Fatalna skuteczność w rzutach z gry (18/46 - 39 procent) zadecydowała o pierwszej porażce Sokoła we własnej hali. - Wolne też mogliśmy wykonywać nieco lepiej. Poza tym w końcówce zabrakło nam sił - dodawał trener łańcucian Dariusz Kaszowski.
Sokół Łańcut - MKS Dąbrowa Górnicza 62-77 (20-17, 13-23, 15-18, 14-19)
Sokół: Glapiński 10 (1x3), Fortuna 11 (3x3), Chromicz 4, Dubiel 15, Paul 3 (1x3), Czerwonka 2, Pisarczyk 9,
Balawender 3 (1x3), Nitsche 5 (1x3), Szurlej 0, Kołacz 0.
MKS: Marek Piechowicz 14 (1x3), Zieliński 12 (1x3), Zmarlak 11 (1x3), Bogdanowicz 10 (2x3), Koziński 10, Szczypka 8 (2x3), Lisewski 8, Basiński 4 (1x3), Marcin Piechowicz 0, Szybowicz 0.
Jego zespół ma prawo czuć się zmęczonym - w dziesięć dni rozegrał już cztery spotkania, a na tym nie koniec. W środę Sokoła czeka zaległy mecz z Żubrami, w sobotę z Politechniką, a jeszcze przed świętami ze Spójnią Stargard Szczeciński.
Gospodarze rozpoczęli obiecująco, ale drugą kwartę przegrali 10-punktami i po przerwie musieli gonić przeciwnika. W zespole z Dąbrowy błyszczał Radosław Basiński, który zanotował aż 12 asyst (cała drużyna Sokoła - 10). - Wygraliśmy dzięki dobrej obronie i kontratakom - podkreślał trener lidera Wojciech Wieczorek.