Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Artykuły / Felietony / Komentarze
„TEMPO”: Wspomnienie o Aleksandrze Cichowiczu2026-06-29 09:14:00

Nie powiedzieliśmy sobie do widzenia…


Dla mnie był kimś absolutnie wyjątkowym. Swoich bliskich oceniamy nie całkiem obiektywnie. Trudno jest pogodzić się z utratą kogoś, kogo kochamy. Spotykam nadal jego przyjaciół, którzy jeszcze ciągle wspominają spędzone z nim chwile.


Zastanawiam się, na czym ta jego wyjątkowość polegała. Już jako dziecko zauważyłam, z jaką życzliwością odnosił się do innych ludzi. Obraz świata jaki mi przekazał – bardzo długo składał się tylko z przyjaciół. Dostrzegłam to dopiero wtedy, kiedy musiałam tłumaczyć mojemu synowi, że nie wszyscy są naszymi przyjaciółmi i można kogoś nie lubić. Był pewien, że każdy człowiek jest wart zainteresowania, ma prawo do szacunku i swoich przekonań i najważniejsza jest tolerancja. Kiedy naprzeciwko siebie stanie dwoje ludzi może się okazać, że lewa strona dla jednego będzie dla drugiego stroną prawą.


W dzieciństwie spędzaliśmy razem bardzo dużo czasu. Spotykał się z ogromną sympatią, której duża część spadała także na mnie. Życie całej naszej rodziny było nierozłącznie związane z jego profesją. Udawała mu się trudna sztuka pogodzenia roli ojca, męża i dziennikarza. W rezultacie przenosił sprawy zawodowe, a także pasje z nim związane do domu. Stałym rytuałem przy kolacji było wspólne czytanie tego co, kto, gdzie i jak napisał. Ten nawyk towarzyszy mi do dzisiaj. Nie mogę obojętnie przejść koło kiosku tak, żeby nie kupić choć jednego z moich ulubionych tytułów. 


Dziennikarz sportowy musi jeździć na różne imprezy sportowe. Na wielu z nich byłam razem z tatą. Zwłaszcza te, które odbywały się cyklicznie, utrwaliły się w mojej pamięci. Do szczególnych należały spływy kajakowe Dunajcem czy turnieje „O szablę Wołodyjowskiego”.


W redakcji „Tempa” poznali się moi rodzice. Tata napisał artykuł o eliminacjach do mistrzostw świata w strzelectwie sportowym. Startowała w nich moja mama. W komentarzu ojca ojca dostrzegła wiele nieścisłości. Świadczyło to o tym, że autor wziął je „z kapelusza” i nie zna tego sportu. Zaczęli od kłótni, a skończyli na małżeństwie. W efekcie tata o strzelectwie nigdy nie pisał, nawet wtedy, kiedy ja je uprawiałam. Nie mogłyśmy mu tego darować. Zainteresował się jednak tym sportem. Sam brał udział w zawodach strzeleckich dla dziennikarzy, a nawet został mistrzem Polski w strzelaniu z… procy. Działał także w zarządzie Krakowskiego Związku Strzeleckiego. Jego kpiarstwo w stosunku do siebie i innych rozbawiało nas wszystkich. Kiedyś napisał, że gdyby mógł, to chciałby mieć talent pisarski Hemingwaya i bujne loki blond. Czasem nieoczekiwanie i z dziennikarską precyzją komentował zwykłe, codzienne wydarzenia. Kiedy byłam nastolatką, jeden z moich kolegów, bojąc się gwizdania pod oknem, zaczął chrząkać. Tata przez drugie okno do niego zawołał: - Co ty, synu, wpadła ci mucha do gardła?


Dowiedział się, że zostanie dziadkiem w dwa miesiące po tym, jak leczyłam sobie zapalenie ucha u jego przyjaciela, znanego krakowskiego laryngologa. Zadzwonił do niego i zapytał się jak to zrobił, że zaglądał córce do ucha, a teraz jest w ciąży.


Starał się przekazać mi swoje fascynacje związane ze sportem. Przeszliśmy prawie wszystkie trasy w Tatrach. Posiadał także uprawnienia żeglarskie. W latach siedemdziesiątych w trakcie Olimpiady w Monachium wraz z przyjaciółmi popłynęli jachtem do Kolonii, gdzie odbywały się żeglarskie dyscypliny olimpijskie. Stan morza był bardzo zły i denerwowaliśmy się o jego zdrowie. Skwitował to po powrocie opowieścią o chorobie morskiej wszystkich poza nim, choć nie wiem czy była to prawda. Był natomiast zdziwiony brakiem zainteresowania celnika, którego musieli obudzić, żeby podbił pieczątki w paszportach, choć przypłynęli zza żelaznej kurtyny.


Wśród moich wspomnień ważną rolę zajmuje klub dziennikarzy „Pod Gruszką”. Panowała w nim specyficzna atmosfera. Dla dziennikarskich dzieci było to świetne miejsce do zabawy, gdzie nawet do bardzo ważnych ludzi mówiliśmy per ciociu i wujku.


Także dźwięk pisania na maszynie, zapach papieru i farby drukarskiej są związane ze wspomnieniami z dzieciństwa, kiedy redakcja była koło drukarni.


Dla taty ucieczką od pracy były wyjazdy w Pieniny, gdzie nawet próbował paść owce, ciesząc się brakiem telefonów. Żałuję, że nie doczekał się, żeby wnuk nazwał go dziadkiem. Mam nadzieję, że to wspomnienie zastąpi nasze pożegnanie.


KATARZYNA CICHOWICZ-BIERNACKA

30 kwietnia 1998  





więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty