Glinik Gorlice - Karpaty Siepraw 1-1 (1-0)
1-0 Juruś 16
1-1 Kaczor 47, karny
Sędziował Paweł Folwarski (Nowy Targ). Żółte kartki: Kijek, Krzysztoń, Olech - Kaczor, Morawiec, Szymoniak, Ciochoń.
GLINIK: Grądalski - Kijek, Żmigrodzki, Olech, Migacz - Chorobik, Krzysztoń, Serafin (86 Poręba), Juruś - Pałys (85 Czechowicz), Pawełczak ((57 Skowroński).
KARPATY: Matysiak - Cichoń, Szablowski, Szymoniak, Turcza (68 Baś) - Morawiec, Kubera, Kaczor (77 Stolarski), Galas (19 Szczytyński) - Zając, Szych (61 Komperda).
Przed dzisiejszym spotkaniem oba zespoły mogły się "poszczycić" niechlubnymi rekordami, Glinik nie wygrał od jedenastu spotkań a Karpaty nie zdobyły na wyjeździe nawet punktu. O ile w przypadku gospodarzy utrzymał się status quo o tyle Karpaty mogą widzieć w swoich poczynaniach promyczek nadziei,bo zła passa została przełamana.
Na boisku widać było, że grają zespoły z dolnych rejonów tabeli, mecz nie był porywającym widowiskiem, a emocji było jak na lekarstwo. Mecz miał dwa oblicza, pierwsza połowa zdecydowanie należała do grającej z wiatrem ekipy Glinika, w drugiej role się odwróciły i przewagę uzyskała drużyna gości.
Pierwszą bramkę po błędzie Szymoniaka i dograniu Serafina zdobył Juruś, goście odpowiedzieli w 47 min - bramkę z rzutu karnego po faulu na Zającu zdobył Kaczor. - Co tu dużo mówić, nie jest to gra, którą bym sobie życzył, moja wizja opiera się na szybkiej grze kombinacyjnej z dużą ilością podań i wymiennością pozycji, ale tego nie zaprezentowaliśmy prawie wcale, bo jedna-dwie takie akcje na cały mecz to zdecydowanie za mało - mówił po meczu Michał Wiącek, szkoleniowiec Karpat.
- Mieliśmy wiele sytuacji strzeleckich w pierwszej połowie, ale brakowało skuteczności i zimnej krwi pod bramką przeciwnika - podsumował Andrzej Cetnarowski, kierownik Glinika.
MAKI