Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Artykuły / Felietony / Komentarze
„TEMPO”, na zagranicznych wyjazdach. Jerzy Sasorski: Podążając za Magdą2026-07-19 13:41:00

Wimbledon 1996

Podążając za Magdą


Ziściło się jedno z moich dziennikarskich marzeń – zobaczyłem na żywo Wimbledon. Wtedy, w 1996 roku, przed niespełna osiemnastoletnią Magdaleną Grzybowską z Krakowa, po wygraniu przez nią juniorskiego Australian Open, otworzył się tenisowy świat. Miałem więc podążać za Magdą jako reporter „Tempa”. Najpierw, w maju do Paryża – na korty Rolanda Garrosa, a miesiąc później na słynną wimbledońską trawę.


Ograniczony, skromny budżet narzucał warunki podroży i samego pobytu. Do Londynu pojechałem autobusem. Po 26 godzinach – z promową przeprawą przez Kanał La Manche z Calais do Dover – dotarłem na Victoria Station.


Lekki dreszczyk emocji towarzyszył mi podczas kontroli paszportowej, poprzedzającej wbicie pieczątki upoważniającej do pobytu na Wyspach, bo kilkoro pasażerów naszego autobusu nie dostało takiej zgody urzędników Home Office na wjazd do Wielkiej Brytanii.


Oficjalny list All England Lawn Tennis & Croquet Clubu, potwierdzający moją akredytację na turniej w Wimbledonie, okazał się bardzo mocnym glejtem. Padło jeszcze tylko kilka grzecznościowych pytań i droga była wolna.


W Londynie czekali już na mnie Molly i Ewek Świtkowie, dobrzy znajomi z różnych, głównie tenisowych imprez. Pomogli mi znaleźć przytulny pokoik za cenę znacznie niższą od hotelowej.


Na dwa tygodnie z okładem zamieszkałem niedaleko Highbury, matecznika uwielbianego przeze mnie Arsenalu.  


Paryskie przetarcie na Roland Garros i wcześniejsza praca wysłannika na paru innych międzynarodowych wydarzeniach sportowych przydały się w ogarnięciu wymogów stawianych przez biuro prasowe Wimbledonu. Perfekcja, z jaką to wszystko zostało zorganizowane budziła respekt. Obowiązywała, i tak jest do dziś, hierarchia. Byłem nowicjuszem, otrzymałem w związku z tym status „rover”, w wolnym tłumaczeniu „wędrowca”, czyli kogoś, kto na przykład, aby wejść na trybunę kortu centralnego i kortu nr 1 musiał wystąpić każdorazowo o zgodę Press Office, bo miejsca były ściśle limitowane.

Przez długie lata jedynym Polakiem, który mógł się pochwalić najwyższym statusem „Centre Court” z imienną tabliczką na wyznaczonym krzesełku był red. Zbigniew Dutkowski – znany czytelnikom również z łamów „Tempa”. Solidnie na to zapracował, aż 29 razy obsługiwał turniej wimbledoński.


W pamiętnym dla mnie 1996 roku pana Zbyszka nie zabrakło oczywiście w tym elitarnym gronie. Sam też czułem się wyróżniony, ponieważ the Championships Wimbledon zawsze drobiazgowo przyznawał akredytacje, odrzucał co najmniej połowę wniosków. Jeszcze pod koniec XX wieku był tak zasadniczy w swoich działaniach, że w ogóle nie uznawał dziennikarstwa internetowego. Ktoś pracujący dla istniejących już wówczas portali nie miał żadnych szans na akredytację!


Natomiast gazeta lub czasopismo, wysyłając swojego przedstawiciela do kolebki światowego tenisa musiały mieć określony zasięg, nakład i prestiż. Według Anglików, „Tempo” te walory posiadało, co trzeba podkreślić z nieukrywaną satysfakcją.


Przygoda Magdy Grzybowskiej w debiutanckim występie w Wimbledonie trwała krótko, zakończyła się już w pierwszej rundzie porażką z… Aleksandrą Olszą 4-6, 4-6. Ola, jako szczęśliwa przegrana kwalifikacji, do których dostała „dziką kartę” powróciła na Wimbledon w glorii podwójnej triumfatorki w singlu i deblu juniorskiego turnieju w 1995 roku. W kolejnym pojedynku uległa Belgijce Sabine Appelmans 3-6, 1-6 i też szybko wróciła do kraju. Zaledwie dwa gemy ugrała trzecia z Polek, najbardziej doświadczona Katarzyna Nowak. 0-6, 2-6 z Włoszką Glorią Pizzichini nie pozostawiło żadnych złudzeń.


Brak możliwości opisywania sukcesów naszych reprezentantek rekompensowałem sobie śledzeniem niezwykle ciekawej rywalizacji wielkich postaci tenisa. Od nazwisk i codziennego z nimi obcowania aż kręciło się w głowie. Na świeczniku wciąż byli: Steffi Graf, Monica Seles, Conchita Martinez, Arantxa Sanchez Vicario, Jana Novotna, Lindsay Davenport, Pete Sampras, Boris Becker, Andre Agassi, Goran Ivanisevic, Michael Chang, Jim Courier, ale już zabłysła gwiazda cudownej nastolatki Martiny Hingis. Urodzona w słowackich Koszycach, mieszkająca od siódmego roku życia w Szwajcarii zawodniczką została najmłodszą w historii zwyciężczynią gry podwójnej - w parze z Czeszką Heleną Sukovą, a już w następnym sezonie pokusiła się o podobny wyczyn w grze pojedynczej.


Jakby tego było mało, właśnie w 1996 roku dość nieoczekiwaną wizytę w biurze prasowym złożyły siostry Venus i Serena Williams. Jeszcze nie wystartowały w turnieju, starsza z nich Venus zadebiutowała w Wimbledonie rok później, przegrywając w I rundzie, na nowym korcie nr 1 z… Magdą Grzybowską!


Aby tradycji stało się zadość, w trakcie turnieju regularnie padał deszcz, przerywając mecze nawet na kilka godzin. Jeden z nich, ćwierćfinał Richarda Krajicka z Petem Samprasem na długo pozostał w pamięci. Nie tylko z powodu niespodziewanego zwycięstwa Krajicka. Oczekujących na wznowienie gry mocno znudzonych widzów postanowił ożywić, fundując im darmowy koncert, sir Cliff Richard z towarzyszeniem chóru sławnych tenisistek z samą Virginią Wade. 

Brać dziennikarska miała za to niezły ubaw za sprawą legendarnego komentatora telewizji amerykańskiej Buda Collinsa. Pewnego dnia ten nobliwy, zarazem mocno prowokacyjny dżentelmen pojawił się w białej koszuli, dwurzędowej, granatowej marynarce, kolorowych bermudach i japonkach. W takim stroju wystąpił przed kamerą. Odpowiednie cięcia obrazu pozwoliły na pokazanie Buda tylko do pasa. Skandalu więc nie było.


Razem z red. Dutkowskim mieliśmy okazję i przyjemność krótkiej rozmowy z guru tenisa, można by rzec chodzącą encyklopedią tego sportu. Na naszą prezentację - Zbigniew Dutkowski, Jerzy Sasorski, odparł na wstępie dość zabawnie: jestem Bud Koliński. A potem wyjaśnił, że jego babka pochodziła z Litwy, z okolic Wilna, dlatego czuje się po trosze Kolińskim. Sympatyczna anegdotka…


Nie samym tenisem przez szesnaście, czy siedemnaście dni człowiek żył. Po skończonej pracy były i wypady do pubów, tym bardziej, że w tym samym czasie co Wimbledon, rozgrywano w Anglii mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Zdarzyło się też odwiedzić słynny muzyczny sklep na Piccadily Circus, do czego nie musiał mnie długo namawiać Wojtek Nowosielski, kolega z „Gazety Wyborczej”. Muzea i wycieczkę statkiem do Greenwich również zaliczyłem, dziennikarstwo sportowe -  wbrew niektórym utartym opiniom – zawsze mocno poszerzało horyzonty. Koledzy po fachu, zajmujący się innymi dziedzinami, mieli uzasadnione powody do zazdrości.


JERZY SASORSKI





więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty