Z DOMIESZKĄ RETRO (66)
Czasem warto popatrzeć na rewers
Z każdą minutą rewanżowego meczu Lecha Poznań z Aarhus GF narastało we mnie przeświadczenie pod tytułem „gdzieś to już widziałem”. Wreszcie mam… Trzeba było tylko cofnąć zegar bagatela o trzydzieści lat, zamienić reżyserów i aktorów na starą obsadę i z niecierpliwością czekać na ewentualnie podobny epilog. Gdy i ten warunek został spełniony stało się jasne, że z podobieństwem ostatniego akordu też nie będzie problemu. Tak czy inaczej, wtedy i teraz musiał wybrzmieć motyw duński. Słuchany z uwagą nawet przez tych, którym słoń nadepnął na ucho.
Zanim o Aarhus, będzie najpierw o Bröndby IF. Klub ten znalazł się jesienią 1996 w stawce Pucharu UEFA, w końcu los skojarzył Duńczyków z niemieckim Karlsruher SC. Dziś trudno w to uwierzyć, ale trzy dekady wstecz była to znakomita firma. Zdolna kiedyś do odprawienia Valencii z siedmiobramkowym bagażem. Przez dwanaście sezonów miała uznanego trenera w osobie Winfrieda Schäfera, skład też prezentował się okazale. Jak opętany dryblował rosyjski skrzydłowy Siergiej Kirjakow, przyciągający uwagę również ognistorudym kolorem włosów. Potężnym strzałem z lewej nogi dysponował Michael Tarnat. Dojrzałością taktyczną imponował Thorsten Fink. Ale absolutnie najważniejszą personą był Thomas Hässler. „Kieszonkowy” pomocnik o kapitalnym przeglądzie pola, iście podręcznikowej technice, mniej więcej przez dekadę jeden z filarów narodowej reprezentacji. Nosił pseudo „Icke”, do tej pory nie mam pojęcia co to oznacza. Za to klasy Hässlera nie zapomnę nigdy.
„Icke” jeszcze do przerwy pierwszego meczu zdrowo zaszedł za skórę gospodarzom. W odstępie kilkudziesięciu sekund dwukrotnie trafił do siatki, a jakby tego było za mało, już po zmianie stron obdarzył Seana Dundee’ego bramkową asystę. Dopiero krótko przed końcowym gwizdkiem rozmiary porażki Bröndby zmniejszył Ruben Bagger, zresztą nieuchronnym strzałem. Z 0-3 zrobiło się 1-3, ale jakie to mogło mieć znaczenie, skoro gospodarzem rewanżu miało być KSC? I tak dysponowało bardzo solidną, wydawało się całkiem bezpieczną zaliczką.
Rewanżowy mecz na Wildparkstadionie może i byłby formalnością, gdyby nie coś, co zaistniało między obiema konfrontacjami. Otóż w tzw. międzyczasie KSC grało ligowy mecz z Fortuną Düsseldorf i na wiele miesięcy straciło Hässlera, który fatalnie złamał nogę. No, ale drużyna składa się z jedenastu graczy. A kontuzje to przecież chleb powszedni futbolu, zatem…
Wiedząc o dramacie „Icke” i jego oczywistej absencji, trener Bröndby Ebbe Skovdahl mimo to nie pozostawiał sobie i drużynie żadnych złudzeń. Awizując rewanż na Wildparkstadionie stwierdził jednoznacznie, że strzelenie KSC trzech goli niestety nie wchodzi w rachubę. Wygląda na to, że Skovdahl popełnił w tej przedmeczowej zapowiedzi najbardziej radosną pomyłkę bodaj w całej karierze trenerskiej. Bowiem…
Do przerwy to akurat Duńczycy prowadzili 2-0, dzięki golom Baggera i stopera Dana Eggena. Na 3-0 dla Bröndby podwyższył jednen z głównych bohaterów finału EURO ’92, Kim Vilfort (Dania - Niemcy 2-0). A do tego dołożył dublet Peter Möller i mecz mający dla Karlsruhe stanowić formalność skończył się jego klęską 0-5! Potężny szok dla ekspertów (a może „ekspertów”, jak kto woli) i w grudniowy wieczór kubeł lodowatej wody na głowy 20 tysięcy fanów KSC. Nie da się napisać, że zagorzałych, skoro przez długie minuty drugiej połowy i wobec powiększających się rozmiarów katastrofy towarzyszył jej coraz głośniejszy, aż wreszcie przeraźliwy gwizd. Za trzy dni mieliśmy Mikołaja, nikt nie życzył sobie takiego „prezentu” od idoli Wildparkstadionu.
Teraz w sytuacji Kalsruhe znalazł się Lech, a w rolę trenera Schäfera wcielił się Niels Frederiksen. Od dawna wyznawca dobrych manier, ale tylko do wczoraj. Bo nawet duńskiemu szkoleniowcowi nie dało się zdzierżyć „popisów” Lecha w rewanżu. To był jednoznacznie żałosny występ ekipy, która dysponując trzybramkową zaliczką ani trochę nie uwzględniła okoliczności jej wypracowania. A przede wszystkim grania w Aarhus przez godzinę z przewagą jednego zawodnika. Bo to taki „drobiazg”, przecież najważniejszy jest wynik… No to teraz mamy wynik z Poznania. I Ligę Mistrzów znów z głowy, zanim zdążyła wystartować do nowych gier. Wciąż eliminacyjnych…
W pomeczowych komentarzach telewizyjnych podobała mi się postawa Grzegorza Mielcarskiego. Już nie chciał jeszcze bardziej gnębić, może nawet maltretować Lecha za występ najnormalniej kompromitujący. Mielcarski słusznie skupił uwagę na drugiej stronie medalu. Zwłaszcza że z reguły oglądamy awers (ten polski), zaś rewers (ten obcy) nie interesuje nas w ogóle. Tymczasem nawet z tak smutnego doświadczenia można się czegoś nauczyć. Akurat od Aarhus, który niby miał pełne powody, aby awans odłożyć ad acta. Tyle że tego nie chciał. Wolał wierzyć w siebie, wolał dać sobie szansę, choć teoretycznie małą, jeśli nie mikroskopijną. I doczekał się zasłużonej nagrody.
Jak kiedyś Bröndby, które krótko przed wyprawą do Karlsruhe nie sforsowało bram Champions League. Uniemożliwił to w skrajnie dramatycznych okolicznościach akurat… Widzew Łódź. Charakterologicznie z innej planety jak wczoraj raczył to zademonstrować Lech.
Cóż, takie czasy…
JERZY CIERPIATKA
Jerzy Cierpiatka