Wzmocniona drużyna Alwerni, zajmująca ostatnie miejsce w IV lidze, była bliska sprawienia nie lada niespodzianki w postaci „urwania” punktu Przeciszovii.
Podopieczni trenera Marcina Spuły do 77. minuty utrzymywali bezbramkowy remis.
– To jest nasz największy ból: bramki tracimy w samych końcówkach – mówi szkoleniowiec Alwerni. – Były realne szanse na to, by remis dowieźć do końca, co byłoby niewątpliwie sukcesem, a ten punkcik przydałby się nam w ostatecznym rozrachunku. Nie podchodziliśmy hurraoptymistycznie do tego meczu, przestrzegałem, że w połowie mamy nową drużynę. W sparingach wyglądało to dość pozytywnie, a tu pierwsza połowa była "przespana”, co kładę na karb tego, że zawodnicy byli podenerwowani meczem mistrzowskim. Graliśmy dużo lepiej w II połowie, obrona była bardziej szczelna, ale daliśmy sobie strzelić gola po stracie w środku pola przez Koczwarę. To bardzo młody zawodnik, który musiał zmienić Lichotę, gdy ten doznał urazu. Gospodarze nas skontrowali, Sendera nie zdążył zablokować dośrodkowania, a drugi boczny obrońca też nie zdążył zablokować strzału i stało się.
Drugi gol dla Przeciszovii był kuriozalny, bo bramkarz Alwerni Chuderski wybijając piłkę trafił
nią... w Jajkę i zawodnik gospodarzy nie miał problemów, by ulokować futbolówkę w pustej bramce.
– Byłaby tragedia, gdyby ten gol decydował o naszej porażce – mówi szkoleniowiec Alwerni. -
Przeciszovia miała więcej z gry, ale nie była w stanie nam zagrozić, bo rozważnie się broniliśmy.
Dla Alwerni niekorzystne jest to, że znajdujący się na bezpiecznym – 14. miejscu Dunajec
Zakliczyn zdobył kolejne trzy punkty i wyprzedza Alwernię już o 9.
– Będziemy grać do końca – zapowiada trener Alwerni.
Jacek Żukowski (Gazeta Krakowska)