Smutna wiadomość dotarła do nas w niedzielny wieczór. 15 lutego 2026 zmarł w wieku niemal 88 lat Stanisław Zapalski. Przez kilka dekad wpisywał się w piłkarski pejzaż Krakowa. Najpierw jako znany na rynku krajowym piłkarz, którego do kadry juniorów powoływał sam Kazimierz Górski. Wychowanek Nadwiślanu, stamtąd trafił do Wawelu, występował w Cracovii, następnie Unii Tarnów, Hutniku. Podczas pobytu za Wielką Wodą grał w Wiśle Chicago, Chicago Eagles i Polonii Milwaukee.
Po zakończeniu kariery zajął się trenerką, zresztą z sukcesami. Miały miejsce m.in. w Cracovii (u boku Henryka Stroniarza, gdy w 1982 Cracovia po 12 sezonach wracała do ekstraklasy), Sandecji, Okocimskim Brzesko… Nie ukrywał, że lubił ten zawód, choć wbrew pozorom wcale nie jest to łatwy kawałek chleba.
Od dawna zdrowie odmawiało Mu posłuszeństwa. W końcu całkiem wysiadło. Żal… Kto teraz tak barwnie będzie nam opowiadać o futbolu, zwłaszcza tym z dawnych lat?
Cześć Jego Pamięci
Żegnając Stanisława Zapalskiego przypominamy Jemu poświęcony artykuł opublikowany na łamach „Futbolu Małopolski”:
Znać futbol z praktyki…
W Krakowie ponoć wszędzie jest blisko. Z Miodowej na Koletek również. Przy pierwszej z tych ulic mieszkał Stanisław Zapalski, przy drugiej mieściła się siedziba Nadwiślanu. Malowniczego klubu, którego doskonała praca z narybkiem dawała przez kilka dekad piękne owoce.
Nadwiślan w swojej długiej historii wychował całą rzeszę piłkarzy, którzy reprezentowali kluby ligowe Krakowa. Ich lista jest długa i trudno. ich wszystkich wymienić. Należy wspomnieć nazwiska tych, którzy reprezentowali barwy Polski na arenie międzynarodowej Jan i Józef Kotlarczykowie, Józef Kohut, Edward i Marian Jabłońscy, Mieczysław Szczurek, Adam Michel, Marian Machowski, Andrzej Sykta, Krzysztof Hausner… Kapitalni zawodnicy, niekiedy postaci wręcz legendarne, a na dodatek reprezentanci Polski w dorosłej wersji drużyny narodowej. Staszek Zapalski (rocznik 1938) też nosił koszulkę z Białym Orłem na piersi, choć granicy między juniorem a seniorem w drużynie narodowej nie udało się sforsować.
W towarzystwie małżonki, Pani Ireny oraz zięcia - Karola Liszki (Państwo Zapalscy - za rok 60. rocznica ślubu - mają dwie córki: Jolantę i Elżbietę) siedzimy sobie ze Staszkiem w przytulnym mieszkaniu przy ul. Rydla i wspominamy stare dzieje. Odświeżeniu pamięci służy bogaty materiał zdjęciowy zgromadzony w domowym archiwum Zapalskiego.
Niemal od razu wchodzi na afisz wyjazd na Węgry, na Turniej UEFA, traktowany w 1956 roku i jeszcze długo później jako nieoficjalne mistrzostwa Europy juniorów. Drużynę prowadził sam Kazimierz Górski, a jego współpracownikiem Artur Woźniak, wiadomo że krakus. Ale bez żadnej protekcji nominacje otrzymało aż czterech krakowskich piłkarzy. Oprócz Zapalskiego byli to „wiślacy” Fryderyk Monica i Władysław Kawula oraz „pasiak” Stanisław Szymczyk. Monica i Kawula mieli wkrótce stanowić trzon defensywy „Białej Gwiazdy”. Szymczyk, którego przedwczesnej śmierci nie może Staszek przeboleć do dziś, stanowił przez wiele sezonów filar Cracovii.

Turniej UEFA na Węgrzech, przed meczem z Jugosławią (1956). Czwarty od prawej Stanisław Zapalski, w towarzystwie dwóch „wiślaków”: Fryderyka Monicy (trzeci z lewej) i Władysława Kawuli (piąty z lewej).
Kto jeszcze zyskał zaufanie Górskiego? Wspaniałym bramkarzem był Konrad Kornek (Odra Opole). Antoni Nieroba na zawsze będzie kojarzony z Ruchem Chorzów. Z kolei Roman Lentner z niezapomnianymi rajdami lewą flanką w Górniku Zabrze, gdzie z kolei niezawodną ostoją obrony był stoper Stanisław Oślizło. Do tego Zygmunt Gadecki, Helmut Nowak, Zygmunt Droździok… - kto ze starszych kibiców nie zna tych nazwisk?
Był jeszcze Bronisław Szlagowski, cokolwiek zagadkowa postać, jakby przy okazji warta przypomnienia. Wychowanek AZS Gdańsk (nie AZS Kraków, ten błąd jest wciąż powielany), później zagrał kilka meczów w barwach tamtejszej Lechi i nagle wyjechał do Niemiec. Grał przez dekadę, ale już jako Horst Schlagowski. I, zapewne przypadkowo, spowodował nagłe zakończenie kariery reprezentacyjnej przez Romana Korynta. A wszystko z powodu głośnego listu słynnego stopera do Szlagowskiego, a zwłaszcza przez zdanie, że jako reprezentant Polski otrzymuje Korynt 300 zł za wygrany mecz. Szlagowski nie dotrzymał tajemnicy korespondencji, co gorsza sprawa trafiła do niemieckiej bulwarówki, która obnażyła fikcję rzekomo amatorskiego charakteru polskiego futbolu. Skutek był taki, że Korynt już dożywotnio otrzymał szlaban na grę w narodowych barwach…
Turniej na Węgrzech zaczął się dla Polaków obiecująco, od pokonania Austriaków 3-2. Ale następny mecz, z Rumunami, został pechowo przegrany 0-1. (O dziwo wcale nie wpisał się na listę Mircea Dridea?, który później upokorzył biało-czerwonych hat trickiem na Stadionie Dziesięciolecia. Na Węgrzech przewaga po przerwie należała do Polaków, próżno domagali się podyktowania rzutu karnego, choć były ku temu podstawy. „Na pocieszenie nasi piłkarze zebrali słowa uznania ze strony fachowców, zostali także zaszczytnie wyróżnieni przez… kelnerów budapeszteńskiego hotelu „Astoria”, w którym mieszkali. Piłkarze otrzymali specjalną nagrodę za wzorowe zachowanie!” - epatowano się na łamach „Przeglądu Sportowego”.
Staszek szybko zmienił w tym meczu kontuzjowanego Lentnera, za to ostatni mecz, z Jugosławią, rozegrał w pełnym wymiarze. I niemal „na dzień dobry” rzucił piękne podanie do Droździoka, który omal wpisał się na listę. Uczynił to, wspaniałym strzałem „nożycami”, w 74. minucie, czyli krótko przed końcem zawodów, bo w tej kategorii wiekowej grano wtedy 2 x 40. Tuż przed końcowym gwizdkiem z prostego błędu jednak skwapliwie skorzystał Milan Galić i sprawa zakończyła się punktowym kompromisem. Cztery lata później Galić strzeli gola Lwowi Jaszynowi w finale ME w Paryżu…

Kadra polskich juniorów. Trzeci z prawej Stanisław Zapalski, za jego plecami Stanisław Szymczyk (drugi z prawej).
Drugie miejsce w grupie II było sporym sukcesem naszych juniorów, aczkolwiek nie wszyscy dziennikarze wierzyli w ten sukces. „Duży niepokój towarzyszył z naszej strony polskim piłkarzom juniorom, udającym się w ub. tygodniu do Budapesztu na międzynarodowy turniej o puchar FIFA. Bo to i – mimo dobrych chęci z ich strony – brak im było szybkości, płynności zagrań, celnych strzałów. A poza tym jakieś dziwne uprzedzenie wytworzyło się w nas w stosunku do nich, że nie bardzo jeszcze w ogóle umieją grać, że jadą do Budapesztu po pewne porażki” – relacjonował „Głos Sportowca”.
Zaś trener reprezentacji, Kazimierz Górski skomentował cokolwiek w swoim stylu: – „Widocznie mamy pecha, bo tylko tak można nazwać utratę bramki w ostatniej sekundzie meczu, zwłaszcza że mieliśmy w tym okresie zdecydowaną przewagę. W sumie drużyna nasza wypełniła swoje zadanie, a że są to młodzi piłkarze więc popełniają jeszcze błędy. W dzisiejszym meczu najbardziej podobali mi się Droździok, Nowak, Bieńkowski i Oślizło”. Szkoda, od niespodziewanego awansu wcale nie dzieliło wiele…

Dynamiczna szarża Stanisława Zapalskiego na stadionie Wawelu.
Kiedy zwróciłem uwagę na Zapalskiego? Wstyd przyznać, ale równo przed sześćdziesięciu laty. Po Nadwiślanie i Prokocimiu był już wtedy zawodnikiem Wawelu, z którym związał się na kilka sezonów. „Wojskowi” przegrali wtedy u siebie, na najlepszej murawie w Krakowie, z „Pasami” 2-4, ale czym wytłumaczyć, że utkwił mi w pamięci właśnie Staszek? Hm, może odpowiedź powinna być aż tak lakoniczna, jak w jednozdaniowym skwitowaniu przez Tadeusza Nalepę pytania, dlaczego król polskiego bluesa zatrudnił Marka Radulego w roli wiodącego gitarzysty? - Bo on umie grać… - podzielił się Nalepa prawdą oczywistą. Ze Staszkiem było podobnie, piłka po prostu go słuchała… W maju 1961 nadeszła pora na udział w bardzo spektakularnym widowisku. Do Krakowa zawitało Gremio Porto Alegre, brazylijskich żonglerów chciały zobaczyć tłumy. Przebieg remisowego spotkania (1-1) wprawdzie nie ukontentował najbardziej wybrednych sprawozdawców, ale i tak udział w spotkaniu sam w sobie stanowi dla Staszka powód do autentycznej satysfakcji do dziś. - Popatrz na te trybuny, głowa przy głowie. A przecież lało jak z cebra…

Reprezentacja Krakowa przed meczem z brazylijskim Gremio (1961). Piąty z lewej Stanisław Zapalski.
Przez kilka sezonów grał Zapalski w Cracovii, krócej w Hutniku, u boku trenera Mariana Tobika zasilił szeregi Unii Tarnów. Udał się, zresztą dwukrotnie, w podróż za Wielką Wodę. (Okoliczności załatwienia formalności paszportowych przy pierwszym wyjeździe zasługują na odrębną opowieść…). Grał w chicagowskich Eagles i Wiśle, była też Polonia Milwaukee. Czy jeszcze jako zawodnik widział się w roli trenera? Odpowiada bez wahania, że zawsze o tym marzył. Ba, wiedział, iż właśnie trenerka stanowić będzie przedłużenie aktywności sportowej. Bywało, że nie był aktorem pierwszego planu, na przykład w pamiętnym roku 1982. Po dwunastu latach absencji, kilku sezonach pałętania się na niskich poziomach rozgrywkowej hierarchii, Cracovia wróciła do ekstraklasy. „Kakuś” był wtedy najbliższym współpracownikiem Henryka Stroniarza, duet i oczywiście piłkarze wspólnie wygrali wtedy naprawdę dużą sprawę. Bo po całorocznych rozgrywkach „Pasy” zachowały ekstraklasowy status, choć wielu „znawców” prorokowało niechybny spadek.

Ta drużyna Cracovii wywalczyła w 1982 awans do ekstraklasy. W górnym rzędzie pierwszy z lewej trener Stanisław Zapalski.
Co oprócz satysfakcji stricte sportowej zachowało się szczególnie w pamięci Staszka? Ano wygrane derby z Wisłą, choć zaczęło się dla „Pasów” fatalnie, od gola błyskawicznie utraconego zaraz po pierwszym gwizdku… Ano wygrany proces sądowy, o charakterze prasowym, wytoczony przez Stroniarza i Zapalskiego w obronie dobrego imienia… Ano daleka wyprawa Cracovii do Hawany, nie każdemu było dane, aby choćby w myślach otrzeć się o Fidela Castro…
Na własny rachunek najbardziej cieszą Zapalskiego trenerskie sukcesy w Nowym Sączu i Brzesku. Staszka jeszcze nie było w Sandecji, gdy w 1986 dokonywał się pierwszy w historii awans klubu do II ligi. Za to dokonał tego Zapalski pięć lat później, co w Nowym Sączu do dziś jest wspominane nader ciepło. Wkrótce po tym sukcesie Sandecji znalazł się Staszek w Brzesku. I wydarzyła się tam sprawa tyle bulwersująca, co nade wszystko haniebna. Kiedyś zresztą tak opisałem tamtą historię:
Latem 1993, akurat na swe 60. urodziny, awansował do drugiej ligi Okocimski Brzesko i grał w niej aż pięć sezonów. Klub miał solidne wsparcie w miejscowym browarze, który niezależnie od rozbudowywania bazy sportowej dawał zatrudnienie wielu zawodnikom. I - jak podkreślano - zwalniano ich od obowiązków służbowych, ale wyłącznie na czas treningów... Na okoliczność upragnionego awansu Rada Nadzorcza piwnej spółki z prezesem Antonim Mietłą na czele zobowiązała się wyasygnować 2,5 miliarda złotych (na stare pieniądze), bo przecież w wyższej klasie rozgrywkowej naturalną koleją rzeczy znacznie wzrastały potrzeby drużyny.
Zanim jednak wszedł Okocimski na drugoligowy trakt - przybicie pieczęci nastąpiło wygraną z Izolatorem Boguchwała 2-0 - miały miejsce na tyle bulwersujące wydarzenia, że krakowska prasa zdecydowała się na użycie słowa „vendetta”, choć opatrzonego znakiem zapytania. Głównym rywalem Okocimskiego w wyścigu o drugą ligę była Cracovia, której barw bronili w przeszłości Stanisław Zapalski (również w charakterze trenera) i Marek Holocher (bramkarz). Obaj mieszkali i zresztą nadal mieszkają w Krakowie, do Brzeska udawali się niemal codziennie dwuletnim „maluchem” szkoleniowca. Bezpośrednio przed dwuetapową wyprawą do Jasła Zapalski „skoro świt” zszedł do samochodu, zastając bardzo nieciekawy widok: opony były pocięte, zaś karoserię gratisowo pomalowano czarną farbą. Pół godziny później zadzwonił telefon, ktoś anonimowo „życzliwy” zagroził Zapalskiemu, że jeśli odważy się zrealizować marzenia Okocimskiego o awansie - czekać mogą „Kakusia” bardzo nieciekawe rzeczy. Bo demolka samochodu to dopiero początek...
Za chwilę okazało się, że podobne groźby zostały telefonicznie przekazane również Holocherowi. Golkiper po kilkudniowym przemyśleniu sprawy stanął między słupkami w ważnym meczu przeciwko tarnowskiej Unii, ale Zapalski nie zaryzykował. - Mam 55 lat, nie chcę narażać na niebezpieczeństwo siebie, ani mojej rodziny - argumentował trener podjętą jeszcze przed awansem decyzję o rezygnacji ze stanowiska…
Ta chwilowa, bandyckimi metodami wymuszona kapitulacja, na szczęście nie zmieniła w Zapalskim przekonania, że trenerka to piękne zajęcie. Nie ma znaczenia gdzie pracujesz, tak samo ważne jest szkolenie w dużych klubach jak mniejszych. Istota dotyczy podejścia do sprawy. Przekonania, że tam czy gdzie indziej jest do spełnienia misja, której warto się poświęcić ze wszystkich sił. Chodzi też o to, aby przy patrzeniu w lustro widzieć balans pomiędzy najmądrzejszą teorią a praktyką zdobywaną przez lata całe. Staszek, akurat praktyk, jest zdania, że znajomość tematu z autopsji jest nieodzowna. Inaczej istnieje duże niebezpieczeństwo, że sprawy najlepiej będą się toczyć przy mówieniu, lecz nie w trakcie konkretnych sprawdzianów gdzieś na wysokości trenerskiej ławki.
Ale o futbolu jako takim to w ogóle uwielbia gwarzyć. Odżywają stare, niezapomniane postaci… Przez taśmę wspomnień przewijają się stare mecze, obowiązkowo przy pełnych trybunach i wrzasku kibiców, którzy wcale nie bez podstaw sami siebie obsadzali w roli ważnych aktorów piłkarskich spektakli… Widowisko ogromnie na tym zyskiwało. Wracają z oddali stare stadiony, zlokalizowane niby wciąż w tych samych miejscach, tylko że wyglądające dziś zupełnie inaczej jak kiedyś… Ciepło przypominają o swym istnieniu, albo niestety przeminięciu, dzielnicowe kluby… Otwierają się drzwi do „Fafika”, gdzie kwiat krakowskiego futbolu toczył urokliwe rozmowy o piłce jako obiekcie kultu. Wszystko to w magicznym Krakowie. Jego futbolowy czar we wspomnieniach niewątpliwie pozostał.
Ale jak jest z aktualną listą obecności?
JERZY CIERPIATKA