Z DOMIESZKĄ RETRO (67)
Kapitał bezcenny: optymizm!
Z lekkoatletycznych mistrzostw Europy w Birmingham przywiozła polska ekipa całe osiem medali. Jak je traktować? To zależy z jakiej pozycji przychodzi dokonywać oglądu. Zdaje się, a nawet można być pewnym, że z wzorowym wykonaniem zadania nie ma żadnego problemu sekcja lekkoatletyczna polskiej telewizji. Na przydział różowych okularów już wiele lat temu złożono odpowiednie zamówienie, ono wciąż jest prolongowane. Niewątpliwie w trosce o kolejne pokolenie młodych kadr. Niewątpliwie zdolnych na tyle, aby iść w konkury z dziarskimi poprzednikami.
Łącznikiem jest Edward Gierek, to za jego czasów perfekcyjnie wypracowano, a następnie realizowano propagandę sukcesu. Gierek umarł, ale propaganda ma się doskonale. Regularnie słychać to było (i niestety widać) prosto z Birmingham. Tam w każdym starcie Polaków, nawet tym najnędzniejszym, można były odnaleźć powody do optymizmu. „To co, że przepadłeś w eliminacjach (albo w półfinale)? I tak spisałeś się dzielnie, bo przecież poprawiłeś najlepszy wynik w tym sezonie”. Albo „Nie martw się, następne imprezy będą należeć do Ciebie. Ja to wiem” - snuto przepowiednię na podstawie miejsca siedemnastego, albo jeszcze dalszego.
Czy ton komentarzy mógł być inny? Przystający do faktów, a nie oparty na trawiastych przywidzeniach? Niestety, to było programowo wykluczone z racji klucza osobowego. W roli jednego z głównych sprawozdawców prezes PZLA. Jako jedna z ekspertek wiceprezeska tejże organizacji. A już speców od rozmówek nie trzeba było w niczym pouczać. Oni na czołach mieli wypisane sympatycznym atramentem, że Polska to potęga. No i że musi być O P T Y M I S T Y C Z N I E. Bo to taka odpowiedzialna misja, z której każdy dziennikarz powinien sobie zdawać sprawę. W każdym czasie, w każdym miejscu i w każdych okolicznościach. Nie da się ukryć, że z obowiązków wywiązała się ekipa przykładnie. Z jednoczesną gwarancją, iż podczas następnych jakże odpowiedzialnych prób kadra wysłanników znów nie zawiedzie. A może nawet zaskoczy całkiem nowymi pomysłami na sprowadzanie rzeczywistości do jeszcze bardziej optymistycznych wersji. Tego niestety nie da się wykluczyć.
Sugeruję jednak powrót z obłoków na ziemię. Uświadomienie sobie, również przez panów z TVP, że te osiem krążków, wyłącznie o kolorze srebrnym albo brązowym, dało Polsce w klasyfikacji medalowej niewątpliwie doskonałe, bo już 18. miejsce. Drugą lokatę zajęła Wielka Brytania (19 medali, w tym 9 złotych), trzecią Niemcy (21/6), a na czele listy zasiadły Włochy. 10 złotych, 6 srebrnych i 6 brązowych, w sumie 22 krążki. Nie bez powodu akcentuję potęgę Italii, rozpływam się w zachwytach na długodystansowym fenomenem Nadii Battocletti, wrodzoną skocznością Larissy Iapichino (akurat córką fantastycznej Fiony May) czy hartem ducha Gianmarco Tamberiego. Bo tak się niestety złożyło, że Włochom przyszło startować w żałobie. Akurat tuż przed imprezą nadeszła wiadomość, że zmarł Livio Berruti. Akurat jeden z pionierów podnoszenia akcji Italii na światowy poziom.
Możecie nie wierzyć, ale dzięki telewizorowi marki „Belweder” oglądałem czarno-białe transmisje z olimpiady w Rzymie, bodaj ostatnich igrzysk z otwartą wioską olimpijską również dla kibiców. Berruti od początku demonstrował w jak jest doskonałej formie na 200 metrów. Obowiązkowo w czarnych okularach i białych skarpetach biegał zupełnie inaczej od naszego idola, Mariana Foika. Lekko, z pełną kontrolą stawki, na poziomie wyrównania rekordu świata. Wygrał finał w cuglach, będąc ważną, choć nie najważniejszą personą zmagań na Stadio Olimpico.
Już nigdy nie zbliżył się do tego apogeum. Rok później w Palermo zagadnął go Bohdan Tomaszewski i wyraźnie zaznaczył czytelnikom, że Livio skoncentrował się na studiach chemicznych, bo w życiu naprawdę warto określać sobie priorytety. Berruti jeszcze pojechał na igrzyska do Tokio i Meksyku, ale o utrwaleniu prymatu nie było mowy. To był już całkiem inny sprinter, choć w Tokio jeszcze w światowej czołówce. I dopiero wiele lat później Italia doczekała się na tym dystansie innego herosa, nawet jeszcze lepszego niż Berruti. Nazywał się Pietro Mennea i był fenomenalny zwłaszcza w aspekcie rozgrywania finiszu, który w wykonaniu Mennei po prostu był piorunujący.
Mało kto wie, że Livio kiedyś przyjechał do naszego Krakowa. Na rewanż za Palermo, mecz Polska - Włochy. Na żużlowej bieżni urokliwego stadionu lekkoatletycznego Cracovii nie wygrał stumetrówki, a na koronnym dystansie był dopiero trzeci. Podobno odnotowano poważne usterki natury organizacyjnej, gospodarze dostali za to burę od Zygmunta Głuszka na łamach „Przeglądu Sportowego”. Jednak od strony wynikowej sprawa wyglądała imponująco, choć nie stanowiło to żadnego zaskoczenia. Potęga zdemolowała średniaka 126-85, co jednoznacznie oddawało układ sił.
Dziś mamy zupełnie inną sytuację. Zazdrościmy Italii, Wielkiej Brytanii, Niemcom, ale też niby nie możemy pojąć jakim sposobem oglądamy plecy rywalom o populacji małej w stosunku do Polski: Holandii, Norwegii, Szwajcarii… Tymczasem odpowiedź jest prosta. Oni wszyscy mają znakomicie funkcjonujący system selekcji, na bazie której wyrastają później megagwiazdy pokroju Karstena Warholma, Jakoba Ingebritsena czy Audrey Werro.
Rewanżem z naszej strony jest rzekomo znakomite przygotowanie do imprezy, co jest prawie na każdym kroku akcentowane na mecie, ale z czego najczęściej nic dobrego nie wynika. Natomiast niewątpliwie cenny kapitał stanowią pokłady optymizmu. Z zeznań TVP wprost wynika, że są niewyczerpane.
Niestety…
JERZY CIERPIATKA
PS.
Z pływackich ME w Paryżu drugie w klasyfikacji Włochy przywiozły tylko 43 medale (w tym 13 złotych). Dorobek Polski to krążki słownie dwa, na szczęście z Katarzyną Wasick na najwyższym stopniu podium. To taki pouczający suplement do tego, co zdarzyło się w Birmingham.
Bo to prawda najprawdziwsza, że „sukcesy” chadzają parami.
Jerzy Cierpiatka