Mariusz Ujek, który miał być żądłem GKS Belchatów i razem z Carlo Costlym uprzykrzać życie obrońcom krakowskiej Wisły w sobotnim meczu ekstraklasy komentował wydarzenia na boisku w Sosnowcu w sposób niekonwencjonalny. Sprowokował go do tych jakże oryginalnych wynurzeń reporter sportowegotempa.pl Jerzy Sasorski.
- Wisła wygrała zasłużenie i nawet planowo dla 95 procent ludzi w Polsce. Nie będę opowiadał takich banałów, jak to, że pierwsza bramka ustawiła spotkanie, że Wisła kontrolowała przebieg i strzeliła szybko drugą, że mecz się dla niej idealnie ułożył. Jak było, wszyscy widzieli - mówił Ujek.
- Ale to Pan mógł rozpocząć celne strzelanie już w 5. minucie.
- Mogłem, ale ostatnio jakoś nie kończę, ani nie rozpoczynam. Chyba, że jakąś niefartowną serię dla swojego zespołu. Mieliśmy idealną sytuację, taką, jak na stadionie Polonii Bytom, żeby otworzyć wynik spotkania, a to my dostaliśmy kuriozalną bramkę.
- Nie zgadza się Pan z sędzią Pawła Gila, który podyktował karnego za zagranie ręką Tomasza Wróbla?
- Uważam tę decyzję za kuriozalną, bo dużo było przypadku w tym rzucie karnym. Jeżeli z metra dostaje zawodnik piłką w rękę, robiąc instynktowny ruch i sędziowie ogłasząją wszem i wobec, że tego typu interpretacja nie może być traktowana jako umyślne zagranie ręką, a mówią coś zupełnie innego to ja nic nie rozumiem. W każdym razie, mówią w języku, którego ja nie znam.
- Jest Pan mocno rozżalony?
- Muszę jednak użyć określenia, którego starałem się unikać – ta bramka ustawiła spotkanie. Do tego momentu Wisła bardzo się męczyła i nie miała pomysłu na to, jak sobie z nami poradzić.
- W dziesiątkę nie byliście w stanie nic zdziałać?
- Musieliśmy włączyć liczniki, jakie mieli kolarze w Tour de France. Zaczęły nam nabijać dużo kilometrów, bo piłka krążyła od jednego wiślaka do drugiego. My chcąc myśleć o zdobyciu bramki, najpierw byliśmy zmuszeni do odebrania piłki.
- Jak się Panu grało przeciwko Arkadiuszowi Głowackiemu i Marcelo?
- Bardzo fajnie. Czasami może przesadzają, raz odczuł to Maciek Korzym. Generalnie grają twardo i po męsku, ale fair. Życzyłbym sobie walczyć z takimi obrońcami w każdym meczu.
- Z Waszym przygotowaniem fizycznym do sezonu jest wszystko w porządku?
- Tak. Gdyby było inaczej poleglibyśmy siedmioma albo ośmioma bramkami. Wisła też nie wyglądała idealnie w swoim najważniejszym meczu z Levadią Tallin. My zawodnicy wykonujemy polecenia sztabu szkoleniowego, a najgorszą rzeczą dla piłkarza jest bezsilność.
- Kiedy Bełchatów zaskoczy i zacznie wygrywać, bo jesteście przecież pod kreską - po trzech kolejkach macie zaledwie jeden punkt?
- Nie wiem, czy jesteśmy pod kreską czy już w głębokiej depresji – pół Rowu Mariańskiego. Następny mecz to na szczęście dopiero czwarty z kolei, a nie czwarty od końca rozgrywek. Nie musimy wiele rozmawiać, tylko wyjść na boisko i po prostu odnieść zwycięstwo, choć nie będzie to łatwe.
- Nie brakowało Wam ostatnio trenera Rafała Ulatowskiego, który zajamował się reprezentacją?
- Nie ma najmniejszego znaczenia, czy trener Ulatowski jest z nami czy go nie ma, bo zajęcia prowadzą przecież pozostali szkoleniowcy. Nie gramy na podwórku pod blokiem, gdzie Wiesiek woła Krzyśka, tylko w ekstraklasie.
- Trafne ma Pan riposty...
- Szkoda, że nie na boisku.
Rozmawiał: Jerzy Sasorski