Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Artykuły / Felietony / Komentarze
„TEMPO”, reportaż. „Szansa”2026-06-30 18:11:00

(Reportaż Marka Latasiewicza o piłkarzu Wojciechu Ozimku wydrukowany W "Tempie" 4 października 1995 roku)


Szansa

Czy człowieka można pozbawić szansy rehabilitacji? – pyta Jerzy Kasalik, trener piłkarskiej drużyny Hutnika. – Każdy powinien mieć prawo do naprawienia tego, co zawinił. Niech pan rozejrzy się wokół siebie – mordercy księdza Popiełuszki chodzą już po ulicy, a gdzie tam porównywać okrutną zbrodnię dokonaną z premedytacją do wypadku samochodowego…


Milcząc, przyznaję rację szkoleniowcowi. Ale w głębi duszy, pewnie i Kasalikowej także, tłumiona jest jednak wątpliwość, wyrażająca się w pytaniu o adekwatność kary do win: czy za spowodowanie śmierci trzech ludzi niespełna trzy lata kryminału są wystarczającą pokutą?! Jakież ma znaczenie jakakolwiek kara, skoro ludzkiego życia nikt nie zdoła wrócić i nikt nie odda Kasi i Łukaszowi rodziców, zabranych im przez jeden nierozważny występek młodego człowieka.


Działacze Hutnika, decydując się na pozyskanie do pierwszoligowego zespołu Wojciecha Ozimka, nie chcą nawet myśleć o tym, na jaki ostrzał krytyki publicznej wystawią się w momencie wyjścia na boisko tego zawodnika.


- Dla nas najważniejsza jest sportowa strona tego transferu, to czy Ozimek będzie przydatny zespołowi, czy też nie – twierdzą. – Jeśli będzie dobrze grał, nikt mu złego słowa nie powie – dopowiadają. Stanisław Łach, dyrektor klubu, mówi wprost: - Taki piłkarz jest potrzebny naszej drużynie. Za dużo tracimy bramek, więc nadzieja w tym, że z Ozimkiem blok defensywny będzie solidniejszy.


- Ma papiery na granie – takiego samego zdania jest kierownik drużyny Michał Królikowski. – Walankiewicz ma 36 lat, niewiele mniej Kowalik, czas więc pomyśleć o kimś, kto mógłby ich zastąpić, choćby natychmiast, gdyby przytrafiła się któremuś z nich kontuzja.


Sprawa transferu Wojciecha Ozimka, niegdyś piłkarza Górnika Zabrze, a ostatnio występującego w czasie przysługujących mu przepustek w barwach trzecioligowego Górnika Wojkowice, nabrała rozgłosu, kiedy pojawił się on w nowohuckim zespole podczas niedawnego sparingu Hutnika z Cracovią. Powszechnie uznano jego występ za udany, aczkolwiek nie obeszło się bez pewnych złośliwości. Jeden z dzienników ogólnopolskich zatytułował swą relację: „Z kryminału do ekstraklasy”. O ile przyzwyczajono się do jego gry w trzecioligowym Górniku Wojkowice, to jednak okazało się, że III liga to nie to samo co ekstraklasa. Po ustaleniu z kierownictwem Górnika warunków transferu, następnym krokiem było wystąpienie do dyrekcji zakładów karnych w Wojkowicach i Ruszczy pod Krakowem o przeniesienie go do więzienia najbliższego stadionu na Suchych Stawach. Wniosek rozpatrzono pozytywnie, mając na uwadze m.in. fakt rejonizacji zakładów karnych i zameldowanie piłkarza na pobyt stały w Kielcach. Do zwolnienia warunkowego, po odbyciu 1/3 kary, potrzebna jest jednak decyzja sądu penitencjarnego, który niebawem ma rozpatrzyć apelację Ozimka.


**


Do wypadku doszło dokładnie w niedzielę, 25 października 1992 roku. Tego dnia Ozimek rozegrał w południe mecz w rezerwach Górnika Zabrze. Rywalem zabrzan była jedenastka Górala Żywiec, a swój udział w zwycięstwie miał Ozimek, zdobywając jedną z bramek. Później była odnowa biologiczna i spotkanie w klubie z kumplami przy wódeczce. Tragedia rozegrała się około godziny 18.30, kiedy to, prowadzona przez Ozimka łada samara, zjechała nagle na lewy pas jezdni, nie dając szans uniknięcia zderzenia „maluchowi”, podążającemu prawidłowo ulicą Monte Cassino. Trzy osoby zginęły na miejscu, jedynie uratowała się jadąca z rodzicami i wujkiem 11-letnia wówczas Kasia. W domu pozostał starszy od niej o rok brat Łukasz. Badania wykazały, że we krwi Ozimka znajdował się alkohol o stężeniu 2 promili. Pod zarzutem wykroczenia przeciwko art. 145. paragrafów 2. i 3. Kodeksu Karnego zatrzymano go w zabrzańskim areszcie.


**


- Niedługo po tym wydarzeniu jako asystent Henryka Apostela podjąłem pracę w Górniku Zabrze – wspomina trener Kasalik. – Byłem na miejscu wypadku, niedaleko przecież stadionu Górnika. Nie było wątpliwości, że ewidentna wina leżała po stronie Ozimka. W klubie przeklinano go, zakazując kiedykolwiek wstępu na ich obiekty. Został tam przekreślony na całe życie…


**


ozimekLatasiewicz95



Wojkowickie więzienie należy do większych zakładów karnych na Górnym Śląsku. Za murami otaczającymi pięciohektarowy obszar, wyrwany z miejscowego parku, przetrzymywanych jest ponad siedmiuset przestępców. Kilkunastu z nich odsiaduje długie, dwudziestoletnie, a nawet dłuższe wyroki. Są wśród nich mordercy, pospolici złodzieje i oszuści, ale nie brakuje też nieumyślnych sprawców ludzkich tragedii. Właśnie do grupy tych ostatnich więźniów przydzielono w styczniu 1993 roku Wojciecha Ozimka. Trafił tutaj z zabrzańskiego aresztu tuż po ogłoszeniu wyroku, skazującego go na siedem lat pozbawienia wolności. Niedługo potem niezwykłym więźniem zainteresował się Bogdan Oliwa, kierownik miejscowej trzecioligowej drużyny i zarazem jeden z bardziej liczących się sponsorów zespołu.


- Wykupiłem go z Zabrza niemal zaraz po tym jak trafił do Wojkowic – opowiada Oliwa, właściciel miejscowego zakładu kamieniarskiego. – Działacze Górnika nie robili większych przeszkód, mogę powiedzieć, że kupiłem go za niewielkie pieniądze. Podobał mi się jako zawodnik, a w Wojkowicach potrzebny był taki piłkarz.


Oliwa zatrudnił go w swojej firmie i codziennie zabierał z więzienia do pracy. Dzisiaj nie jest już tajemnicą, że Ozimek zamiast pomagać przy produkcji nagrobków, całymi dniami trenował na sąsiadującym z więzieniem stadionie. Odbywał karę o mniej zaostrzonym rygorze, więc mógł też w każdy weekend korzystać z 24-godzinnych przepustek, podczas których odwiedzał rodzinę w Kielcach.


- Pomagałem mu jak mogłem – kontynuuje Bogdan Oliwa. – Opłacałem koszty sądowe, zapłaciłem za zimowisko dzieci ofiar wypadku, zatrudniłem go w swoim zakładzie, a później kiedy zaczął grać w Wojkowicach, po meczach odwoziłem do Kielc, gdzie mieszka jego żona z kilkumiesięcznym dzieckiem. Ale z tym jego graniem wcale nie było tak prosto. Z Górnikiem nie było właściwie żadnych problemów, w przeciwieństwie do katowickiego podokręgu piłki nożnej, gdzie nie chcieli zarejestrować go do gry. To znaczy, najpierw się zgodzili, ale po jednym meczu tę zgodę cofnęli. Trzeba było pisać do ministerstwa, przekonywać naczelnika więzienia… Pyta pan, czy poniósł zasłużoną karę? Wiem, że na pewno przeszedł swoje, a to czy siedziałby trzy lata, czy dziesięć, nic by nie zmieniło. To przecież pozostanie w nim do końca życia.


Pierwszy mecz w nowym zespole rozegrał Ozimek niespełna rok po tragicznym wypadku, z końcem 1993 roku. Otrzymał wówczas zgodę więziennych władz na udział w spotkaniach Górnika wyłącznie na własnym boisku. Początkowo przyjmowano go chłodno, ale szybko zyskał sympatię miejscowych kibiców. Znacznie gorzej witano go podczas meczów wyjazdowych, na które dostał zgodę parę miesięcy później. Na stadionie Olimpii w Piekarach Śląskich usłyszał – Ozimek morderca!


- Dużo pan stracił na tym piłkarzu? – wracam do rozmowy z Oliwą.


- Wie pan, wydałem dużo pieniędzy na niego, ale nie robiłem tego dla własnego interesu, lecz po to, by mógł grać w Górniku Wojkowice.


- Teraz opuszcza ten klub z długiem wdzięczności wobec pana. Przecież to pan pierwszy wyciągnął pomocną dłoń do niego.


- Cieszę się przede wszystkim z faktu, że znowu będzie grał w pierwszej lidze… – zawiesza na chwilę głos. – No, pewnie, że trochę mi żal, że opuszcza Wojkowice, ale przede wszystkim liczy się jego przyszłość. Życzę mu jak najlepiej… Czy oczekuję jakiejś zapłaty? Skądże! Najważniejsze, żeby ustawił się w życiu, a o tym, ze będzie o mnie pamiętał, jestem święcie przekonany.


Kierownik Oliwa wyraża się o Ozimku niezwykle pochlebnie. W czasie prawie trzyletniej znajomości, piłkarz nie dał ani jednego powodu, który podważyłby zaufanie jakim go obdarzył. – To człowiek spokojny, ułożony, kulturalny – mówi stanowczo Bogdan Oliwa. – Nie ma najmniejszych ciągot do alkoholu, nawet przez ten czas jednego piwa z nim nie wypiłem…


**


Równie dobrze, wręcz ciepło, na temat Wojciecha Ozimka wypowiada się ppłk Anatol Szydłowski, naczelnik Zakładu Karnego w Wojkowicach. Pan Anatol jest gorącym sympatykiem sportu, któremu trudno zrozumieć, że ktoś może nie interesować się piłką nożną. Ale to nie jego sportowe pasje, ale względy raczej bardziej pragmatyczne, zaważyły na tym, że przed trzema laty został wybrany do zarządu Górnika Wojkowice. Najkrócej mówiąc, współpraca między sąsiadującymi ze sobą klubem sportowym i Zakładem Karnym, odbywa się z korzyścią dla obu stron. Oczywiście, abstrahując od sprawy Ozimka, który – tego nie da się ukryć – stał się prawdziwym pupilkiem pana naczelnika. Przy okazji ppłk Szydłowski dementuje pogłoskę o tym, jakoby łączyły go z kierownikiem miejscowej drużyny więzy rodzinne. Bogdana Oliwę, jak twierdzi, poznał niedawno przy okazji składania zamówienia na wykonanie rodzinnego nagrobka.


- Może to zabrzmi trochę paradoksalnie, ale ubolewam, że taki człowiek jak Wojtek Ozimek odjeżdża stąd – mówi naczelnik Szydłowski. – I mówię to z całą świadomością z pozycji najbardziej zatwardziałego klawisza, ale i długoletniego pedagoga. Po prostu, zżyłem się z tym człowiekiem i jestem przekonany, że trafił tutaj zupełnie przypadkowo. No, oczywiście nie od razu otrzymał zgodę na grę w barwach Górnika. Zanim mu ją wydałem, przeprowadziłem szczegółowy wywiad środowiskowy, sondowałem też opinię publiczną. Jednej z gazet udzieliłem nawet takiego prowokującego do dyskusji wywiadu, po którym otrzymałem wiele telefonów i listów, w zdecydowanej większości aprobujących moją decyzję, zezwalającą Ozimkowi na udział w meczach. Musi pan jednak wiedzieć, że cała odpowiedzialność za konsekwencje, wynikające z takiego postanowienia – to czy jemu w tym czasie coś by się stało, czy też on by coś narozrabiał – spadłyby na mnie. Jestem jednak przekonany, że Wojtek Ozimek zasłużył na taką pomoc. Nigdy nie słyszałem o nim choćby jednego negatywnego zdania. Jest on po prostu kolejną ofiarą tego tragicznego wypadku, jest nie tylko jego sprawcą. Ale - powtarzam to z całą odpowiedzialnością – także jego ofiarą.


Naczelnik porusza jeszcze jedną, niezmiernie ważną kwestię w tej sprawie.


- Może kiedyś nie zwracaliśmy na to uwagi, ale nie można teraz nie dostrzegać faktu, że sport, granie w piłkę także jest pewną formą wykonywania zawodu. Tak, to trudny, ciężki zawód, który w dodatku można wykonywać w krótkim czasie. A chcąc go wykonywać, trzeba nad sobą ciągle pracować. Zatem, jeślibym Ozimkowi, skazanemu na tak długą karę pozbawienia wolności, nie umożliwił trenowania i gry w zespole, jestem przekonany, że nie tylko pozbawiłbym go możliwości kiedykolwiek wykonywania tego zawodu, ale wykończyłbym go psychicznie. Po wyjściu z więzienia, jak inwalida, stałby się ciężarem dla państwa. Nawet teraz, kiedy występował w mistrzowskich meczach trzeciej ligi, nadal nie był tym samym człowiekiem jak przed wypadkiem. Na nim nadal ciąży ten wypadek, on ciągle cierpi i tego trzeba także mieć świadomość.


**


Pan Anatol na chwilę odbiega od tematu. Opowiada o swoich 35-letnich doświadczeniach w pracy w więziennictwie, o tym, że wielu z takich, do których wyciągnął rękę, zawiodło go. Tych, którzy zrewanżowali się nienagannym postepowaniem na wolności było chyba mniej. Mówi o prozaicznych, codziennych problemach, dotyczących prowadzenia dużego zakładu karnego.


– Największą porażką pozbawionego wolności człowieka jest utrata potrzeby wyjścia na wolność – twierdzi. – Niestety, są tacy w naszym zakładzie, którzy taką motywację do życia na wolności utracili. Przeciwieństwem ich jest Wojciech Ozimek. Żeby pan widział, jak on bardzo chce stąd wyjść, jak bardzo chce być z rodziną, cieszyć się wolnością. W jego przypadku nawet gra w piłkę schodzi na dalszy plan.


**


– Jakich rekomendacji udzielił pan Ozimkowi, przekazując go pod opiekę naczelnika w Ruszczy?


– Nie chciałbym mu stawiać ołtarza, ale powiem krótko, że jest to człowiek, na którym można polegać. Ozimek ma jeszcze jedną ważną cechę, wyróżniającą go spośród ludzi skazanych za podobne przestępstwa: on nie ma absolutnie żadnych ciągotek do alkoholu. To, co mu się przytrafiło było jednym fatalnym przypadkiem, za który ponosi teraz surowe konsekwencje, ale z którego również wyciągnął wnioski. To chłopak spokojny, opanowany, krytyczny wobec siebie. Mogę mówić o nim w samych superlatywach. Również jako o piłkarzu. To rasowy zawodnik – twardy, szybki, zdecydowany, o żelaznych płucach. Może grać na każdej pozycji. Jestem przekonany, że nie zawiedzie mnie.


**


Opuszczam mury więzienia, o którym naczelnik mówi, że nie przypomina ponurego kryminału. Istotnie, na rozległym terenie jest dużo zieleni, klombów kwiatowych, czystych alejek. Jest nawet boisko do gry w piłkę nożną. Sceneria prawie taka sama jak po drugiej stronie murów. Ale tylko p r a w i e  taka sama.


Kameralny stadion Górnika powstał kiedyś ze środków kopalni Millenium. Bez specjalnych wygód, ale czysty i zadbany, chociaż o stanie obiektu nie decydują już środki płynące z kopalnianej kasy, lecz w większości od prywatnych sponsorów, takich jak Bogdan Oliwa. Kiedy pojawiam się w skromnym, klubowym budyneczku, dyrektor Hutnika Kraków ma już spisaną transferową umowę w kieszeni. Żadna ze stron nie zdradza wysokości ekwiwalentu, ale z pewnością nie chodzi o zawrotną sumę. Nie ulega jednak wątpliwości, że pieniądze jak przy każdej podobnej transakcji, odgrywają i w tym przypadku istotną rolę. Jestem przekonany, że właśnie one oraz sportowa strona transferu przesłoniły kierownictwu Hutnika moralny aspekt sprawy, którego bagatelizować absolutnie nie można. Zarówno dyrektor Stanisław Łach, jak i Michał Królikowski są przekonani, że konsekwencje wynikające z pokazania na boisku Wojciecha Ozimka w stroju hutniczego klubu, nie zrodzą żadnych frustracji ani kibiców, ani też klubowego kierownictwa…


**


Piłkarz, którego codziennie można spotkać trenującego na stadionie w Nowej Hucie, nie chciał ze mną rozmawiać. – Wolałbym nic nie mówić, proszę dać mi trochę czasu – tylko tyle powiedział podczas jednych z pierwszych zajęć z nowym zespołem. Wydaje się mieć pełną świadomość tego, co może usłyszeć z trybun po każdym złym zagraniu, po tym wszystkim co nieopatrznie mógłby powiedzieć. To dla niego jedyna szansa, by wrócić do normalnego życia, szansa do rehabilitacji, w zakresie której musi być uwzględniony choćby drobny gest skierowany w kierunku osieroconych – Kasi i Łukasza. To szansa, która wprawdzie pociąga za sobą określone ryzyko, ale nie podjąć jej, to znaczy być więźniem do końca życia…


MAREK LATASIEWICZ 


Ps. Wojciech Ozimek zadebiutował w barwach Hutnika w I-ligowym meczu 23 marca 1996 roku przeciwko Legii (0-3). Otrzymał jedną z najwyższych ocen za „ofiarność w grze defensywnej i skuteczne próby neutralizacji poczynań Leszka Pisza.” 


latasiewicz_szansa95aaapoziom.jpg



więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty