Facebook
kontakt
logo
Strona główna > Główna środek > II liga
MIĘDZY WILGĄ A BUDKĄ SPIKERA: Jedzmy zanim wystygnie, czyli felieton subiektywnie obiektywny2018-01-19 00:41:00

W świecie natury wiosnę zwiastują przebiśniegi, cieplejsza temperatura i pierwsze dni, w których zmierzch nie zapada już tak szybko jak zimą. W świecie piłkarskim wiosnę zapowiadają pierwsze, z reguły rozpoczynające się w styczniu zajęcia mające przygotować zawodników do rundy rewanżowej, którą potocznie zwykło się określać rundą wiosenną.


W poniedziałek 15 stycznia br. wznowili treningi piłkarze drugoligowej Garbarni, choć użycie sformułowania „wznowili” nie jest do końca prawdziwe, gdyż w dzisiejszych czasach zawodnik, który nie chce wypaść z obiegu musi dbać o formę przez cały rok. I sportowcy to czynią, trenując indywidualnie nawet wtedy, kiedy w ich macierzystych klubach panuje okres urlopowy. W zasadzie śmiało mógłbym zaryzykować tezę, że słowo „urlop” w tym czasie bardziej przynależy do trenerów i działaczy niż do samych zawodników.


Wracając do zespołu Garbarni, na pierwszym treningu pojawiło się kilku zawodników zgłaszających chęć do gry w drugiej lidze, ale jak to zwykle bywa ich nazwiska są skrzętnie skrywane przed mediami, a oficjalny charakter strony klubowej nie pozwala na ich podanie w tym miejscu. Swoją drogą ułatwia to pracę administratorowi klubowego serwisu, który nie ma przymusu interesować się graczami „przymierzanymi” do drużyny przedwcześnie. Nie oznacza to, że się nie interesuje, ale robi to w stopniu umiarkowanie histerycznym, bo już wielokrotnie okazywało się, że piłkarz X czy Y – jakkolwiek to X czy Y byłoby głośne – który zagrał w jednym czy dwóch sparingach nie znalazł summa summarum miejsca w drużynie. Państwo wybaczą, że pozwolę sobie w tym miejscu na maleńką dygresję, ale jest grupa piłkarzy o których najgłośniej się słyszy właśnie - a czasem tylko - w okresach przygotowawczych.


Komfort pisania wyłącznie o potwierdzonych informacjach sprawia, że w przerwach pomiędzy rozgrywkami rzeczywiście panuje pewien „bezruch”. Za to w regularnym sezonie roboty nie brakuje i mam nadzieję, że Państwo to widzą, bo staramy się w naszej witrynie na bieżąco relacjonować ligowe spotkania dwóch drużyn seniorskich i dwóch juniorskich, a liczebność naszego zespołu nie powoduje, że podczas redakcyjnych kolegiów w sali obrad brakuje wolnych krzeseł.


Wracając do informacji sprawdzonych, z Garbarni odchodzą Michał Mistrzyk i Damian Nieśmiałowski. Obaj zajmowali na boisku pozycję bocznych obrońców i swoją dobrą grą wnieśli bardzo duży udział zarówno w awans Młodych Lwów do drugiej ligi, jak i w zajęcie dziesiątego - bardzo dobrego jak na beniaminka – miejsca w drugoligowej tabeli po pierwszej rundzie. Panowie, bardzo Wam dziękujemy za czas spędzony w Garbarni i za to co tu zrobiliście. Życzymy Wam sukcesów w dalszej przygodzie z piłką, być może jeszcze kiedyś los sprawi, że znów się spotkamy.


Z „Mistrzem” spotkamy się zresztą na pewno, bo odchodzi do Stali Stalowa Wola, która jest ligowym rywalem Brązowych. Michał Mistrzyk w „Stalówce” się praktycznie wychował i wraca w rodzinne strony. Czas pokaże, czy dobrą grą w Garbarni załatwił sobie miejsce w składzie Stali, czy też będzie tylko osłabieniem Brązowej Damy.


Jeśli chodzi o „Nieśmiała”, jego powrót do I-ligowego GKS Tychy, z którego do Garbarni był wypożyczony, to taki obrót spraw może być dla młodego zawodnika sportowym awansem. Jakkolwiek martwi mnie jako kibica ich odejście, to z drugiej strony wielkiej rozpaczy ono u mnie nie powoduje. Mianowicie dlatego, że do treningów z zespołem powrócili rekonwalescenci Mateusz Pawłowicz i Norbert Piszczek, którzy na pozycjach bocznych defensorów „zęby zjedli”.


Garbarnia w 19 kolejkach (w rundzie jesiennej rozegrano awansem dwie wiosenne serie gier) zgromadziła na swoim punktowym koncie 24 „oczka”. Sześć wygranych, sześć remisów i siedem porażek to klasyczny dorobek ligowego średniaka, a w przypadku beniaminka określenie „średniak” należy odbierać jak najbardziej pozytywnie.


Martwi nieco końcówka rundy, w której w 7 meczach podopieczni trenera Mirosława Hajdy zanotowali 4 remisy i 3 porażki, zwłaszcza że wszystkie te remisy i jedna porażka zostały poniesione na własnym boisku. Z drugiej strony wcześniej Młode Lwy zdobyły komplet punktów na boisku lidera, GKS Jastrzębie, który w całej rundzie przegrał tylko dwukrotnie, a we własnym domu tylko raz, właśnie z Garbarnią.


To, że każdy może wygrać z każdym, a na boisku wszystko jest możliwe, kibice piłkarscy wiedzą nie od dziś. Nie tylko ci, którzy typują wyniki spotkań u bukmacherów, choć oni czasem bardzo boleśnie przeżywają porażki swoich faworytów, niekoniecznie ulubieńców. Miałem ostatnio okazję obejrzenia transmisji z meczu Bundesligi pomiędzy 1.FC Koln a Borussią Monchengladbach (2:1), w którym skazywani na porażkę i typowani do pewnego niemal spadku gospodarze zwycięską bramkę zdobyli w ostatniej z pięciu doliczonych do regulaminowego czasu gry minucie. To dlatego futbol tak pasjonuje ludzi na całym świecie, że nie da się przewidzieć niczego, a udowadniają to ligi na różnych szczeblach we wszystkich rejonach globu.


Jeśli chodzi o mocne strony Garbarni, to - chyba nikt nie będzie tym stwierdzeniem zdziwiony - najmocniejszą mamy bramkę. Marcin Cabaj to absolutny numer jeden. Chodzi zarówno o boisko, jak i o szatnię. A swój autorytet zawdzięcza nie temu, że gdzieś tam kiedyś grał na wyższym poziomie i coś mu się z tego tytułu należy, ale temu, że pracuje na tenże autorytet swoimi umiejętnościami, postawą na placu gry i zdolnością do motywacji kolegów z drużyny oraz klasą, którą prezentuje poza boiskiem. Pamiętam, że kiedy przychodził do Garbarni w październiku 2015 roku byli tacy, którzy poddawali w wątpliwość sens tego transferu. Jestem przekonany, że po rundzie jesiennej drugoligowego sezonu wszyscy przekonali się, kim jest Marcin Cabaj dla Garbarni. Daleko nie szukając, w ostatnim spotkaniu z GKS Bełchatów nasz golkiper wyszedł zwycięsko z czterech sytuacji, które w futbolowym żargonie zwykło się określać mianem stuprocentowych, z tym że dla napastników. Biorąc pod uwagę ostateczny rezultat (1:1) można śmiało powiedzieć, że to nie Garbarnia zremisowała z mocnym rywalem, ale że zrobił to jej bramkarz…


Kiedy w kilku meczach zabrakło „Cabiego” z powodu kontuzji, między słupki wchodził Aleksander Kozioł i spisywał się całkiem nieźle. Olek ma pecha, który towarzyszy bardzo wielu dobrym bramkarzom. Mianowicie nie broni nie dlatego, że jest słaby, ale dlatego, że w danym momencie jest w klubie ktoś jeszcze od niego lepszy.


Martwi nieco także skuteczność napastników, listę strzelców otwiera Tomasz Ogar z czterema trafieniami. Ten zawodnik ma jednak strasznego pecha, bo już po raz drugi w momencie kiedy znajduje się w bardzo dobrej formie zostaje na dłuższy czas wykluczony z gry z powodu kontuzji odniesionej na skutek brutalnego faulu rywala. Tak było 26 sierpnia 2015 roku, kiedy musiał opuścić boisko w 23. minucie spotkania z Unią Tarnów, tak też było 2 września 2017 roku, kiedy Ogar został dosłownie "wycięty w pień" podczas spotkania z Gwardią Koszalin. W obu przypadkach winowajcy zostali potraktowani w bardzo pobłażliwy sposób przez arbitrów. Żółte kartki dla nich nie powodowały kilkumiesięcznych absencji, której został poddany napastnik Garbarni. Materiały filmowe z tymi zdarzeniami powinny być obowiązkowym elementem szkolenia sędziów, zwłaszcza w kontekście szafowania przez niektórych rozjemców kartkami w zupełnie błahych sytuacjach.


Trapi mnie jeszcze jedna bolączka, ale w dużo szerszym kontekście niż bieżące rozgrywki. W pierwszej drużynie Garbarni poza Mateuszem Ciesielskim (trafił do naszego klubu w wieku trampkarza) nie ma ani jednego wychowanka. Ostatnim wychowanym na Ludwinowie od samego początku swojej przygody z piłką jest Mariusz Stokłosa, który minioną rundę spędził na "wypożyczeniu" w Trzebini.


To nie jest dobry stan rzeczy dla żadnego klubu, ale zwłaszcza dla Garbarni, której prezesem jest wychowanek Ludwinowa z krwi i kości Jerzy Jasiówka, celem powinno być dążenie do jak najszybszej zmiany tej sytuacji. Rozumiem, że po awansie do drugiej ligi zagadnienie pod tytułem włączania uzdolnionych juniorów do kadry pierwszej drużyny jest dużo bardziej skomplikowane niż na czwartym szczeblu krajowego piłkarstwa. Ale też mam spore wątpliwości czy wszyscy sprowadzeni przed sezonem do Garbarni młodzieżowcy mają większe umiejętności od na przykład Mikołaja Pysia, który moim zdaniem nie dostał odpowiedniej szansy.


Brak własnych wychowanków w zespole może świadczyć także o nie najlepszej pracy opiekunów grup młodzieżowych, a przecież nikt będący przy zdrowych zmysłach, widząc wkład pracy i zaangażowanie Stanisława Śliwy i Roberta Włodarza, a także śledząc wyniki juniorów w Małopolskiej Lidze nie pokusi się o negatywną ocenę ich pracy. Piłka młodzieżowa, a zwłaszcza przepływ zawodników z drużyny juniorów do pierwszego zespołu to działka, która w Garbarni zaczyna leżeć odłogiem. W klubie, który w przeszłości słynął z gry opartej na swoich ludziach, taką sytuację należałoby szybko zmienić.


W kuluarach Garbarni krąży pewna anegdota, która nie ma na celu nikogo obrazić ani ośmieszyć, ale oddaje pewien rodzinny klimat naszego klubu. Podczas wizyty złożonej kilka lat temu przez trampkarzy w jednej z podtarnowskich miejscowości sztab medialno - szkoleniowy Brązowych został bardzo gościnnie podjęty przez prezesa miejscowego klubu. Wszystko w ramach rewanżu, bo podczas pierwszych spotkań młodych adeptów futbolu w Krakowie prezes ów "załapał" się na grilla kończącego rundę jesienną.


Podczas rewizyty sekretarka prezesa gotowała golonki, a administrator strony internetowej i kierownik drużyny trampkarzy gości w zaciszu prezesowskiego gabinetu raczyli się kawą i czymś do kawy. Ziąb - pomimo letniej pory - w powietrzu panował okrutny, toteż to "coś do kawy" było naprawdę rzeczą akuratną.


Były to czasy, w których liga trampkarzy funkcjonowała na zasadzie "naczyń połączonych": jednego dnia rozgrywano mecze trampkarzy młodszych, a po nich starszych, wszystko po to, by kluby w ramach jednego wyjazdu mogły zabrać do autokaru dwie drużyny jednocześnie. I kiedy dobiegł końca mecz trampkarzy młodszych, a na boisko wybiegli ich starsi koledzy, gotujące się przez cały czas golonki nabrały właściwej do spożycia konsystencji i temperatury.


Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której w 10. minucie spotkania z tunelu prowadzącego na murawę wytoczył się mocno podkręcony działaniem wspomnianego wyżej "czegoś do kawy" kierownik drużyny i w obecności około 100 widzów zawołał do przebywającego na ławce rezerwowych trenera: "Maciek! Chodź, bo ci golonka wystygnie!" Na co trener prowadzący mecz i niebiorący wcześniej udziału w konsumpcji kawy (i czegoś do niej) odkrzyknął, zresztą zgodnie z prawdą: "Ale człowieku! Przecież ja tu mecz mam!" Na to niezrażony kierownik odpowiedział "Nic nie szkodzi! Chodź, zjesz póki ciepłe i wrócisz!"


Do zejścia trenera z boiska w celu zjedzenia golonki nie doszło, ale proszę zwrócić uwagę na szlachetną czystość intencji kierownika. Martwił się o to, by trener zjadł swój posiłek, zanim ten ostygnie. Ile razy słyszeliśmy od swoich mam czy babć napomnienie, abyśmy zjedli podany posiłek, póki jest ciepły? A przecież nikt z nas nie zaryzykuje tezy, że nasze mamy czy babcie chciały dla nas źle.


I tak jest z każdą dziedziną życia, dosłownie i w przenośni. Podane posiłki powinniśmy jeść dopóki są ciepłe, bo gdy już wystygną, mogą nam nie smakować. Wszystkim tym Czytelnikom, którzy dobrnęli do końca tego subiektywnie obiektywnego tekstu życzę jedzenia posiłków tylko na ciepło. Oczywiście za wyjątkiem tych, które podaje się wyłącznie na zimno.


Według intencji autora niniejszy tekst ma trochę poinformować, trochę rozbawić, a tylko w niewielkiej części skłonić do refleksji. Jeśli którakolwiek z tych rzeczy się uda to te intencje zostaną spełnione.


Artur Bochenek

www.garbarnia.krakow.pl




REKLAMA

REKLAMA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone ^
Web design by Raszty