Facebook
kontakt
logo
Strona główna > Sportowe Podkarpacie
RYSZARD NIEMIEC o przemyskim liceum, Przemyskiej Barcelonie, Przemyskich Niedźwiadkach, prof. Lechu i Wieśku Langiewiczu2018-03-10 14:13:00 Ryszard Niemiec

LEKCJA GIMNASTYKI (439)

Między gwiazdą a galaktyką…


Przypomniało sobie o mnie dostojne Liceum Ogólnokształcące im. Juliusza Słowackiego w Przemyślu. W nim nauczyłem się władać polszczyzną, zaraziłem się bakcylem historii, co dało mi tytuł do kontynuowania studiów na krakowskiej, jagiellońskiej wszechnicy.


W tym miejscu łapię się na przykrej autorefleksji… Przez półwiecze zawodowego uprawiania dziennikarstwa, nigdy dotąd nie przyszło mi na myśl, aby wspomnieć swoich nauczycieli ze „Słowaka”, którym zawdzięczam najwięcej. Charakter mój kształtował najusilniej nauczyciel od wychowania fizycznego - Edward Lech! Uczył w liceum od 1922 roku, wychował plejadę sportowców rozmaitego szczebla, z reprezentantami Polski w paru dyscyplinach. Nasze liceum już przed II wojną światową należało do czołowych placówek oświatowych województwa lwowskiego, których wychowankowie byli kadrowym zapleczem klubów wyczynowych. Po 1944 roku prymat „Słowaka” długo utrzymywał się we współzawodnictwie szkół średnich Rzeszowszczyzny. Najmocniej było to widoczne w lekkiej atletyce, koszykówce i siatkówce. Edward Lech był omnibusem szkoleniowym, siłą rzeczy w wieku przedemerytalnym nie nadążającym za nowoczesnymi wzorcami treningowymi. Znalazł na to metodę, nazwijmy ją senioralną. Polegała na wyznaczaniu roli społecznych instruktorów uczniom starszych klas, wyróżniającym się w danej dziedzinie sportu, tak, aby zdobywane w klubach przez nich umiejętności mogły być przekazywane uczniom młodszych klas. I tak ci przodownicy z klasy maturalnej instruowali 9-klasistów, ci z klasy 10-tej uczyli podstaw beanów z klasy wstępnej, czyli 8-mej… Był „Dziadek” Lech także wielkim patronem chłopców ze sportowym zacięciem, chronił ich na posiedzeniach Rady Pedagogicznej przed surowością nauczycieli przedmiotów ogólnych. Miał swoje łagodzące remedium przede wszystkim na srogość kolejnych nauczycieli matematyki - przedmiotu, który rzadko kiedy znajdował drogę do umysłów uczniów zaabsorbowanych treningami i meczami. Ukoronowaniem jego metody, łagodzącej grozę maturalnego egzaminu, okazała się zgoda kuratora na odrębną, wcześniejszą zdawkę z pisemnej i ustnej matury dla  licealnej reprezentacji, która zakwalifikowała się do finałów ogólnopolskich. Mój wychowawca-fizyk relacjonował zdumienie grona nauczycielskiego, któremu zakomunikowano wieść o niespotykanej dotąd specmaturze… Wiele zawdzięcza  profesorowi najstarszy przemyski klub - Polonia. Korzystał z prawa zwyczajowego, obowiązującego w „Słowaku” i ustanowionego przezeń. „Przemyska Barcelona” otóż miała zdecydowany priorytet w sięganiu po zasoby kadrowe naszej szkoły.


Żeby nie być gołosłownym przytoczę jednorodny skład słynnych „Przemyskich Niedźwiadków" - drugoligowej drużyny koszykarzy, złożony wyłącznie z uczniów i wychowanków Lecha. Jej bezkonkurencyjną gwiazdą, która objawiła się już w klasie maturalnej był Wiesław Langiewicz, dziś przez wielu ekspertów (w tym także przez autora niniejszego tekstu) jest uważany za najlepszego zawodnika jakiego wydał polski basket. Na portalu „Sportowe Tempo” parokrotnie przeprowadzone zostały felietonowe dysertacje podbudowujące analitycznie powyższą tezę, teraz warto natomiast ukazać ewidentny związek pomiędzy talentem Langiewicza, a ojcowską ręką prof. Lecha… Wszystko wzięło się z tego, że przyszły wielokrotny reprezentant Polski, srebrny medalista ME z Wrocławia 1963, brązowy z Moskwy 1965 i Helsinek 1967, dwukrotny król strzelców polskiej ekstraklasy w barwach Gwardii Wrocław i Wisły, mieszkał po sąsiedzku z gmachem liceum. Lech zauważył jego smykałkę do rzutów już wtedy, gdy Wieśku (odmiana imienia wg lwowsko-przemyskiego dialektu!) jako uczeń powszechniaka, ćwiczył na licealnym boisku do koszykówki. Bozia nie dała mu ani wzrostu, ani siły w rękach, więc miał kłopoty z dorzuceniem piłki do kosza, zgodnie z nakazami techniki… Dopracował się jednak stylu „spod brzucha”, który w miarę mężnienia i po wejściu w reżim treningowy w licealnym Szkolnym Klubie Sportowym, przybliżał się jako tako do idealnego modelu. Już w czasach ligowych, trenerzy - zwłaszcza Ryszard Zamirski i Jerzy Bętkowski - przyszli po rozum do głowy i zaakceptowali to langiewiczowskie odchylenie od książkowej formy rzutu. Stał się jego znakiem rozpoznawczym w światowym baskecie, ukazując dowodnie, że nie ma idealnego modelu rzutu, tym bardziej, że nie ma jednakowych parametrów motorycznych wśród mnogości typów zawodniczych. Kiedy treningi rzutowe na boisku ziemnym eliminowała zima, Wieśku wyjednał u profesora prawo do wchodzenia na licealną salę gimnastyczną, kiedy tylko nie była zajęta… Tam narodziła się druga odmiana rzutu Langiewicza, oddawanego zza pieca kaflowego, ogrzewającego salę! Ta zabójcza dla rywali broń wzięła się stąd, że piec wchodził w obrys boiska, a tylko Langiewicz wypracował tak wysoką parabolę rzutu do kosza, która go łukiem omijała…


Rzeczona sala, na której wychowało się kilkanaście pokoleń przemyskich koszykarzy, niebawem przestanie mieć monopol jako miejsce treningowych zmagań licealistów „Słowaka”. W fazę budowy wchodzi nowy, pełnowymiarowy obiekt sportowo-dydaktyczny, któremu dyrekcja LO pragnie dać zacnego patrona. Wybór idzie pomiędzy Wiesławem Langiewiczem, mającym wielkie poparcie, a profesorem Edwardem Lechem, którego kandydaturę niniejszym zgłaszam. Czytelnikom daję argumenty do właściwego wyboru. Decyzja należy do dyrekcji liceum…


Ryszard Niemiec


Ryszard Niemiec


REKLAMA

REKLAMA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone ^
Web design by Raszty