Zawodnicy obu drużyn zdobyli dzisiaj w sumie aż 73 bramki. Wynik spotkania Stali z KSSPR Końskie jest mimo to niezwykle mylący, bo zespoły bardziej zainteresowane były wymianą uprzejmości, aniżeli poważną ligową grą.
Stal Mielec - KSSPR Końskie 38-35 (16-11)
STAL: Lipka - Wilk 4, Rudolf, Janyst 5, Sobut 6, Szpera 1, Babicz 6, Kubisztal, Gawęcki 6, Basiak 3, Misiewicz 1, Krzysztofik 6.
KOŃSKIE: Ratuszniak - Trojanowski 10, Przybylski 5, Baturin 5, Bąk 2, Iskra 4, Słonicki 2, Majchrzak 2, Napierała 5, Rokita, Fiutek.
- Tak bezproduktywnej bieganiny dawno nie widziałem - śmiał się chwilę po zakończeniu dzisiejszego pojedynku Robert Zawada, kierownik Stali. - To, że skończyło się naszym zwycięstwem oczywiście cieszy, ale postawa na boisku była lekko mówiąc średnia - dodał.
Mielczanie, którzy już zapewnili sobie awans do ekstraklasy grali o przysłowiową pietruszkę. Podobnie sprawa miała się z drużyną gości. Końskie pomimo szans na wywalczenie miejsca premiowanego grą w barażach otwarcie deklaruje, iż w tym roku nie stać klubu na przygodę z elitą. Na boisku królował zatem duży chaos, niedokładne zagrania i niewykorzystane sytuacje. Chyba najciekawszym faktem do odnotowania był powrót do Mielca rozgrywającego gości Michała Przybylskiego, który jeszcze w tamtym sezonie przywdziewał trykot Stali, a przy okazji stał się ulubieńcem miejscowych kibiców.
Tomasz Czarnota