Sztafeta pokoleń
Zaczęło się od biernego przyglądania. Klatka schodowa, uchylone okno, zapach kawy, papierosów i szelest gazety. Zza okładki wyłaniają się zmierzwione breżniewowe brwi i przystrzyżony wąs. Taki obraz to moje pierwsze świadome wspomnienie dziadka, które wryło się już na zawsze w pamięci. Sterty gazet, tygodników i książek na biurku były jego cieplarnianym środowiskiem i ekosystemem, w którym czuł się najlepiej.
Kiedy opanowałem sztukę czytania i wysyłałem pierwsze sygnały, sugerujące zainteresowanie pójściem jego śladem w kierunku dziennikarstwa, dziadkowe rady sprowadzały się do kilku prostych wskazówek: dużo czytaj i ucz się języków obcych. Kiedy w podstawówce z dumą ogłosiłem, że właśnie czytam biografię Davida Beckhama, dziadek musiał doprecyzować, że warto jednak czytać lektury ambitne. Od tamtego czasu podsuwał mi już reportaże Ryszarda Kapuścińskiego, wywiady Oriany Fallaci albo kolejne wydania Tygodnika „Polityka”. Początkowo, wertowałem je wyłącznie w poszukiwaniu ciekawych obrazków, ale później stałem się już wiernym i świadomym czytelnikiem, właśnie za sprawą dziadka-redaktora.
Newsowy klimat i puls życia redakcji zdążyłem poznać już za małolata, kiedy redaktor Niemiec w ramach dziadkowej opieki oprowadzał mnie po korytarzach siedziby „Gazety Krakowskiej”, pokazywał jak pracuje drukarnia i tłumaczył, czym właściwie jest ten deadline przed zamknięciem numeru. Do dzisiaj pamiętam unoszący się tam specyficzny zapach świeżo drukowanych gazet. Pamiętam też jaką frajdę za dzieciaka sprawiała mi wizyta w przeszklonym gabinecie dziadka- redaktora naczelnego. W tamtym czasie to miejsce wydawało się mi centrum zarządzania światem, z którym konkurować mógł jedynie Gabinet Owalny w Białym Domu.
Kiedy teraz miewam gorsze dni pracy i z trudem motywuję się do cierpliwego przepytywania kolejnych polityków w Sejmie, przypominam sobie dziadka-redaktora gnającego w wakacje na lokalną pocztę w Wierchomli w celu wysłania odręcznie pisanego tekstu do redakcji. To właśnie wtedy uświadamiam sobie, że bywały czasy, kiedy dziennikarze z powodzeniem radzili sobie bez Internetu, social mediów i chata GTP.
Wbrew pozorom, podeszły wiek dziadka-redaktora i jego przywiązanie do klasycznych narzędzi rzemiosła dziennikarskiego nie przeszkodziły mu w sprawnym odnalezieniu się w nowej medialno-technologicznej rzeczywistości XXI wieku. Kiedy zachęciłem go do założenia Twittera i tłumaczyłem jak komunikować się w Internecie, miałem przywilej odwdzięczyć się mu za dziennikarskie wskazówki, których udzielił mi kilkanaście lat wcześniej. Tym sposobem, wspólnie dokonaliśmy cyfrowej sztafety pokoleń. Nasza technologiczna podróż nie obyła się jednak bez kilku internetowych kryzysów. Razem z mamą kilkakrotnie musieliśmy pełnić rolę rodzinnych cenzorów, kiedy dziadek-redaktor dawał upust fantazji i szczerości właśnie na Twitterze. Po kilku dyscyplinujących, uprzejmych telefonach, kasował wpis i całą sytuację obracał w żart.
Finałem naszej rodzinnej sztafety pokoleń były tygodnie poprzedzające jego odejście. Wówczas wyniszczająca choroba nie zwolniła go z obowiązku pisania tekstów na czas. To wtedy, kiedy ciało odmawiało już posłuszeństwa, przelewałem myśli dziadka na ekran komputera. Wszystko przy biurku przy którym to on lata temu podsuwał mi pierwsze gazety i pomagał w pisaniu pierwszych szkolnych wypracowań. Tym razem to ja pomagałem umieścić jego ostatnie firmowe „aliści” w tekście.
To wtedy doszło także do spotkania po latach zespołu redaktorskiego legendarnego „Tempa”. Mimo trudności z poruszaniem się i mową, w oczach dziadka widziałem ogromną radość z powodu spotkania przyjaciół, z którymi przed laty budował potęgę krakowskiej gazety. Dzięki publikacji, którą państwo trzymacie teraz w ręce, słuch o potędze „Tempa” na pewno nie zginie.
RAFAŁ MIŻEJEWSKI
(wnuk RYSZARDA NIEMCA)

Rafał Miżejewski (z prawej) w rozmowie z Leszkiem Rafalskim. Zdjęcie ze spotkania dawnego zespołu "Tempa" w 2023 roku. Fot. Wojciech Molendowicz