„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników.
Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie!
Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
OLKUSZ: Śmiały - Chabinka, Banyś, Jurczyk, Kańczuga - Czechowski, Duda, D. Przybyła, Juszczyk, M. Przybyła - Lizończyk (87 Kasprzyk).
Borek uratował punkt w ostatniej minucie. Fot. Michał Piszczek
Dwie minuty dzieliły IKS Olkusz, który przyjechał w 13-osobowym składzie (w tym rezerwowy bramkarz), od pierwszego zwycięstwa w tym sezonie, a piłkarzy Borku od pierwszej porażki. Jedna z ostatnich akcji, po której gola zdobył Bagnicki, spowodowała jednak, że obie ekipy podzieliły się punktami. Ale od początku.
Gospodarze spotkanie rozpoczęli podobnie jak wiele poprzednich w tym sezonie. Grali spokojnie, utrzymywali się przy piłce, wyczekiwali na swoje okazje. Te jednak nie nadchodziły, a minuty mijały, więc w szeregach Borku zaczynało robić się nerwowo. W dodatku groźne sytuacje, po kontrach lub po stałych fragmentach gry, stwarzali przyjezdni. Już w 5 minucie Macheta w świetnym stylu obronił groźne uderzenie Jurczyka z rzutu wolnego, a kilka minut później fatalnie spudłował Juszczyk. Pomocnik z Olkusza zrehabilitował się jednak w 32 minucie, gdy dobijał uderzenie Maksymiliana Przybyły oraz w 39 minucie z bliska trafiając do siatki.
Borek na drugą odsłonę wyszedł odmieniony i już po pięciu minutach odrobił część strat. W polu karnym faulowany był Bagnicki, a "jedenastkę" pewnie wykorzystał Józkowicz. Potem jednak sytuacja przypominała tę z pierwsze odsłony: gospodarze mieli miażdżącą przewagę w posiadaniu piłki, ale niewiele z tego wynikało.
Ciekawie zrobiło się w ostatnich minutach, gdy borkowianie postawili wszystko na jedną kartę, a do ataku poszedł nawet nominalny stoper, Adrian Szopa. To właśnie on mógł zdobyć gola w 88 minucie, ale piłkę po jego uderzeniu z woleja obronił Śmiały. Chwilę później niecelnie strzelał Dąbrowski.
Podopieczni trenera Gędłka wyrównali w jednej z ostatnich akcji. Szopa wstrzelił piłkę w pole karne, tam trafiła ona do Bagnickiego, który z bliska doprowadził do wyrównania.