- Kazimierz Górski był najważniejszy, my byliśmy dodatkiem, ludźmi, z usług których korzystał - mówi "Przeglądowi Sportowemu" Andrzej Strejlau, były selekcjoner reprezentacji Polski i asystent Kazimierza Górskiego.
PS: Był pan fasadą w kadrze Kazimierza Górskiego?
ANDRZEJ STREJLAU: Byłem zdumiony, gdy przeczytałem tę wypowiedź Jacka Gmocha w „Przeglądzie Sportowym". Opinia publiczna musi wiedzieć to, co wiedzieć powinna.
PS: Czyli?
Z Kazimierzem Górskim znaliśmy się jeszcze z Gwardii. On był trenerem, ja piłkarzem. Od 1968 roku pracowaliśmy razem w PZPN jako szkoleniowcy. Trener Górski miał reprezentację młodzieżową, ja drugą kadrę juniorów, a pierwszą reprezentację prowadził Ryszard Koncewicz.
PS: W hierarchii Górskiego Gmoch stał wyżej od pana?
Kazimierz Górski był najważniejszy, my byliśmy dodatkiem, ludźmi, z usług których korzystał. Ale jak pan już się domaga, to wystarczy przejrzeć albumy, wydawnictwa i można się dowiedzieć, kto był drugim trenerem. Przykład? 25 maja 1972 roku. Trener Górski z trybun w Regensburgu obserwował mecz, który prowadziłem przeciw reprezentacji olimpijskiej RFN (2-2). (...)
PS: Nie poda pan Gmochowi ręki?
Nie. Jak się ma 71 lat i ogromny bagaż doświadczeń, nie wolno przekraczać pewnych granic. Wydaje mi się, że coś się z Jackiem dzieje nie tak. Coś musi się z nim dziać. Gdy przeczytałem ten wywiad, byłem wzburzony. Powiedziałem w Polsacie: „Czas się udać do lekarza, bo potrzebne są chyba elektrowstrząsy". Nie wyprę się tego.
Cały wywiad z Andrzejem Strejlauem we wtorkowym „Przeglądzie Sportowym".