To nie on miał być bohaterem meczu Cracovii z Lechem, jego miejsce było bowiem na ławce rezerwowych. Trochę pomógł przypadek i pech kolegi, albowiem gdyby nie kontuzja Bartosza Ślusarskiego, Paweł Sasin w ogóle nie pojawiłby się na murawie. Zwycięską bramkę zdobył po 60 sekundach pobytu na boisku, czyli miał wejście smoka…
- Tak to w piłce bywa, że czasami o wszystkim decyduje przypadek – wyjaśniał nieco zaskoczony zgiełkiem panującym wokół jego osoby Sasin. Rezerwowy Cracovii nie spodziewał się, że to on będzie autorem decydującego rozdania. – To był mój pierwszy kontakt z piłką i nawet nie wiem, ile czasu przebywałem na boisku – śmieje się uszczęśliwiony zawodnik Pasów. – Radek świetnie przepuścił piłkę, więc ja tylko dopełniłem formalności. Później było gorąco pod naszą bramką, ale utrzymaliśmy zwycięstwo do końca. O sobie nie myślę w kategoriach bohatera, przecież w końcówce meczu miałem kilka niedokładnych zagrań. Było sporo niedokładności, ale udało się zagrać do ostatniej minuty na zero z tyłu. Radość moja jest wielka, cieszę się, że to mnie udało się strzelić gola, który zadecydował o trzech punktach Cracovii.
O zaskakującej metamorfozie "Pasów" Sasin niewiele ma do powiedzenia. Cała sytuacja zaskoczyła również i jego. – Trener Artur Płatek dobrze przygotował zespół od strony fizycznej, ale przyjście pana Oresta Lenczyka odmieniło nas. Nowy trener inaczej nas ustawił, no i doszedł Radek Matusiak. Ale sam nie wiem, co się stało, że teraz gramy zdecydowanie lepiej – zachodził w głowę Sasin.
Jerzy Mucha