Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Artykuły / Felietony / Komentarze
„TEMPO”, wspomnienia. Krzysztof Kawa: Rozmowa o zakresie obowiązków była krótka2026-07-14 01:02:00

W „Tempie” pojawiłem się po raz pierwszy w lipcu 1988 roku, gdy redaktor naczelny Ryszard Niemiec zgodził się przyjąć mnie na praktyki studenckie. Kontynuowałem współpracę, relacjonując piłkarskie mecze lig niższych, aż pewnego dnia 1990 roku interesującą ofertę złożyła mi redakcja sportowa TVP Kraków. Kontrpropozycja z gabinetu na trzecim piętrze „Krążownika Wielopole” przyszła po kolejnych dwóch latach. Byłem zachwycony! Wprawdzie red. Andrzej Szeląg robił co mógł, by mnie zatrzymać na Krzemionkach, ale ja już wtedy miałem pewność, że praca z kamerą nie da mi tyle satysfakcji co pisanie.


Rozmowa z red. Niemcem o zakresie obowiązków była krótka. Wiedząc, że pochodzę z Tarnowa, zapytał: „Odróżnia pan braci Rempałów?” Odpowiedź na szczęście była wtedy stosunkowo prosta, skoro ścigali się jedynie Jacek i Grzegorz; z biegiem lat, gdy na torze pojawiali się kolejni przedstawiciele klanu z Koszyc Wielkich, orientacja w temacie stawała się problematyczna. W taki oto sposób, mimo że uwielbiałem piłkę nożną i w latach szkolnych najmocniej zajmowało mnie czytanie relacji Krzysztofa Mrówki z meczów Premiership, a żużel – do czego już dziś mogę się przyznać – nigdy nie był moją pasją, trafiłem do działu Andrzeja Skowrońskiego.


Dopiero przy podpisywaniu umowy dowiedziałem się, że zaczynam na pół etatu – pełny miałem otrzymać po obronie magisterium. Był 1 marca 1992 roku, teoretycznie więc mogłem osiągnąć cel już po czterech miesiącach, ale życie redakcyjne szybko zweryfikowało te nadzieje. Harowałem przez siedem dni w tygodniu, gdy więc w sierpniu niebezpiecznie zaczął się zbliżać na uczelni drugi termin, zrobiło się nerwowo. Na szczęście po wyjściu z wirażu niczym Gary Havelock na ostatniej prostej odkręciłem manetkę gazu na maksa i jakoś poszło.


Wspominam nazwisko mojego rówieśnika z Wysp Brytyjskich, bo wiąże się z nim ciekawa historia. Kooperując z prezesem Wandy Wiesławem Suśniakiem przekonałem red. Niemca, by w ramach obchodów 45-lecia gazety zorganizować wielki turniej o Puchar „Tempa”. Przygotowałem kolekcjonerski program dla kibiców, a nawet podjąłem się ściągnięcia na zawody kilku gwiazd speedwaya. Szwed Tony Rickardsson zażyczył sobie dwóch tysięcy marek plus 100 za każdy zdobyty punkt. Zgodziliśmy się! Oferty przyjęli także Duńczyk Tommy Knudsen, Anglik Chris Louis, Australijczyk Shane Parker. Natomiast Gary Havelock odmówił z żalem, tłumacząc się innymi zobowiązaniami w tym samym terminie. Odpowiedź przysłał do redakcji faksem – to jedyny raz w historii, gdy „Tempo” prowadziło tego typu korespondencję z urzędującym mistrzem świata.


O zarobkach Rickardssona mogłem jedynie pomarzyć, ale wystarczającą rekompensatę stanowiły dla mnie wyjazdy na zawody. Najczęściej bywałem oczywiście na żużlowych, a w zimie na narciarskich, lecz najciekawiej było na eskapadach w ogóle nie związanych z tymi dyscyplinami. Jak ta w Paryżu na walce Marka Piotrowskiego z Robem Kamanem o pas mistrza świata w kickboxingu (w trakcie której wyedukowany na azjatyckich ringach Holender zniszczył naszego wojownika low kickami), albo – dzięki ofercie jednego ze sponsorów Formuły 1 – na Hungaroringu pod Budapesztem, gdzie zwyciężył legendarny Michael Schumacher.


Nie mniej moją dziennikarską wyobraźnię poruszył zorganizowany w ciągu zaledwie kilku godzin wyjazd Wojtka Molendowicza na finisz Tour de France, ale równie dobrze pamiętam jego wypad do Lubina na pucharowy mecz Zagłębia z Milanem. Przywiózł stamtąd ciekawy reportaż i był tym faktem tak podekscytowany, że po powrocie do siedziby redakcji, która wtedy mieściła się już przy ulicy Warneńczyka, rzucił w kierunku siedzącego naprzeciwko kolegi: „Od dziś będę pisał tylko dobre teksty”. Przyznaję, że słowa dotrzymał, a to jego zawodowe motto tak mi się spodobało, że i ja postanowiłem wcielać je w życie. A przynajmniej próbować.


KRZYSZTOF KAWA


KawaSasorski

Red. red. Krzysztof Kawa i Jerzy Sasorski podczas spotkania dawnego "Tempa" w 2023 roku.

Fot. Wojciech Molendowicz


kawasasorskiaaa.jpg



więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty