Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Artykuły / Felietony / Komentarze
Z DOMIESZKĄ RETRO (59), Mundial z Krakowa (4)2026-07-07 19:51:00

Dedykacja dla Carla


Mundial znów skończył się dla mnie przedwcześnie. Bo już bez Brazylii. Można się do tego przyzwyczaić, od prawie ćwierćwiecza najważniejsze wyroki mundialowe zapadają pod jej nieobecność. Gorsze jest to, że już od wielu edycji nigdy nie była tak słaba jak teraz.


Na włoskim Mondiale odpadała z Argentyną, bo z miażdżącej przewagi nie urodził się choćby jeden gol. Za to na chwilę zapomniano, że Diego Maradona może zrobić wszystko, a Claudio Caniggia postawił kropkę nad „i”. W 2006, mimo bombowego składu, odpadała z Francją, bo z dwóch gigantów wręcz perfekcyjny taktycznie i po prostu lepszy był ten z Europy. W trakcie mundialu na rodzimej ziemi wprawdzie doszło do istnej demolki z Niemcami, ale fazę półfinałową jednak osiągnięto. (Inna sprawa, że nie wiadomo po co…) Jeszcze w Katarze znów powinien być półfinał, awans na korzyść Chorwacji przegrano na własne życzenie.


Teraz jest beznadzieja, skutecznej terapii nie potrafił zastosować nawet sam Carlo Ancelotti. Długo mi imponował, na boisku a później na ławce, choć nie wszystkie pomysły - na przykład w Madrycie - okazały się trafione. Przy najnowszej katastrofie niestety postrzegam Ancelottiego w roli głównego winowajcy. Najpierw żonglował powołaniami tak, że na aut wyrzucił Joao Pedro czy Richarlisona, za to wziął pod broń Neymara. Po co? Aby obnosić go w lektyce? Skrajnie naiwnie oczekiwać, że coś zmieni, skoro od dawna kontakt z piłką miał sporadyczny, albo nie miał go w ogóle?


Mecz z Norwegami był już jak najbardziej zasłużenie przegrany, gdy do pełni brazylijskiego „szczęścia” brakowało jednego. By i Neymar, podobnie jak wcześniej Bruno Guimaraes, również zmarnował karnego. Bo to dopiero byłaby właściwa puenta do żałosnej sprawy. Byłby jeszcze większy kociokwik. Ale czy akurat tego Brazylii brakuje?


Oczywiste, że nawet Ancelotti nie uczyni cudów z drużyny w dużej, może nawet przeważającej mierze składającej się z przeciętnych piłkarzy. Brazylia, choć potężna terytorialnie i ludnościowo, od dawna nie umie dobrze szkolić. Systematycznie traci niebagatelne walory techniczne, a górę bierze kalkulacja. O tę właśnie kalkulację za wszelką cenę mam ogromne pretensje do Ancelottiego. Nie wolno było intencjonalnie i tak ostentacyjnie oddawać po przerwie inicjatywę Norwegom. Z informacji graficznej w trakcie meczu wynikało, że Brazylia wymieniła do pewnego momentu 230 podań, gdy rywal 520. (Liczby może nie w pełni doprecyzowane, ale proporcje są jak najbardziej zachowane). To o czym mówimy? I to przy pełnej świadomości, iż Erling Haaland w każdej chwili może zrobić Brazylii ziazi… I tak się stało, nawet dubeltowo. To gruba przesada, że Haaland to taka bestia, że z dwóch okazji jest w stanie ustrzelić hat trick? Żadna przesada, on to ma w genach. Ostatecznie stanęło na tym, że Ståle Solbakken taktycznie nakrył Ancelottiego czapką. A dla Brazylii dokonał się sprawiedliwy los.


I tu mały wtręt historyczny, pod hasłem „gdzie my jesteśmy?” Gdy Włodzimierz Lubański wzbierał się do zawrotnej kariery wielkie strzelanie zaczął 16-latek do trafienia właśnie do siatki Norwegów. W Szczecinie było w 1963 roku 9-0, zaś kilka miesięcy wcześniej miało miejsce spotkanie w Oslo. Wygraliśmy „tylko” 5-2, na łamach katowickiego „Sportu” relacjonował mecz spec wybitny, Tadeusz Maliszewski. Nazajutrz popełnił jeszcze jeden utwór, tym razem w formie komentarza. „Rebe” całkiem serio zastanawiał się nad tym, czy jego relacja nie miała zbyt wielu krytycznych wątków. Czy nie był za surowy w ocenach… Hm, po sześciu dekadach role w polsko-norweskim miejscu w szyku są jakby trochę inne…


Zdecydowanie zaimponował mi Meksyk, a Anglia jeszcze bardziej. Jeśli skojarzyć fantastyczny bój tych drużyn z clou pierwszego meksykańskiego mundialu, tym z 1970 roku - porównanie narzuca się samo. Dwie godziny dramatycznej bitwy Włochów z Niemcami o bilet do finału. Tamta pamiętna wymiana ciosów zakończyła się wynikiem 4-3, teraz mieliśmy 3-2.


Nie wiem czy bardzo obszernie komentująca mundial nasza TVP pokazała ten wywiad, oglądałem go akurat gdzie indziej, ale warto o tym wspomnieć. Otóż zaraz po końcowym gwizdku stanął przy mikrofonie śmiertelnie zmęczony, przede wszystkim jednak przeszczęśliwy Harry Kane. Gwar na stadionie Azteków wciąż był tak ogromny, że supersnajper musiał prosić o powtarzanie niektórych pytań. Ale znamienne było to, że Harry coś stracił. Zgadnijcie co… Otóż stracił głos, prawie nie mógł mówić.


To była część ceny za heroiczną walkę. Na dodatek toczoną w liczebnym osłabieniu przez prawie godzinę i pod zmasowanym ogniem z meksykańskich dział. Rywal grał jak o życie. Jak pływak Felipe Muñoz czy chodziarz Jose Pedraza podczas Olimpiady 1968 roku. Pamiętam, że Munoza obowiązywało hasło „zwycięstwo albo śmierć”. Innymi słowy: „jeśli przegram, popełnię samobójstwo”… Munoz ostatecznie wygrał, Pedraza o kilka kroków na dystansie 20 kilometrów przegrał. Tak czy inaczej skala determinacji niewyobrażalna… Teraz tym samym tropem podążyli ich rodacy. I, na ich nieszczęście, wcielili się w rolę Pedrazy.


Z neutralnych pozycji ma jednak jakieś znaczenie, że fantastyczny mecz został przez Meksyk przegrany? Skoro po drugiej stronie barykady wręcz prześcigali się w aktach heroizmu fantastyczny w bramce Jordan Pickford, harujący na każdym skrawku boiska i jeszcze podwójnie skuteczny Jude Bellingham, wspomniany już Kane i cała reszta naprawdę dumnego Albionu?


Chwała za takie spektakle. Od obu trenerów, Thomasa Tuchela i Javiera Aguirre, z osobną dedykacją dla Carlo Ancelottiego.


JERZY CIERPIATKA


PS

Wbrew pozorom, o Donaldzie T. i Giannim I. nie zapomniałem. Coś im się od życia należy…


0_5aaa.jpg



więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty