Matka Sergieja Pareiki jest Białorusinką, ojciec Rosjaninem. On ma paszport estoński i jest reprezentantem tego kraju, choć jako swoją narodowość wskazuje rosyjską. W Krakowie zaaklimatyzował się bardzo szybko, bo trochę przypomina mu Tallin, gdzie urodził się i wychował. Bardzo szybko ten bramkarz wkradł się w łaski kibiców Wisły. Odpłaca im się dobrą grą i zachwytami nad atmosferą panującą na stadionie przy ul. Reymonta.
Gdy w zimie Wisła Kraków sprowadzała 34-letniego estońskiego bramkarza Sergieja Pareikę, część kibiców pytała zdziwiona - po co nam taki "dziadek"?
Wystarczyło kilka wiosennych meczów, by przekonać się, że między słupkami lidera stoi prawdziwy fachowiec.
Ostatnich niedowiarków Pareiko przekonał w meczu 20. kolejki, gdy Wisła mierzyła się z Jagiellonią Białystok i dzisiaj z Koroną w Kielcach. Obronione rzuty karne wykonywane przez Tomasza Frankowskiego i Andradinę sprawiły, że dzisiaj już nikt nie ma wątpliwości, iż tak newralgiczna pozycja jest w klubie z ul. Reymonta dobrze zabezpieczona.
Postanowiliśmy sprawdzić, jakim człowiekiem jest Pareiko poza boiskiem. Okazało się, że przede wszystkim... bardzo skromnym. Już na początku naszej rozmowy Pareiko obrusza, się gdy mówimy o nim jako o bohaterze ostatniego spotkania Wisły.
- Nie jestem żadnym bohaterem, bo piłka nożna to sport zespołowy i sukces odnosi cała drużyna. Nawet nie tylko ci, którzy są na boisku, ale ponad dwudziestu piłkarzy, bo na końcowy sukces pracuje się również na treningach przez cały tydzień poprzedzający mecz - mówi lekko zawstydzony golkiper. gdy pytamy. czy odczuł już popularność po świetnym ostatnim występie.
- Owszem, spotkałem się z miłymi słowami od kibiców, ale podkreślam, że liczy się dobro całej drużyny - dodaje.
Sergiej Pareiko urodził się w 1977 roku w Tallinie. Estoński ma jednak tylko paszport, bo jak podkreśla, czuje się Rosjaninem.
- Moja mama jest Białorusinką, a tata Rosjaninem - tłumaczy bramkarz Wisły. - Kiedyś, gdy jeszcze istniał Związek Radziecki, moi rodzice postanowili przenieść się do Estonii, bo tam była szansa na lepsze życie w tak ogromnym kraju, jakim był ZSRR. Tallin jako duży port stwarzał wtedy większe możliwości, stąd taka decyzja moich rodziców. Ja urodziłem się już w tym mieście. Jestem obywatelem Estonii, mam paszport tego kraju, ale jestem narodowości rosyjskiej.
W rodzinie Pareiki nie było tradycji sportowych. Ojciec interesował się jednak futbolem i tego bakcyla zaszczepił synowi.
- Tata był wielkim kibicem Dynama Mińsk - wspomina Sergiej. - To była w tamtych czasach znakomita drużyna z takimi piłkarzami w składzie jak choćby Sergiej Alejnikow czy Andriej Zygmantowicz. Oni świetnie grali dla drużyny z Mińska i reprezentacji ZSRR. Dynamo było też pierwszym klubem, któremu kibicowałem jako mały chłopiec.
Od kibicowania do rozpoczęcia poważniejszej przygody z futbolem droga była już prosta.
- W Związku Radzieckim szkoła stwarzała duże możliwości uprawiania sportu - wspomina Pareiko. - Można było wybierać, czy chce się grać w piłkę nożną, ręczną, koszykówkę, czy uprawiać jakąkolwiek inną dyscyplinę. Ja od początku chciałem grać w futbol i tak to się wszystko w moim przypadku zaczęło. Mój starszy brat postawił natomiast na piłkę ręczną. Gdy jednak w Związku Radzieckim nastąpiły zmiany, w wyniku których Estonia uzyskała niepodległość, zrezygnował z gry i zajął się pracą zawodową.
Pareiko w swojej karierze najwięcej czasu spędził w Rosji. Dzisiaj może zatem porównać, jak wygląda życie w tym kraju, Estonii i Polsce.
- Między Estonią i Polską nie ma wielkich różnic. Są one między tymi krajami i Rosją, w której pojawiają się większe problemy w codziennym życiu. Niewiele różnią się natomiast ludzie w tych trzech krajach. Oczywiście można mówić, że jedni są bardziej otwarci, inni mniej, ale generalnie wszędzie ludzie są podobni.
Reprezentant Estonii, choć jest u nas krótko, szybko zaaklimatyzował się w Krakowie, gdzie przyjechał razem ze swoją żoną Wiktorią i synem Danielem.
- Jestem żonaty od ośmiu lat, mój syn ma sześć lat - zdradza Pareiko. - Kraków bardzo nam się wszystkim podoba, ale nie ma w tym nic dziwnego, bo to miasto jest trochę podobne do Tallina. Mam na myśli przede wszystkim jego starą, zabytkową część - dodaje. - Oczywiście Kraków jest większy, europejski, ale klimat Starego Miasta jest podobny.
W wolnym czasie lubią razem z żoną i synem spacerować, poznawać nowe zakątki Krakowa. Byli już oczywiście m.in. na Wawelu.
Syn bramkarza, choć ma zaledwie sześć lat, już stawia pierwsze kroki w piłce nożnej.
- Daniel grał w Tomsku. Zobaczymy, może kiedyś tak jak ja, postawi na futbol. Dzisiaj za wcześnie mówić, jaki będzie jego wybór, ale raczej nie pójdzie w moje ślady i nie będzie bramkarzem. Woli strzelać bramki - śmieje się Sergiej.
W Estonii wybór Pareiki, który zdecydował się grać w Polsce, został przyjęty ze zrozumieniem. Nasz kraj i liga mają dobrą opinię i nie zmieniła tego nawet nie tak odległa porażka Wisły z Levadią Tallin w eliminacjach Ligi Mistrzów.
- W moim kraju uważa się, że Polska to dobre miejsce do kontynuowania kariery, do zrobienia w niej kroku naprzód - tłumaczy bramkarz. - Oczywiście przed podpisaniem kontraktu analizowałem, czy to będzie dobry wybór. Dzisiaj mogę już stwierdzić, że pod każdym względem podjąłem słuszną decyzję. Podoba mi się wasza liga, w której w każdym meczu trzeba się mocno napocić, żeby wygrać.
To, co jednak najbardziej mu się tutaj spodobało, to atmosfera na meczach, entuzjazm. - Coś niesamowitego! Dla mnie to wielka niespodzianka, że ludzie tutaj potrafią dopingować przez cały mecz. Grałem tyle lat w Rosji, ale tam czegoś takiego nie ma. Ta atmosfera też sprawia, że czuję się w Polsce i Krakowie bardzo dobrze.
Bartosz Karcz (Gazeta Krakowska)