Atak grypy z jednej strony osłabił wyjściową "szóstkę" Asseco Resovii, ale z drugiej pozwolił zaprezentować umiejętności niektórym zawodnikom, zazwyczaj z boku oglądającym poczynania swoich kolegów. Oto, co powiedzieli po przegranym 2-3 pojedynku z AZS-em Częstochowa rzeszowscy siatkarze.
Krzysztof Gierczyński, kapitan Asseco Resovii
To wyszło tak spontanicznie, wbiegłem na parkiet, widząc, że mojej drużynie jakoś nie idzie, wyzwoliła się we mnie sportowa złość. Zresztą to był mecz o szczególnym dla mnie znaczeniu. Nie tak dawno przecież grałem jeszcze w Częstochowie. Niestety, w tie-breaku wystarczył moment nieuwagi. Cztery stracone punkty pod rząd to był chyba główny powód naszej przegranej. No cóż, był dobry początek, teraz mamy rzeczywistość. Po prostu liga jest niesamowicie wyrównana. Przegraliśmy, ale w rewanżu może być zupełnie odwrotnie. Nie wiem, czy wrócę do podstawowego składu. Oczywiście chciałbym, ale to jest drugorzędna sprawa, bo wynik drużyny jest najważniejszy. Dobrze, że mamy przerwę - chłopaki wykurują grypę, a najważniejsze, żeby nie złapali jej następni (śmiech).
Kamil Długosz, przyjmujący Asseco Resovii
Stojąc w kwadracie, bardzo przeżywałem ten mecz. Nie dawałem sobie szans na to, że zagram, bo przecież trzeba znać miejsce w szeregu. Trudno, byliśmy minimalnie gorsi, a może nie gorsi, tylko w tie-breaku opuściło nas szczęście.
Mateusz Mika, przyjmujący Asseco Resovii
Jestem na siebie trochę wkurzony, bo mimo wszystko mogłem skończyć atak w piątym secie. Nie czułem jakiejś większej tremy. Jednak AZS Częstochowa to zupełnie inny rywal niż Pamapol Wieluń. Dla mnie to była porządna lekcja siatkówki. Tym bardziej, że tak na dobrą sprawę dopiero zaczynam się jej uczyć.
Tomasz Pasternak