wicemistrzem Polski miał być wydarzeniem kolejki. Nie pozwoliliście na to, zbiliście Resovię na kwaśne jabłko.
- Spodziewałem się większego oporu ze strony gospodarzy. Ale też trzeba przyznać, iż byliśmy dziś wyjątkowo zmobilizowani.
- Zniszczyliście rzeszowian zagrywką.
- Od tego wszystko w siatkówce się zaczyna. Dobra zagrywka pozwala się zorganizować w obronie. Jeśli drużyna serwuje źle albo poniżej średniej, zaczyna mieć kłopoty. Słowem - zagrywka to klucz do zwycięstwa.
- W przypadku Skry kluczem do wygranej jest dobrze dysponowany Mariusz Wlazły. W Rzeszowie był Pan nie do zatrzymania.
- To mój drugi kolejny udany występ. Cieszę się, że po kontuzji kolana prawie nie ma śladu.
- Prał Pan zagrywką jak za najlepszych lat. Niebywałe, że w końcówce trzeciego seta ręka Panu nie zadrżała!
- Z tą moją zagrywką jest nieźle, choć jeszcze nie całkiem dobrze. Brakuje tak ważnej w siatkówce powtarzalności.
- Niesamowite jest i to, że Resovia w lidze ze Skrą jeszcze nie wygrała...
- Nie zastanawiam się nad tym. My zawsze gramy o zwycięstwo.
- Mecz w Rzeszowie oglądał Daniel Castellani. Rozmawiał Pan z nim?
- Nie było czasu, tylko się przywitaliśmy. Reprezentacja to dziś temat zamknięty. Skupiam się na ekstraklasie i Lidze Mistrzów. Jeśli po sezonie otrzymam powołanie do kadry, to bardzo się ucieszę. Jeśli trener nie zadzwoni, nie będę rwał włosów. Podchodzę do tego bardzo spokojnie i ostrożnie.
Tomasz Szeliga