Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Artykuły / Felietony / Komentarze
Z DOMIESZKĄ RETRO (57), Mundial z Krakowa (2)2026-07-02 14:30:00

Bo mózg jeszcze trzeba mieć…


Zesłaniu z niebios nadzwyczajnej łaski na Albion w dramatycznym meczu z Republiką Konga nadają niektórzy komentatorzy cokolwiek ziemski kształt. Mianowicie akcentują, że raz na kilka pokoleń rodzą się na Wyspach strzelcy o niesamowitych predylekcjach do seryjnego strzelania mundialowych goli. W 1966 takim snajperem miał być Jimmy Greaves, ale już w trakcie turnieju, brzydko to stwierdzić, jego kontuzję zdyskontował Geoff Hurst. Wskoczył do podstawowego składu, wyrzucił za burtę Argentynę, a w finale ustrzelił hat trick kosztem RFN. Niestety, z angielskiej strony barykady, to już ostatni z żyjących bohaterów niesamowitego thrillera na Wembley.


Później nastała epoka Gary’ego Linekera. Ten umiał znaleźć idealny balans pomiędzy piekielną skutecznością snajpera (nam już do przerwy zapakował trzy piłki do bramki Józefa Młynarczyka) a dosadnością powiedzeń, które równo z chwilą ich wysłania w świat przechodziły do historii. Z typową dla Linekera ironią, a przy okazji lapidarnie, Gary ujmował sedno sprawy, trafiał w istotę problemu, nie pozostawiał jakichkolwiek wątpliwości, iż autorem tych bon motów może być tylko on.


Teraz od dawna trwa panowanie Harry’ego Kane. Jak tak dalej pójdzie, ani chybi doczeka się jak Hurst tytułu szlacheckiego. Gdyby nominację czyniono akurat teraz, akcent byłby postawiony na wybitne zasługi w uratowaniu Albionu od zagłady. Bo Harry wcale nie musiał wykonać błyskawicznego manewru przy dochodzeniu do „główki” na 1-1. Ani jeszcze bardziej uporać się ze zdwojoną, choć jednocześnie wykonywaną na radar opieką kongijskich defensorów przy bramce decydującej o szczęśliwym awansie. A jednak potrafił to zrobić, bo jest napastnikiem fenomenalnym. Wartym postawienia mu pomników w Londynie i Monachium, skoro także Bayern ma Harry’emu za co dziękować.


Irek Pawlik, z którym razem pracowaliśmy w starym „Tempie”, na bieżąco wysyła mi swoje komentarze, jak zwykle bardzo ciekawe. W ostatnim z nich, tym z ostatniej nocy, skupił się na Harrym Kane, sięgając do historii II wojny światowej. I roli, jakiej w „Bitwie o Anglię” odegrały myśliwce „Spitfire” oraz „Hurricane”. Irek chyba nie pogniewa się o to, że łamiąc tajemnicę korespondencji zacytuję jedno zdanie: „A Harry Kane jest groźny jak Hurricane!" - proponuje Pawlik jakże adekwatną do sytuacji grę słów. Rewanżuję się wątkiem filmowym, tematem wręcz klasycznym. Jednym z największych arcydzieł kina na wieki pozostanie „Obywatel Kane”. Gdyby genialny reżyser Orson Welles chciał zaproponować teraz remake własnego obrazu, niezależnie od zmartwychwstania musiał obowiązkowo zmodyfikować tytuł. Obywatel kojarzy się z przeciętnością, ogółem o szarej tonacji barw. A to przecież nijak nie pasuje do Harry’ego. Obywatel? To mu wręcz uwłacza…


Coś mi dzisiaj chodzą po głowie skojarzenia filmowe. To teraz z polskiej beczki, wciąż uwielbianego „Czterdziestolatka”. „Żeby mieć zmiany w mózgu, to najpierw trzeba mieć mózg” - coś takiego rzekł inżynier Stefan Karwowski do technika Romana Maliniaka i w żadnym wypadku nie mógł go tą uwagą obrazić. Przypomniał mi się ten greps podczas meczu Belgia - Senegal, w odniesieniu do drugiej ze stron. Najpierw doskonała gra do pauzy i wyraźnie za niskie prowadzenie. Później bodaj najpiękniejsza akcja dotychczasowego mundialu. Długi, głęboko z własnej połowy, cross do Ismaili Sarra i absolutnie fenomenalne zachowanie tego snajpera w sytuacji o niewiarygodnej skali trudności. Z rywalem na karku bieg na kilkadziesiąt metrów, rewelacyjne przyjęcie piłki na pierś z jednoczesnym przygotowaniem pozycji do strzału, równocześnie optymalne zastawienie piłki i wreszcie nieuchronna egzekucja, budząca podziw nawet u kata.


I nagle ta doskonale grająca drużyna przestała myśleć. Zgodnie zresztą z idiotycznym zaleceniem wydanym z trenerskiej ławki przez Pape Thiawa. Aby obowiązkowo grać w poprzek i do tyłu, ale nigdy do przodu. To było podanie tlenu Belgom. Oni tym sposobem mogli zaangażować wszystkie siły poza bramkarzem Thibaut Courtois. Pozwolono im uwierzyć, że pozornie już przegraną sprawę jednak można uratować. Ich selekcjoner Rudi Garcia powiedział po meczu, że nigdy by się nie zdecydował na taki „manewr” i oczywiście miał rację. Senegal sam od siebie zaczął przegrywać psychologiczny aspekt sprawy i w końcu wyleciał z mundialu po karnym wzbudzającym nieliche kontrowersje. „Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”… Coś z Moliera, akurat Francuza. Idę o zakład, że kapitalnie prezentujący się w mundialu jego rodacy byliby wręcz zmuszeni przez Didiera Deschampsa, aby przy stanie 2-0 szanując piłkę raz, dwa albo i trzy stanąć nad Belgami z batem. Tak dla jasności, kto tu rozdaje karty. Od początku aż do samego końca.


Amerykanie, fetując awans do 1/8 finału, są jednocześnie wściekli na czerwonokartkowe potraktowanie Folarina Baloguna. Przyjmując do wiadomości przedterminowe odesłanie go do szatni przez sędziego pytają wprost: skoro wyrzucono Baloguna z boiska dlaczego nie spotkało to wcześniej Lionela Messiego, za bardzo podobny faul w meczu Argentyna - Algieria? I nie mogą pojąć genezy takiego stanu rzeczy. Z ust polskich adwokatów Szymona Marciniaka usłyszałem, że Balogun zaatakował ścięgno Achillesa rywala, a Messi ledwie drasnął łydkę swojego adwersarza na murawie. Wolne żarty, a raczej kpiny. Swoiście, czysto po polsku, pojęty relatywizm ocen… Gdyby sytuację odwrócić z zamianą ról, gdyby to Messi stał się ofiarą ataku, ci sami wojownicy o równość i demokrację podnosiliby larum o przykładne ukaranie algierskiego brutala.


W mym przekonaniu Amerykaninowi, ale i tak samo słynnemu Argentyńczykowi, należało się wykluczenie z boiska. Dlaczego zatem ich los jest całkiem inny?


Bo Folarin Balogun jeszcze nie nazywa się Lionel Messi. To proste, niestety…


JERZY CIERPIATKA


12.08aaaa.jpg



więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty