Pod koniec 1958 roku rozpisano w Krakowie konkurs na nazwę nowego tytułu. Było przesądzone, że po czterech latach kontynuowania działalności „Piłkarza” schodzi z rynku „Głos Sportowca”. Ale jaki ma być nowy szyld? Przeważały opinie, że zdecydowanie powinien być bliższy pierwszemu tytułowi, bardziej oddającemu istotę sprawy. Przed kilku laty udało się porozmawiać z „matką chrzestną” noworodka, Panią Aleksandrą Konopelską. Bo to właśnie ona trafiła z propozycją tytułu w sam środek tarczy. Skoro sport nie lubi ślamazarnych akcji, wręcz ich nie znosi, no to „Tempo”...
Pani Aleksandra, niestety zmarła w maju 2023, powiedziała z pełną otwartością, że sprawa jej udziału miała cokolwiek przypadkowy charakter. Wiadomość o konkursie przeczytała podczas przerwy śniadaniowej w „Społem”, gdzie długo była kierowniczką działu bhp. Skojarzenie było natychmiastowe, właśnie z tempem… Wersję, że to „Tempo” przejmie sukcesję po dwóch poprzednich tytułach zaaprobowało zdecydowanie najwięcej pomysłodawców.
W tym znany krakowski literat Jerzy Bober, który znalazł się w gronie jurorów. „Co prawda, bardziej ostrożni wysuwali zastrzeżenia, jakoby już z tytułu można było ukuć kąśliwe zawołanie pod adresem redakcji: tępo…, ale choć leży w tradycjach niektórych pism sportowych, że ułatwiają sobie polemikę dość prymitywnymi sposobami, przeto zwracając uwagę na odkrywczość trawestowania nazwy: tempo-tępo, z góry przewiduję sowite honoraria za częste cytowania moich słów. Przypuszczam, że nie najgorzej skalkulowałem spodziewane dochody - i gotów jestem otworzyć własne konto „Tempa” w ZAIKS-ie, z zaznaczeniem mego skromnego nazwiska. Liczę się przy tym z faktem, że tempo poczytności „Tempa” wzrośnie w olimpijskim (ze względu na przyszły rok 1960) tempie” - co nieco krotochwilnie napisał Bober w okolicznościowym felietonie. M.in. gorącym orędownikiem nowego tytułu był uznany dziennikarz radiowy, red. Tadeusz Oszast. Warto wiedzieć, że główną nagrodą w konkursie był bon towarowy na 2 tys. zł, do zrealizowania w Państwowym Domu Towarowym, czyli PDT. Bon osobiście wręczył naczelny nowego pisma, red. Jan Rotter.
Pani Aleksandra nie zapomniała o „chrześniaku”. Zawsze zachowywała się z klasą, co znajdowało wyraz m.in. w prasowych podziękowaniach lekarzom, którzy chcieli i potrafili pomóc w chwilach choroby. Kiedy zaś „Tempo” obchodziło okrągłe jubileusze, można było mieć pewność, że na głęboki parter „Krążownika Wielopole” zawita listonosz z okolicznościowymi gratulacjami od „matki chrzestnej”. Sport zresztą już od dziecka był jej bliski i nie było w tym żadnego przypadku. Ojcem późniejszej Pani Konopelskiej był Marian Bomba, aktywnie udzielający się organizacyjnie w przedwojennej Płaszowiance. Matka, Anna Bomba, gotowała piłkarzom obiady i szyła koszulki. Brat, Jerzy Bomba, był w barwach Garbarni jednym z ulubieńców Ludwinowa głównie w latach 50. Zaś sama Pani Aleksandra uprawiała siatkówkę i koszykówkę (oczywiście w barwach Społem), nie stroniła od dyscyplin zimowych. No i była małżonką bardzo popularnego piłkarza, Jerzego Konopelskiego, który akurat w Krakowie zagrał, choć niestety tylko raz, w drużynie narodowej.
Epoka Jana Rottera
„Tempo” nabrało tempa już od startu w styczniu 1959 roku. Uznano, zresztą jak najbardziej słusznie, aby przy tytułowej winiecie stosować podwójną numerację. Tę odnoszącą się stricte do nowego tytułu, zaś w nawiasie stanowiącą kontynuację dorobku protoplastów, czyli „Piłkarza” i „Głosu Sportowca”.
O czym pisano w numerach jubileuszowych? Zawartość numeru startowego, w marcu 1948, już została odtworzona w rozdziale poświęconym „Piłkarzowi”.
• Nr 100 („Piłkarz”, 2 stycznia 1950)
Informacją dnia było powołanie Głównego Komitetu Kultury Fizycznej przy prezydium Rady Ministrów. Przewodniczącym GKKF został poseł Lucjan Motyka, późniejszy pierwszy sekretarz KW PZPR w Krakowie, skąd się wywodził. Zaś znany w łamów „Sportowca red. Karol Hig (właściwie: Hirschberg) w roli kapitana związkowego PZHL powołał do kadry kilku hokeistów Cracovii oraz KTH.
• Nr 250 („Piłkarz”, 15 września 1952)
W centrum uwagi znalazły się piłkarskie boje z Czechosłowacją. „Wyszliśmy z nich obronną ręką” głosił czołówkowy tytuł. Pierwszy garnitur biało-czerwonych zremisował w Pradze 2-2, identyczny wynik odnosił się do meczu drugich drużyn w Łodzi. Mecz w Pradze „zaskoczył naszą opinię sportową, która została mile rozczarowana zarówno samą postawą naszej pierwszej jedenastki, jak i końcowym rezultatem meczu” - napisano w komentarzu. Niestety, powielono w nim często spotykaną niedorzeczność. Bo jak można być czymś mile rozczarowanym?
• Nr 500 („Głos Sportowca”, 8 kwietnia 1957)
Gole Antoniego Rogozy i Wiesława Gamaja dały Wiśle cenne zwycięstwo 2-0 nad Ruchem. I to w Chorzowie… Na drugoligowym froncie poszalał Herbert Manowski (wówczas Cracovia), który kosztem Stali Rzeszów ustrzelił efektowny hat trick (3-0). Ale głównym bohaterem numeru był … „Lajkonik”. A ściślej popularna gra liczbowa, której premierowe losowanie na krakowskim Rynku Głównym obszernie relacjonowano. Informacja o ukonstytuowaniu się Komitetu Budowy Sztucznego Lodowiska, siłą rzeczy zeszła na plan dalszy, choć autorem tekstu był sam naczelny „Głosu Sportowca”, red. Antoni Targosz.
Oryginalny przegląd kadr
Numer 750, datowany na 29 stycznia 1962 roku, został wydany już przez „Tempo”, w którego winiecie widniały „nowości sportu i turystyki”. Stanowił doskonałą okazję do zaprezentowania, w cokolwiek żartobliwej formie, ówczesnego składu redakcji:
„Ponieważ podniosła się już w międzyczasie (tj. w tych 15 latach) stopa życiowa, więc „Tempo” prezentuje się na własnym samochodzie, pozując swojemu fotoreporterowi kol. Wiesławowi Książkowi. Otwiera ten pochód kierownik Redakcji Jan Rotter, kręcąc całym redakcyjnym interesem (służy mu do tego korbka, którą dostał od dyrektora Wydawnictwa Edmunda Króla, jako symboliczną zapowiedź przydzielenia tego właśnie pięknego auta dla potrzeb redakcji). Ogon rybi, któremu tak podejrzliwie przypatruje się piesek sekretarki, kol. Murczyńskiej, wyraża specjalność pisarską red. Rottera - sprawy wędkarskie.
Dwaj inni specjaliści „Tempa” to kol. W. M. Krokay - poznajecie, ten w kaszkiecie - komentator spotkań ligowych i Bogdan Brzeziński, który zasiadł tym razem nie w loży kibica, lecz na przodzie ekwipażu „Tempa”. W okularach z parasolem w jednym ręku i szpadą w drugim - kol. Kazimierz Zimnal, spec od turystyki i szermierki. Za nim kol. Antoni Targosz, piewca sportu wiejskiego i… boksu - „kręci” działem terenowym i krakowską ligą okręgową. Przy kierownicy Tadeusz Dobosz, sekretarz Redakcji, sympatyzujący w wolnych chwilach (a tych nie ma nigdy) z „pasiakami”. Szlachetny profil obok należy do kol. Aleksandra Cichowicza, fanatyka wodniackich dyscyplin spod znaku wiosła. Drugą miłością kol. Cichowicza jest Ziemia Rzeszowska z przew. WKKFiT (Leonardem) Grześkowiakiem na czele, zaś obowiązkiem… praca techniczna w drukarni.
Ponad nim w górze Kazio Starowicz, nie uznający innych dyscyplin poza koszykówką i ewent. piłką ręczną, przy tym „cierpiętnik” redagujący kolumnę kielecką, na którą „wszystko musi się zmieścić”. Nie przykuty do żadnej kolumny, do żadnej mutacji (lecz tylko do działu zagranicznego) kol. Tadeusz Toliński z walizką i nartami wybiera się w nową podróż. (Gdyby było lato Tadzio wybrałby się jako nasz spec od motorów i żużla, z jakąś WFM-ką „w ręku”). Nie rusza się natomiast nigdzie od swoich krzyżówek i A-klasy piłkarskiej senior „Tempego rodu”, kol. Alojzy Grzybowski. Żongler ping-ponga Kazio Puszkarzewicz ma względy jeszcze tylko dla koszykówki, siatkówki, piłki ręcznej i tenisa, jako że sam kiedyś był w tych dyscyplinach mistrzem.
Koryguje to wszystko „dwojąc się i trojąc” (to też taki ping-pong) zawsze wytworny Adaś Zabrzeski. Odczuwa teraz pisarskie ciągoty na tematy turystyczne, niestety z czasem na ich realizację jest gorzej. To nie tak jak u kol. Ryśka Kowalskiego, który zgarnia hokejowe wiadomości z całej Polski i z… byle czego. Dwie małe podobizny należą - musicie Czytelnicy uwierzyć na słowo - do naszych najmłodszych współpracowników rodem z woj. rzeszowskiego: kol. Stanisława Elmera pomagającego red. Cichowiczowi w zbieraniu informacji niedzielnej na kolumnę rzeszowsko-lubelską i kol. Mieczysława Nyczka, który zasiada od niedawna w naszej korekcie. A ów mnich na końcu? To Marian G. Nowak, spisujący z benedyktyńską cierpliwością statystyki do naszego archiwum. Z wykształcenia geograf, z zamiłowania turysta, wyżywający się (pisemnie!) również w piłce nożnej aż do jej dna, tj. klasy C.
A wszystko to kunsztownie zestawił i namalował prawą nogą (nie lewą!) nasz grafik Tadzio Kubarski. Honorarium powinno mu wystarczyć, jak wyliczył, na uzupełnienie obuwia”.

Pogawędka na stadionie Wisły dwóch dziennikarzy „Tempa”: Jana Rottera (w pasiastej koszulce) i Aleksandra Cichowicza. Wisła grała w 1974 roku z Górnikiem Zabrze (0-2).

Jan Rotter i Tadeusz Toliński
Kto zacz Giuseppe Canestra?
„Tempo” miało wkrótce dwóch grafików. Do Tadeusza Kubarskiego dołączył Eugeniusz Olszak, który w uatrakcyjnienie szaty graficznej też wniósł zasługi. Przy świętowaniu jubileuszu 20-lecia „Tempa” w roku 1968, na fotce sporządzonej na dachu „Krążownika Wielopole” znalazło się kilka nowych twarzy. W gazecie pracowali, bądź współpracowali z nią niezmordowany w rzucaniu coraz to nowych pomysłów Zdzisław Sroka, syn Tadeusza Dobosza - Krzysztof, Jerzy Gawroński, pracujący później w Katowicach Józef Jeleń, a także - na razie bez etatu - dr Janusz Kukulski. Spec jakich mało od odznak sportowych, a nade wszystko jako historyk futbolu autor wielu cennych publikacji. Gdy „Orły” Kazimierza Górskiego sensacyjnie sięgną na boiskach RFN po srebrny medal X mundialu, to wielkie wydarzenie relacjonować będzie na łamach „Tempa” właśnie dr Kukulski…
W 1973, roku jubileuszowym, skład redakcji wyglądał nieco inaczej. Na Wielopolu znaleźli się przedstawiciele młodej generacji w osobach Tadeusza Gordona, Piotra Borowskiego, Jacka Stroki, Jana Pyrzyńskiego, Ryszarda Milca, Marka Synowca i Władysława Wróblewskiego. Oni cennie uzupełniali trzon redakcji, który tworzyli: Jan Rotter, Tadeusz Dobosz, Tadeusz Toliński, Kazimierz Zimnal, Antoni Targosz i Kazimierz Puszkarzewicz.
„Tempo” chciało być wszędzie, choć nie zawsze było to możliwe. Absolutnie było wykluczone delegowanie specjalnego wysłannika na zimową olimpiadę w Squaw Valley zimą roku 1960 (dewizy, dewizy…). Dziwne natomiast, że zabrakło środków na bezpośrednią obsługę letnich igrzysk w Rzymie, choć w Wiecznym Mieście byli obecni przedstawiciele prasy krakowskiej: Zbigniew Ringer („Dziennik Polski”) i Ryszard Malinowski („Gazeta Krakowska”). Autorem komentarzy na łamach „Tempa” był Giuseppe Canestra. Kto zacz? Włoski żurnalista, o którego działalności dziennikarskiej ani śladu czy postać fikcyjna? Prawdy nie dowiemy się chyba nigdy. Wydaje się, że ta druga wersja jest bardziej prawdopodobna. Zwłaszcza iż z tekstów Canestry przebijała dogłębna znajomość sportu akurat polskiego…
Poseł w Hali Garaży
Za to stopień szczegółowości informacji o charakterze stricte lokalnym był zdumiewający. Docierano wszędzie, gdzie tylko się dało. Na przykład w boksie. Jeśli teraz ekscytujemy się wznowieniem, zresztą po wieloletniej przerwie, rywalizacji w lidze bokserskiej to tym bardziej warto wiedzieć jak rozbudowany był system rozgrywek jeszcze z początkiem lat 60. ubiegłego stulecia. Otóż mieliśmy I ligę, II ligę (gdzie uzasadnione aspiracje dołączenia do elity zgłaszał nowohucki Hutnik), ligę okręgową, a nawet A-klasę! W okręgówce pojawiały się na ringu takie tuzy jak Teofil Kowalski (dwukrotny mistrz Polski), Władysław Kaim (ścisła czołówka krajowa wagi lekkopółśredniej, jeszcze zanim z Wisły przeniósł się do Hutnika) czy Wiesław Fąfara (inny filar „Białej Gwiazdy”, późniejszy prezes OZB w Krakowie). To były czasy…
Ale miało być w ringu jeszcze lepiej, bo w Hali Garaży rodziła się pod trenerską kuratelą Bronisława Olejniczaka potęga Hutnika. Awansował do krajowej czołówki dynamicznie, a usadowił się w niej na wiele lat. Wspomniana Hala Garaży pękała w szwach nie tylko w chwilach, gdy pojawiała się tam wówczas bezkonkurencyjna Legia. Zanim Hutnik ją zdetronizował, zaś później powtórzył ten sukces, praktycznie przy każdej okazji należało do dobrego tonu zdzierać gardła w owacji na potężne ciosy wyprowadzane przez Lucjana Słowakiewicza czy Władysława Jędrzejewskiego. Nie da się już rozstrzygnąć, jakie względy -chyba jednak nie koniunkturalne - przemawiały za obecnością na widowni Zbigniewa Jakusa. Był sekretarzem Komitetu Fabrycznego PZPR w Hucie im. Lenina, ale i posłem, który oklaskiwał piękną walkę Słowakiewicza, gdy pokonywał na punkty Henryka „Kawkę” Dampca z Wybrzeża Gdańsk…
Informuje posterunek MO w Zabierzowie…
W futbolu na szczeblu okręgowym też działo się ciekawie. Rywalizowano również o indywidualne laury, po każdym meczu wystawiano komentatorskie cenzurki w skali 1-10. Baczny obserwator mógł znaleźć mnóstwo interesujących informacji, które nabierały znaczenia w dalszej perspektywie. Kiedy w Brzeszczach tamtejszy Górnik pokonywał Unię Oświęcim ataków gospodarzy nie był w stanie skutecznie zastopować Roman Bazan. Dużą karierę zrobi ten stoper nieco później, gdy stanie się filarem Zagłębia Sosnowiec, ale nade wszystko znajdzie się w reprezentacji Polski.
W żartobliwej formie - choć nie dla zainteresowanego - potraktowano w tytule relacji znanego zawodnika Sandecji. „Ej Ty Janku, Oberjanku” - w ten sposób skwitowano słabszą formę piłkarza, który stanowił filar nowosądeckiej drużyny. Natomiast „ciekawie” zrobiło się na Dąbiu, gdzie mecz Dąbskiego z Wieliczanką został przerwany, gdy goście nie potrafili pogodzić się z decyzjami arbitra i po czynnym znieważeniu go zeszli z boiska. Interesujące, że ówczesnym zawodnikiem Dąbskiego był Bogusław Hajdas. Wiele lat później zostanie uznanym trenerem, przede wszystkim warszawskiej Gwardii, a i poradzi sobie w szkoleniu centralnym.
Z niższych klas rozgrywkowych podawano wyniki, co wymagało niekiedy ekwilibrystycznych zabiegów. Najczęściej dzwoniono na boiska, ale niekiedy trzeba było penetrować teren znacznie głębiej, a komórki jeszcze nikomu się nie śniły. O zwycięstwie Kmity nad Górnikiem Jaworzno w III grupie A-klasy poinformował ktoś z posterunku MO w Zabierzowie…
„Tempo” czy bułka?
Ale to nie milicjanci wnosili sądowe sprawy przeciwko dziennikarzom „Tempa”, tylko osoby urażone mocno krytycznym tonem prasowych wypowiedzi. W pionierskim okresie gazety dwukrotnie na ławie oskarżonych znalazł się Tadeusz Dobosz. W procesie wytoczonym mu przez Czesława Kruga, ówczesnego kapitana sportowego PZPN, rozeszło się po kościach, zawarto ugodę. Trzy inne procesy redaktorzy „Tempa” wygrali, wyroki uniewinniające świadczyły, że Tadeusz Dobosz, Antoni Targosz i tarnowski współpracownik Jerzy Trzepla (kto go jeszcze kojarzy?) bronili słusznych spraw. Za procesowych przeciwników mieli działacza, sędziego piłkarskiego i trenera siatkówki. Asortyment, rzec można, bogaty…
Naturalnie zdarzało się wchodzić „Tempu” w polemiki prasowe z innymi redakcjami. Czasem kruszono kopie na tematy ważniejsze od piłki, choć z nią w tle. Dotyczyło to na przykład głośnej w drugiej połowie lat 60. ubiegłego wieku „sprawy Jana Banasia”. Był już uznaną personą, reprezentantem kraju, gdy podjął decyzję o pozostaniu za granicą. Wyjazd na pucharowy mecz do Szwecji był tylko pretekstem, docelowe Eldorado miała stanowić RFN. Tam spotkał ojca, Niemca zresztą, który roztoczył przed Banasiem miraże kariery w Bundeslidze. Choć znakomity prawoskrzydłowy pewnikiem dałby sobie radę w nowej sytuacji, sen trwał ledwie kilka miesięcy. Banaś podjął dramatyczną decyzję o powrocie do Polski. Tam jego sprawa spolaryzowała media. Katowicki „Sport” starał się znaleźć okoliczności usprawiedliwiające, „Tempo” piórem bodaj Tadeusza Dobosza optowało za drakońską karą dożywotniej dyskwalifikacji dla uciekiniera. Na szczęście zwyciężyła opcja rozsądku i Banaś wrócił do ligi, a znacznie później do reprezentacji. W łagodnym potraktowaniu „dezertera” ponoć dużą rolę odegrał gen. Jerzy Ziętek, na Śląsku persona wielka.
Inną burzę na rynku prasowym wywołało opublikowanie wyników ankiety, a ściślej odpowiedzi na pytanie: co wybrałbyś, mając złotówkę w kieszeni - bułkę czy kupno „Tempa”? Wśród respondentów przeważała opinia, że byliby gotowi głodować, byle tylko mieć w poniedziałkowe ranki ulubioną gazetę. Cokolwiek złośliwa, pewnie zabarwiona ironią reakcja ze strony katowickiego „Sportu” wywołała na Wielopolu konkretną reakcję. Za udzielenie odpowiedzi zabrał się sam naczelny „Tempa”. I tym bardziej utwierdził się w przekonaniu, że ankiety stanowią bardzo ważny miernik opinii publicznej. Autorów wypowiedzi najbardziej wartościowych dla dalszego kształtowania gazety nagradzano dwutygodniowymi wczasami, m.in. w Zakopanem.
FIS w Zakopanem
Bywało, że przy okazjach imprez najwyższej rangi, konkretnie olimpiad, „Tempo” stawało się dziennikiem, co 24 godziny pojawiającym się na rynku. Gdyby jednak wskazać moment o największym znaczeniu propagandowo-prestiżowym, bez wątpienia byłby to FIS rozgrywany w lutym ’62 w Zakopanem. Mówiąc delikatnie, od przedwojennych czasów Stanisława Marusarza nigdy nie byliśmy w narciarskiej materii potęgą. Tym silniejszym echem odbił się wyczyn Antoniego Łaciaka, który na Średniej Krokwi został wicemistrzem świata. Przed kończącym narciarski festiwal konkursem na Krokwi Dużej apetyty na tytuł były ogromne, adekwatne do zainteresowania ze strony publiczności. W stronę Tatr ciągnął się, jak w szlagierze Mieczysława Wojnickiego, sznur samochodów… Ostatecznie skończyło się na punktowanym, szóstym miejscu Łaciaka, tylko trochę ustąpił mu pola Piotr Wala.
I tak było o czym pisać. „Tempo” wystawiło na zakopiański FIS kilkuosobową ekipę, z Tadeuszem Tolińskim na czele. Otrzymał wsparcie od Kazimierza Zimnala, jego imiennika Starowicza, obsługą fotograficzną zajął się niezawodny Wiesław Książek. Nie zabrakło komentarzy ekspertów, którymi byli Mieczysław Kozdruń, Ludwik Fischer, Edward Mróz i Tadeusz Kaczmarczyk. Swe wiersze zamieszczał bliżej niezidentyfikowany Pelikan, podtatrzańską balladę snuł Tadeusz Staich, z loży kibica przekazywał felietonowe uwagi Bogdan Brzeziński, zaś pogodę prognozował Zygmunt Merta. Zamieszczanie programu telewizyjnego zaświadczało, że na uszach stawała TVP, choć domowych odbiorników było jak na lekarstwo. W wolnych chwilach można się było udać do zakopiańskich, względnie pobliskich kin („Giewont” w Zakopanem, ponadto Nowy Targ, Poronin i Bukowina Tatrzańska). Dzieci mogły obejrzeć „Przygody Tomka Sawyera”, starsi znakomite klasyki polskiego kina: „Popiół i Diament”, „Zezowate szczęście”… Nikt nie przewidział, że tytuł tego drugiego obrazu, w reżyserii niedługo wcześniej zmarłego Andrzeja Munka, pasować będzie jak ulał do gigantycznego problemu z kolportażem „Tempa”. Zawody rozgrywano w Zakopanem, gazetę drukowano w Krakowie. Uruchomiono samochody, ale te najczęściej nie dowoziły „Tempa” na czas. Weto postawiła pogoda, opady śniegu były gigantyczne… Z wydrukowanych 259 tys. egzemplarzy aż 92 tys. nie znalazło nabywców, bo tym nie odpowiadała musztarda po obiedzie. Robota dziennikarzy, drukarzy i kierowców zatem w dużej części poszła na marne…
Gościli w Tempie
Skromne redakcyjne progi gościły wielu znakomitych gości. Z racji wieku i dokonań otwierała ten pochód Stanisława Walasiewicz, złota medalistka olimpijska z Los Angeles (1932). Na Wielopolu pani Stella Walsh (wersja dla Ameryki) pojawiła się trzy dekady później, w imieniu redakcji znakomitą biegaczkę witał szef „Tempa”, Jan Rotter, któremu towarzyszyło kierownictwo redakcji. Któż jeszcze pamięta, że w październiku 1962 pani Stanisława zaprezentowała przy tej okazji młodą dyskobolkę Melody McCarthy?
W przededniu jubileuszu 60-lecia Wisły zorganizowano pod Wawelem pamiętny turniej basketowy, w szranki stanęły reprezentacja Europy, ekipa Realu Madryt i gospodarze, pochopnie skazywani na porażki. Tymczasem to Wisła, z Bohdanem Likszo i Wiesławem Langiewiczem na czele, zagrała fantastyczne mecze i wzięła górę w obu spotkaniach. Ten ogromny sukces wspominano pod Wawelem latami… Rangę turnieju zdecydowanie podnosiła obecność Renato Williama Jonesa, założyciela i przez kilka dekad sekretarza generalnego FIBA. Na Wielopole wiódł trop hiszpański, choć nie do końca. W gabinecie naczelnego „Tempa” znalazł się legendarny trener Realu, Robert Busnel, akurat Francuz… Za to pełnokrwistym Hiszpanem był fantastyczny koszykarz Emiliano Rodriguez. W ich towarzystwie było o czym rozprawiać, zwłaszcza z red. Rotterem, który kochał wprawdzie wszystkie dyscyplinę, ale koszykówkę jeszcze bardziej…

1961, piłkarze brazylijskiego Gremio wysłuchują koncertu w Krakowie. W środku w okularach red. Jan Rotter.

Wizyta mistrzyni olimpijskiej, Stanisławy Walasiewicz (pierwsza z lewej) w sali gimnastycznej jednej z krakowskich szkół. Pierwszy z prawej red. Kazimierz Zimnal, obok amerykańska dyskobolka Melody Mc Carthy i zasłużony pedagog - przez kilka dekad utrzymujący stałe kontakty z „Tempem” - Zbigniew Lech. W drzwiach góruje sylwetką red. Jan Rotter.

Pamiętne mistrzostwa Europy w koszykówce, Wrocław 1963. Red. Jan Rotter wręcza okolicznościowy puchar liderowi reprezentacji Hiszpanii, Emiliano Rodriguezowi.
Jak rekrutowano do pracy w „Tempie”? Czasem ważną przesłankę stanowiły koneksje rodzinne. Przez kilka lat pracujący w latach 70. Marek Synowiec miał to szczęście, że był spokrewniony z Tadeuszem Synowcem, świetnym piłkarzem, także selekcjonerem i pierwszym redaktorem naczelnym … „Przeglądu Sportowego”, który to tytuł startował w 1921 roku akurat w Krakowie. Nawiązaniu przez redakcję współpracy z Michałem Listkiewiczem, grubo później arbitrem międzynarodowym oraz prezesem PZPN, towarzyszyły niecodzienne zdarzenia.
„Znokautowany” Listkiewicz
- Moja przygoda z „Tempem” zaczęła się w bardzo młodym wieku, miałem wtedy bodaj 17 lat. Okoliczności były cokolwiek nietypowe. W zamieszczonej relacji z meczu warszawskiej Polonii z kimś tam, chyba z Avią Świdnik, winą za porażkę obciążono bramkarza Jerzego Szulca. Jako zagorzały kibic Polonii chodziłem na jej wszystkie mecze i wkurzyłem się mocno, że relacja była bardzo nierzetelna. Bowiem Szulc w ogóle nie grał w tym meczu, akurat tego dnia miał własne wesele. Odręcznie napisałem list do „Tempa”, po dwóch tygodniach przyszła odpowiedź od redaktora Jana Rottera. Przepraszał za zaistniałą sytuację i jednocześnie zapytał, czy nie podjąłbym się roli korespondenta z Warszawy. Oczywiście zgodziłem się, a wkrótce doszło do spotkania w Krakowie. Honory gospodarza pełnił redaktor Rotter i musiał mieć zdziwioną minę, że naprzeciw siedzi nastolatek… Przyjechałem do Krakowa z narzeczoną, redaktor zaprosił nas na obiad i jeszcze zafundował wycieczkę do Wieliczki.
- Najważniejsze jednak było to, że dostałem piękną skórzaną legitymację służbową ze złotymi literami. Byłem z tego bardzo dumny. Najpierw koncentrowałem się na pisaniu relacji piłkarskich, później doszły inne obowiązki, zwłaszcza związane z obsługą meczów koszykówki. To była trampolina do pracy dziennikarskiej, później w innych redakcjach. W sumie przez jedenaście lat, dotyczyło to przede wszystkim katowickiego „Sportu”, choć nie tylko. Ale „Tempo” było pierwsze i to na zawsze zapadnie w pamięć. Również dlatego, że podczas wizyt na Wielopolu utwierdzałem się w przekonaniu jak świetna, wręcz rodzinna atmosfera tam panowała…
- Każdy, zwłaszcza adept, odnotowuje jakieś wpadki. Mnie też to nie ominęło. Poszedłem na mecz bokserski Polonii z Metalem Tarnów o wejście do II ligi i nie zapisałem nazwiska zawodnika wagi ciężkiej u gości. Dałem więc w wynikach, że w tej kategorii wygrał polonista, bodaj Poznański, ale nie podałem kogo znokautował. Zadzwonili z Krakowa, byłem bezradny, nikogo w hali już nie było. Niebawem przeczytałem w „Tempie”, we własnej relacji, że Poznański znokautował w pierwszej rundzie Listkiewicza…
- Czy byłem z kimś w redakcji „Tempa” szczególnie zaprzyjaźniony? Z tak odległej perspektywy czasowej to już się zaciera w pamięci. Na pewno nauczycielem zawodu i w ogóle życia był Jan Rotter. A już grubo później Rysiek Niemiec, kolejny przedstawiciel wielkiej sztafety pokoleniowej. Ze starszymi dziennikarzami były to relacje na zasadzie mistrz - uczeń. Myślę o Janie Frandofercie, także Andrzeju Stanowskim, który najdłużej pracował w „Gazecie Krakowskiej”. Stosunki towarzyskie z krakowskimi kolegami były świetne, do czego także przyczyniły się koszykarskie mistrzostwa Polski dziennikarzy.
Emisariusz z Londynu
Nabór do „Tempa” odbywał się przeróżnie. Prawie dekadę przed Listkiewiczem w gronie współpracowników znalazł się Walery M. Krokay. Jeszcze za życia Jana Frandoferta, zaś niedawno w rozmowie z Marianem G. Nowakiem zagadnąłem starszych kolegów czy kojarzą tę osobę. Zeznania były niemal identyczne. Zarówno Janek jak i Grzesiu pamiętali, że Krokay pracował w jednym z krakowskich banków. Ale skąd wzięło się skoncentrowanie przez niego na futbolu angielskim? (Ten związek z Albionem miała akcentować karykatura wykonana przez „Teka” Kubarskiego, Krokay został uwieczniony w charakterystycznym, angielskim kaszkiecie na głowie). Okazało się, że „Siwy”, „Lekki”, „Morawa” i „Zawiślak”, bo takich pseudonimów używał w czasie II wojny światowej, przemierzał przeróżne fronty (Polska, Francja, Wielka Brytania, znów Polska, w AK). Został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari oraz dwukrotnie Krzyżem Walecznych. W latach 1946-1960 znów przebywał w Wielkiej Brytanii, tam każdy musi znać się na futbolu. W „Tempie” był więc Krokay ekspertem od angielskiej piłki i trwało to do 1968 roku, gdy w ślad za trzecią żoną przeniósł się do Warszawy. I tam zmarł jesienią 1982. Dokładnie w tym samym roku, tylko kilka miesięcy wcześniej, zadebiutował na łamach „Tempa” Krzysiu Mrówka. Swojej „inwazji” na Wyspy dokonał z potężnym rozmachem i w olśniewającym stylu.
Otwarcie na świat
Kontakty z zagranicznymi redakcjami utrzymywano z różnym natężeniem, lista tytułów wcale nie była krótka. Tworzyły ją m.in.: „Sowieckij Sport" (Moskwa), „Sportiwna Gazeta” (Kijów), „Radziecka Litwa” i „Czerwony Sztandar” (Wilno), „Deutsches Sportecho” oraz „Illustrierter Motorsport” (Berlin Wschodni), „Naroden Sport” i „Echo” (Sofia), „Nepsport” (Budapeszt), „Start” (Bratysława), „Svet Motoru” (Praga), „Sportul” i „Sport” (Bukareszt), „Tempo” (Belgrad), „Sportske Novosti” (Zagrzeb), „Giornale di Bergamo”, Idrottsbladet” i „Svenska Dagbladet” (Sztokholm), „Dauphine Grenoble” czy „Volksstimme” (Wiedeń). To był akurat organ Komunistycznej Partii Austrii, więc tzw. poprawność polityczna z całą pewnością została zachowana…
Wśród korespondentów nie brakowało znanych postaci. Bułgar Dymitr Popdymitrow był cenionym specem futbolowym. To samo odnosiło się do Szweda Wolfa Lyberga, który regularnie był ekspertem biorącym udział w szalenie popularnej przed laty Międzynarodowej Ankiecie Piłkarskiej warszawskiego tygodnika „Sportowiec”. Natomiast formalnie przypisany do Polskiego Radia był przez lata osiedlony w Budapeszcie nasz rodak Witold Wieromiej. „Tempo” miało swych współpracowników również za Wielką Wodą. Prosto ze Stanów Zjednoczonych dzielili się spostrzeżeniami Włodzimierz Kościelny i Zbigniew Kotaba, a także Władysław Stefaniuk. Oprócz pobytu w USA (w przypadku Kotaby zakończonego tragicznie, został zamordowany) łączyła ich w różnych okresach gra w Wiśle. Zaś regularnie przekraczał progi redakcji, gdy tylko przyjeżdżał do Krakowa, przedwojenny piłkarz pierwszoligowy Śląska Świętochłowice, a później uznany arbiter piłkarski Mieczysław Wysocki.
Raport Skowrońskiego
W 1967 nakład „Tempa” wynosił 130 tys. egzemplarzy. To oczywiście średnia, nakład bowiem regulowano stosownie do stopnia atrakcyjności imprez sportowych w danych okresach. Było na przykład oczywiste, że szczególne nasycenie rynku dotyczyć musi miesięcy, w których toczy się sezon piłkarski. Nadziały na poszczególne województwa różniły się diametralnie. Dominował oczywiście Kraków (niemal 58 tys.), na zbliżonym poziomie 9-10 tys. plasowały się Katowice, Rzeszów, Lublin, niemal na końcu stawki znajdowała się Warszawa (nieco ponad 3 tys.). Stałych prenumeratorów było prawie 3800, 54 abonentów przebywało za granicą. Kilka lat później, na 25-lecie gazety, pracujący wówczas w Krakowskim Ośrodku Badań Prasoznawczych Andrzej Skowroński przygotował bardzo obszerną, 80-stronicową analizę „Tempa”. Andrzej jeszcze nie wiedział, że dekadę później z okładem zasili szeregi gazety, a jeszcze później zostanie jej redaktorem naczelnym.
Objętość „New York Timesa”, nakład „Prawdy”…
Redakcja dbała, aby coraz szerszy krąg korespondentów terenowych, najczęściej wolontariuszy w pełnym tego słowa znaczeniu, mógł czuć się dowartościowany. Organizowano z nimi spotkania, wręczano symboliczne nagrody, z uwagą wsłuchiwano się w ich głosy. Na przykład zajmującego kierownicze stanowisko w bocheńskiej żupie Jerzego Freudenheima czy hutnika z Chorzowa Grzegorza Matei. Te systematycznie organizowane „nasiadówki” z udziałem władz Krakowskiego Wydawnictwa Prasowego i drukarni miały przede wszystkim roboczy charakter. Co bynajmniej nie przeszkadzało, aby debatom towarzyszyły życzenia. Na jednym ze spotkań zastępca red. nacz. „Gazety Krakowskiej” Marian Skarbek cokolwiek futurystycznie wyjawił życzenie, aby kiedyś (kiedy?) „Tempo” miało taką objętość jak „New York Times”, zaś nakładem dorównało moskiewskiej „Prawdzie”… Ten wątek ochoczo podchwycił red. Rotter. I życzenie red. Skarbka zostało wyeksponowane na pierwszej stronie tytułem, którego wielkość nie należała do najmniejszych. Przeciwnie, rzucała się w oczy natychmiast…
Jak mawiał Lenin…
„Tempo” odgrywało ważną rolę w propagowaniu szeroko pojętej turystyki. Redakcja podkreślała znaczenie aktywnego wypoczynku na świeżym powietrzu, nawiązano szereg kontaktów z przedsiębiorstwami o charakterze turystycznym. Akcja „Z Tempem na wypoczynek” była prowadzona na szeroką skalę. Hasło „Piątek, godz. 19” dotyczyło, w okresie jesienno-zimowym, cotygodniowych spotkań wielbicieli turystycznych przygód w krakowskim Domu Turysty. W połowie lat 60. toczono „wojnę o Morskie Oko”, ściślej o uratowanie go przed zalewem motoryzacji, a więc i spalin. Już wtedy! Uruchomiono łańcuch składek na odbudowę schroniska „Murowaniec”, strawionego przez pożar. Gdy spłonęła hala sportowa w Przemyślu, na apel „Tempa” zebrano 400 tys. zł, część tej kwoty stanowiły dobrowolne wpłaty czytelników.
A że „każde pismo powinno być - jak mawiał Lenin - nie tylko dobrym informatorem i propagatorem, ale także dobrym organizatorem”, wodzowi Rewolucji Październikowej też się coś należało. Oto postanowiono powołać Społeczny Komitet Budowy Schroniska w okolicach Babiej Góry...
Dla sportowców również nie brakowało ofert inwestycyjnych. Jedna z nich dotyczyła budowy dachu nad sztucznym lodowiskiem w Nowym Targu. Bardzo trudna batalia, również z miejscowymi władzami, dotyczyła natomiast budowy basenu na obiekcie Korony. Bój wygrano.
Dyplom dla Seweryna
Z inicjatywy Ryszarda Kowalskiego wcielono w życie pomysł, aby w przerwach rozgrywkowych hokeiści walczyli o „Kryształowy Dzban Krynicy-Zdroju”. Była to impreza międzynarodowa, z udziałem drużyn czechosłowackich, enerdowskich i węgierskich. Dla podniesienia poziomu koszykówki zorganizowano turniej egzekwowania rzutów osobistych. Olbrzymim zainteresowaniem wśród adeptów basketu cieszyły się „turnieje dzikich drużyn”. W archiwach zachowało się zdjęcie na którym Jan Rotter honoruje Andrzeja Seweryna. Wkrótce będzie on filarem Korony, a później Wisły. Ten sam „dziki” charakter imprezy cechował szkolne turnieje hokejowe. W Dębnikach wciąż żyją naoczni świadkowie tamtych zdarzeń. Pamiętają tym chętniej, że jeden z turniejów w randze nieoficjalnych mistrzostw Krakowa szkół wygrała SP 30, drużynę prowadził szalenie popularny „wuefista” Andrzej Wałkowiński. W pokonanym polu zostawił innego belfra, a jednocześnie uznanego hokeistę Cracovii, Władysława Radwańskiego.
Zwolennicy długich dystansów pływackich mogli startować w „Maratonie Rożnowskim”, stanowiącym eliminacje do Maratonu Morskiego, którego pomysłodawcą była stołeczna redakcja „Sportowca”. Upowszechnianiu pływania, a nade wszystko w trosce o przestrzeganie przepisów bezpieczeństwa służyła akcja „Bezpieczni na wodzie”.
Natomiast z myślą o bliższym kontakcie z mistrzami sportu organizowano spotkania z czytelnikami. Jeżdżono w tzw. teren (Nowa Sarzyna, Brzesko, Jaworzno, Rajcza, Andrychów, Kalwaria), główną atrakcją była możliwość porozmawiania z tak znakomitymi sportowcami jak Maria Kusion-Bibro czy Jarosława Jóźwiakowska-Bieda. Z kolei w Krakowie sympatycznymi miejscem był Krakowski Dom Kultury, tam toczono dyskusje z udziałem Barbary Sobottowej, Zbigniewa Pietrzykowskiego, Sobiesława Zasady czy Henryka Szordykowskiego. Czyli wielkich postaci polskiego sportu.
Samotny „Ałuś”
Właśnie Sobiesław Zasada i Henryk Szordykowski otwierali w pierwszych dniach stycznia 1972 czołową 10-tkę „Asów Ziemi Krakowskiej”. Na Rzeszowszczyźnie wygrał rywalizację znakomity zapaśnik Kazimierz Lipień, wyprzedzając szalenie popularnego pięściarza, Lucjana Trelę. Pod Wawelem zaraz po Zasadzie i Szordykowskim uplasował się Andrzej Bachleda. Należący od kilku sezonów do czołówki światowej polski alpejczyk był największą nadzieją na medal olimpijski w Sapporo. Start „Ałusia” w Japonii zakończył się jednak niepowodzeniem, liczono na więcej niż miejsce punktowane. Kogo winić za taki epilog? Ojciec Bachledy, śpiewak operowy Andrzej Bachleda-Curuś, obarczał odpowiedzialnością władze sportowe, które podjęły decyzję, że Andrzej będzie startować samotnie, bez wsparcia innych polskich kadrowiczów. I właśnie to stanowiło dla syna dyskomfort. Jak pisano w „Tempie”, w rodzinie Bachledów zapanowało przygnębienie, trudno się dziwić…


Fortuna: lot na 111 metrów!
Ale pod Giewontem i tak wybuchł szał radości, za sprawą Wojciecha Fortuny. Jego fantastyczny skok na skoczni Okurayama, na odległość 111 metrów, zapewnił wystarczającą zaliczkę do zdobycia złotego medalu. Była to ogromna sensacja na skalę światową, dzienniki radiowe trąbiły tę wiadomość nieustannie od samego świtu. Warto wiedzieć, że olimpijska nominacja została przyznana Wojtkowi w ostatniej chwili, dzięki energicznej kampanii mediów, które o Fortunę powalczyły tak skutecznie jak szesnaście lat wcześniej, gdy z medalem w kombinacji norweskiej wrócił z Cortiny d’Ampezzo wcześniej nie uwzględniany w ekipie Franciszek Gąsienica Groń.
Fortuna znalazł się nagle w blasku jupiterów, ale jeszcze przed powrotem do kraju wciąż wykazywał refleks. Również w trakcie rozmowy telewizyjnej, gdy na życzenie jednego z działaczy, bodaj Sylwestra Pancherza, aby nadal pozostał skromnym człowiekiem odpowiedział: „wzajemnie”… „Tempo” oczywiście pojawiło się pod Giewontem, autorem fotoreportażu był Wiesław Książek. Wojtkowi dedykowano wiersze. Jak na przykład ten, autorstwa A. Kwolka z Zakopanego: „Wszystkie na Sapporo zwrócone dziś oczy, dla nas tylko kołem Fortuna się toczy”.
Ostatni tekst „Obserwatora”
Mniej więcej tej samej frazy użył Tadeusz Maliszewski. Ten wyśmienity dziennikarz, filar warszawskiego „Przeglądu Sportowego” i katowickiego „Sportu”, został pod koniec życia felietonistą „Tempa”. Teksty, programowo bardzo ciekawe, podpisywał kryptonimem „Obserwator”, wracając tym samym do korzeni swej bogatej działalności publicystycznej, rozpoczętej jeszcze przed wojną. Bohaterem felietonu definitywnie ostatniego był akurat Wojciech Fortuna, materiał dotarł na Wielopole w chwili, gdy felietonista już nie żył. Teksty red. Maliszewskiego przesyłano do Krakowa drogą pocztową…
Rotter w Monachium, Cichowicz w Kilonii
Po Sapporo były igrzyska olimpijskie w Monachium. O wyjeździe do stolicy Bawarii marzyli nie tylko sportowcy. Także, choć w zupełnie innej roli, Tadeusz Gordon. Był laureatem popularnej „Zgaduj Zgaduli”, zaś „Tempo” udostępniło swe łamy, aby porozmawiał… sam z sobą. Tadek widać zdał ten egzamin, skoro niebawem znalazł zatrudnienie akurat w… „Tempie”.
Specjalnym wysłannikiem gazety do Monachium był Jan Rotter, z dala towarzyszył mu Aleksander Cichowicz. Znalazł się on na pokładzie jachtu „Wanda” i stamtąd relacjonował przebieg zmagań żeglarskich. Wkroczył dynamicznie do akcji: „Podnosimy kotwicę - kierunek Kilonia” - zameldował w pierwszej korespondencji. Później napłynęły do „Tempa” następne meldunki. Jan Rotter relacjonował z kolei wydarzenia z samego centrum olimpiady. A więc o „złotej sztandze” Zygmunta Smalcerza, piorunującym wyczynie Władysława Komara w pchnięciu kulą, mistrzowskim dublecie florecisty Witolda Woydy, popisowej grze biało-czerwonych w piłkarskim finale (Polska - Węgry 2-1), bokserskiej maestrii Jana Szczepańskiego… Tudzież wielu innych wydarzeniach, także tych wychodzących poza sztywny protokół. Również o bankietowej przyjaźni polsko-szwedzkiej, gdy jeden ze Skandynawów wypadł za parapet i został co nieco poturbowany, ale butelki w kieszeni pidżamy bohatersko nie stłukł.



Piłat wierzył w Waldyrę
Wspomnieliśmy o Janie Szczepańskim. Jego występ w Monachium stał pod dużym znakiem zapytania, bowiem kilka miesięcy przed igrzyskami kardiolodzy zaczęli podejrzewać u boksera ponowne problemy z pracą serca. W związku z powyższym Szczepański nie mógł wziąć udziału w próbie generalnej przed Monachium, czyli mistrzostwach Polski w Nowej Hucie. Za to przyjechał tam sławny przedwojenny champion krajowy wagi ciężkiej, Stanisław Piłat. Potężnej postury nowotarżanin szczególnie był zainteresowany postawą Klaudiusza Waldyry. Jeszcze większego od Piłata olbrzyma. Mimo ewidentnych braków technicznych Waldyry pan Stanisław wierzył, że nową nadzieję wagi ciężkiej stać na zrobienie dużej kariery. Stąd apel o jak najszybsze objęcie Waldyry szkoleniem centralnym. Niestety, skończyło się na pobożnych życzeniach, o Waldyrze ringowy ślad wkrótce zaginął.
Koterbska, Santor, Jesienin…
Przywołany wcześniej Andrzej Bachleda zyskał nieoczekiwanie sojuszniczki w osobach sławnych piosenkarek. Kiedy tradycyjnym plebiscytem podsumowywano rok 1972 poproszona o wypowiedź Maria Koterbska dała prymat Fortunie, za nim uplasował się Antoni Szymanowski (inny piłkarz Wisły, Kazimierz Kmiecik był czwarty), ale najniższe miejsce na „pudle” przypadło właśnie Bachledzie. Pani Maria nie omieszkała poinformować, że krakowskim sportem żywo interesuje się jej syn, wtedy student PWST w Krakowie, Roman Frankl.
Jeszcze wyżej notowania „Ałusia” wyceniła Irena Santor, oddając pierwszeństwo Bachledzie: „za szereg doskonałych wyników i utrzymywanie wysokiej formy przez długi okres”. Przed planowanymi występami w Krakowie Irena Santor zdradziła, że ma tremę. Bowiem odnosi wrażenie, że mieszkańcy ziemi krakowskiej są znawcami i sympatykami nie tylko sportu, ale również piosenki…
Sympatyczne rozmowy na tematy sportowe z gwiazdami estrady przeprowadził dziś już mocno zapomniany Zdzisław Hołowiecki. Był współpracownikiem „Tempa”, na co dzień uczył chemii w krakowskim liceum nr IX. Z kolei z przeprowadzonej przez Zdzisława Srokę rozmówki z Adamem Zwierzem wynikało, że żywo interesujący się sportem popularny śpiewak operowy kibicował akurat Cracovii.
Na łamach dbano więc od czasu do czasu o strawę duchową. Tadeusz Dobosz sam popełnił kilka tomików poezji, więc korzystając z pomocy przewodniczącego WKKFiT, Mieczysława Stefanowa, był idealnym rozmówcą Konstantego Jesienina. Zbieżność nazwiska ze słynnym poetą nieprzypadkowa, Konstantin był synem Sergiusza. Dyskurs Dobosza z Jesieninem juniorem musiał dotyczyć poezji futbolu.
Gordon czy Gadocha?
Wspomniany wcześniej Tadeusz Gordon lubił zaskakiwać pomysłami, również z okazji Prima Aprilis. W wyeksponowanej na tytułowej stronie sensacyjnej wiadomości, że Robert Gadocha wraca do Krakowa wykorzystano podobieństwo Tadka do słynnego lewoskrzydłowego, który stawiał pierwsze kroki na Ludwinowie. Zdjęcie sugerowało, że widnieje na nim Gadocha, choć w rzeczywistości był to Gordon. Kto kupił ów greps o powrocie Gadochy? Z całą pewnością nie ludzie znający fizjonomię Gordona.
W podsumowującym rok 1974 rankingu trenerów triumfował akurat Gadocha. „Piłata” widział na samym topie również sam Kazimierz Górski, choć ex aequo z innym legionistą, Kazimierzem Deyną. Obaj, podobnie jak inne „Orły Górskiego”, solidnie zapracowali na szaloną popularność. Przede wszystkim na mundialu, podczas którego „biało-czerwoni” zrobili furorę na całym świecie.
Wyprawy dr. Kukulskiego
„Tempo” delegowało na tę pamiętną imprezę dr. Janusza Kukulskiego, cieszącego się w tamtym okresie wyjątkową renomą wśród futbolowych speców. Właśnie do niego należało przedstawienie grupowych rywali Polaków. Prezentację zaczęto od Argentyny, Kukulski zaakcentował w tytule, że chodzi o rodaków Alfreda di Stefano, choć fenomenalnego piłkarza przede wszystkim kojarzono z Hiszpanią, gdzie osiągnął apogeum formy. Zaraz po losowaniu grup ogłoszono odgórnie zarządzony protest przeciwko walkowerowi nałożonemu na reprezentację ZSRR, gdy ta odmówiła rozegrania w Santiago meczu z Chile. A tam jak wiadomo doszło kilka miesięcy wcześniej do obalenia rządów Salvadora Allende…
Dr Kukulski miał wszechstronne zainteresowania. Był na przykład zafascynowany intelektualnymi walorami szachów. Gdy przyszło napisać materiał o amerykańskim geniuszu tej dyscypliny zaskakującą puentę stanowiło to, że podczas słynnego meczu z Borysem Spasskim w Reykjaviku Fischer korzystał z jasno-kremowego samochodu, z dużymi napisami „Polski Fiat” na obu stronach bocznych drzwi.
Dr Kukulski dużo jeździł po świecie. Na przykład odwiedził afrykański Abidżan, albo udał się do Holandii. Reporterskim plonem tej drugiej wyprawy był obszerny artykuł o Januszu Kowaliku, wówczas napastniku Sparty Rotterdam. Kowalik cieszył się wtedy wysokimi notowaniami, w tytule zaznaczono nawet, że jest rywalem Johana Cruyffa… W rozmowie z dr. Kukulskim były as Cracovii wyraził gotowość powrotu do reprezentacji Polski, wszak zbliżał się mundial. Jak wiadomo, nie skorzystano z tej oferty.
Zachwyt intelektualnych elit
Ale Polacy i tak zagrali koncertowo. I zachwycili nawet elity intelektualne naszego kraju. Na łamach „Tempa” wcale nie kryli się z tym karykaturzysta Eryk Lipiński, pisarze Ernest Bryll i Stanisław Dygat, aktor Gustaw Holoubek. Lipińskiemu przyśnił się wynik meczu Polska - Haiti 7-0, dla Brylla forma podopiecznych Górskiego była tak rewelacyjna, że aż trudno było w to uwierzyć. Holoubek określił grę Biało-Czerwonych jako inteligentną, spokojną, a jednocześnie pełną werwy. Dygat dodał do tego styl i elegancję.


Gdy już opadły emocje i skończyła się euforia, w rozmowie z Tadeuszem Górskim (później przez wiele lat związanym z „Gazetą Krakowską”) zaordynował Kazimierz Górski powrót do równowagi. Z całkiem innej, krakowskiej perspektywy, też było to jak najbardziej wskazane. Bo choć zasłużone komplementy spadały na bohaterów z Monachium, zwłaszcza Antoniego Szymanowskiego i Adama Musiała, to inna rzeczywistość skrzeczała. Bo z ówczesnej II ligi spadły dwa zasłużone kluby: Hutnik i Garbarnia. Zatem jak najbardziej na miejscu było zorganizowanie w redakcji panelu dyskusyjnego pod tytułem „dokąd się toczysz krakowska piłko?”. Życie zweryfikowało, ilu słusznym postulatom udało się później nadać konkretny wymiar. Zaś z Szymanowskim i Musiałem świątecznie porozmawiał sam naczelny, red. Jan Rotter. Antka, na okoliczność szczęścia bądź jego braku, indagował Jan Frandofert. Wkrótce i on miał zasilić szeregi „Tempa”.
„Herbowa Tarcza Krakowa”
Jeszcze przed polskim zawojowaniem Monachium doszło do ujętych w nowe ramy derbów Krakowa. 23 października 1972 roku „Tempo” poinformowało, że „Rada pod przewodnictwem mec. mgr. M. Kosska wystosowała do prezydium GTS Wisła apel o przyjście ze wszelką pomocą, jaką władze Wisły uznają za najwłaściwsze, bratniemu klubowi. Ze swej strony Rada Seniorów zaproponowała m.in. wznowienie derbów I drużyn z inauguracją ich w rocznicę pamiętnego pierwszego po wyzwoleniu meczu (28 stycznia 1945) Cracovii z Wisłą”.
Tę cenną inicjatywę wiślackiej Rady Seniorów mocno wsparł KOZPN, zaś „Tempo” - niezależnie od oprawy propagandowej - ufundowało Herbową Tarczę Krakowa, o którą toczono rywalizację. Autorem był znany krakowski metaloplastyk Stefan Luchter, którego brat Mieczysław był przed wojną piłkarzem ligowym. Premiera, dopisująca nowe rozdziały do krakowskich derbów, miała miejsce 27 stycznia 1974 roku na stadionie przy ul. Kałuży. W dramatycznych okolicznościach, w samej końcówce spotkania, wygrała Wisła 2-1. Ale już rok później plasujące się wtedy niżej aż o trzy klasy rozgrywkowe „Pasy” sensacyjnie triumfowały w meczu z „Białą Gwiazdą” 4-1!
Pełny wykaz meczów o „Herbową Tarczę Krakowa” publikujemy w innym miejscu.
Dekonspiracja
Zdarzały się wpadki? Naturalnie, i wcześniej i później… Artykuł pod tytułem „Potrójne hobby dyrektora” był opatrzony nadtytułem „I kto by pomyślał…” Tekst rozpoczynał się następująco: „Prezentacja mojego rozmówcy nie nastręcza specjalnych trudności: kompozytor i dyrygent, kierownik Krakowskiej Sceny Operetkowej, ceniony pedagog i współtwórca sukcesów artystycznych tutejszego szkolnictwa muzycznego. Słowem: sylwetka niezwykle popularna w kręgach melomanów”. Sęk w tym, że w całym artykule ani razu nie pada nazwisko rozmówcy… Więc chyba tylko melomani wiedzieli, że tą cokolwiek tajemniczą osobą był istotnie wielce zasłużony dla ruchu muzycznego Marian Lida. Czynimy tę „dekonspirację” po przeszło półwieczu i bez uzgodnienia z autorem…
Pożegnanie Naczelnego
12 czerwca 1977 roku zmarł redaktor naczelny Jan Rotter. Na łamach żegnali go redakcyjni koledzy i przyjaciele: „Trudno nam było uwierzyć, że odszedł człowiek, który do końca swoich dni był uosobieniem żywotności, inwencji, niespożytej energii. Człowiek, z którym związani byliśmy przez tyle lat silnymi więzami redakcyjnego trudu. (…) Pełniąc przez bez mała 20 lat bynajmniej niełatwą funkcję redaktora naczelnego był nie tylko dbającym o redakcję i pracujących w niej ludzi szefem, ale także sprawdzającym się w życiu człowiekiem, wychodzącym zawsze naprzeciw troskom i problemom swoich współpracowników. Dla siebie, dla własnych spraw, a nawet własnego zdrowia, brakowało Mu nieraz czasu, znajdował go jednak zawsze, gdy chodziło o innych. (…) Odszedł od nas Naczelny, dziennikarz i publicysta dużego formatu, człowiek o wielkim sercu. Przełożony, a jednocześnie serdeczny przyjaciel”. (…)
JERZY CIERPIATKA
Zdjęcia z archiwum Barbary Rotter-Stankiewicz