- To było spontaniczne zagranie. Patryk Małecki znakomicie dograł, a ja dostawiłem głowę. Szczęście dopisało, bo dotąd strzeliłem chyba jednego gola "główką" w mojej karierze – opowiadał o przesądzającym o mistrzostwie trafieniu Maor Melikson.
Izraelski pomocnik opuszczał boisko słysząc wykrzykujących jego nazwisko kibiców, którzy docenili jego wkład w 13. tytuł w historii oraz derbowe prestiżowe zwycięstwo. – Wiedzieliśmy, jak jest ono ważne dla kibiców, a zarazem co może nam przynieść. Na pewno mieliśmy na sobie sporą presję – komentował.
- Możemy się bardzo cieszyć. To prawda, że ja strzeliłem gola, ale to absolutnie nie ma znaczenia – jak zwykle skromnie nawiązywał do swoich wyczynów. Jak zdradził, taka koncepcja rzutu rożnego, po jakiej padło rozstrzygające trafienie, nie jest szlifowana podczas treningów. Wyszła ona spontanicznie, ale zarówno on jak i dogrywający Małecki wykonali ją perfekcyjnie.
Przed Wisłą jeszcze trzy mecze. Wśród nich klasyk z Legią Warszawa. – Na pewno nie odpuścimy, bo zawsze chcemy wygrywać – podkreślał. – Mistrzostwo smakuje słodko. Spełniliśmy cel, który ściągnie z nas presję.
Po derbowym zwycięstwie odbyła się krótka celebracja sukcesu. Była ona jedynie przedsmakiem prawdziwej fety po ostatnim meczu. Melikson, zapytany o wiedzę na ten temat, natychmiast rzucił: - Już czekam na to! Idziemy wtedy na Rynek!
To był jeden ze sposobów motywacji zawodników przez Roberta Maaskanta. W szatni prezentował im różne fotografie, a na ostatniej z nich byli cieszący się na Sukiennicach mistrzowie Polski…
rb