LEKCJA GIMNASTYKI (332)
Jak to na wojence ładnie…
W niezwykle trudnej sytuacji znalazły się małopolskie kluby piłkarskie grające w ekstraklasie… Stanęły bowiem przed wyborem sprowadzającym się do odpowiedzi na pytanie co lepsze: dżuma, czy cholera? Ci, którzy tak ujęli kwestię, rzecz jasna wyjaskrawili ją do zohydzenia, albowiem - jak znam życie futbolowe - realia tej rozgrywki, jej banał i małostkowość, kłują w oczy.
Terenem sporu stał się wtorkowy zjazd statutowy PZPN, a narzędziem walki głosowanie nad 68 poprawkami do obowiązującego dokumentu regulującego ustrój naszej narodowej federacji. Statut, którego korektury uzgadniano na zasadach konsensusu pomiędzy podmiotami członkowskimi PZPN, czyli wojewódzkimi związkami piłkarskimi oraz klubami ekstraklasy i I ligi okazał się zbiorem przepisów i regulacji daleko odbiegających od projektu poprzedniego statutu, który próbowano przeforsować na zjazdach w 2013 i 2014 roku. Zniknęły z niego autorytarne zapisy przekształcające związek piłkarski w sportową korporację z silnym centrum zarządzającym w postaci tzw. komisji do spraw nagłych. Komisja ta złożona z prezesa PZPN i jego zastępców, wybieranych - o zgrozo - spoza delegatów zjazdowych, miała uprawnienia ponad zarządem i zjazdem! Zrezygnowano z forsowanych idei zrównania praw wojewódzkich związków piłkarskich, co było uderzeniem w pozycje najmocniejszych sportowo i organizacyjne, takich jak małopolski, śląski, dolnośląski. Demokracja wewnątrzzwiązkowa została w pełni obroniona. Silny opór postawiony próbom narzucenia autorytarnego centralizmu zakończył się zdrowym kompromisem, po tym jak oponenci dokumentu, na czele których stała delegacja Małopolskiego Związku Piłki Nożnej, zablokowali uchwalanie zamordystycznego statutu trzy i dwa lata temu.
Mniej więcej w połowie bieżącego roku narodziła się jednak „zgoda narodowa”, której bardzo sprzyjała atmosfera sukcesów reprezentacji Adama Nawałki i widoczne pozytywne następstwa prezesury Zbigniewa Bońka, którego charyzma pozwoliła uchronić PZPN od ingerencji władz państwowych w sprawy federacji, tak częste w minionym 15-leciu, co pozwalało skupiać się na statutowych zadaniach związku, a nie latać po prokuraturach, wynajmować kancelarie adwokackie, przyjmować kontrole skarbowe, ministerialne itp. Wiem, o czym piszę, bom na własne uszy słyszał opinię byłego ministra sportu w rządzie Ewy Kopacz. Wedle jego opinii „Bońka nie da się ruszyć, bo jest za mocny i zbyt popularny; ludzie nam nie uwierzą, gdy zechcemy w niego uderzyć...!” Z drugiej strony, kadencja Bońka upływała przy stałym pogłębianiu jego wiedzy na temat rzeczywistych problemów polskiej piłki, którą dotąd znał z reprezentacyjnego i ligowego doświadczenia, mając za sobą 35 lat patrzenia na nią z lotu ptaka lądującego raz w Rzymie, raz w Warszawie. Po przeszło trzech latach sprawowania funkcji, jest o wiele bardziej kompetentnym liderem i prezesem wszystkich środowisk, porzucającym stereotypy i uprzedzenia, związane z problemami piłki amatorskiej, rolą armii społeczników, wykonujących bezinteresownie organiczną pracę u podstaw piramidy futbolowej. Boniek wyszedł z gabinetu na stołecznych Szczęśliwicach, ruszył w Polskę, poznał tych ludzi i ich dzieła, nabrał do nich szacunku, często im okazywanego.
Taki był fundament moralny i psychologiczny statutowego konsensusu, którego finałem miała być uchwała zjazdowa. Nie była, bo na jej drodze stanęła obstrukcja klubów ekstraklasy, głosujących en block przeciwko każdej poprawce, także tym, które były oczywistością i wynikały z nakazu nowej ustawy sejmowej o kulturze fizycznej i uregulowań UEFA. Ponieważ kluby przynależne do spółki Ekstraklasa mają na zjeździe 32 mandaty, a aby zapisy statutowe przeszły w głosowaniu 100 delegatów, potrzebne było tylko dwa głosy na nie, aby wniosek przepadał, nie uzyskując wymaganej większości 2/3 obecnych delegatów. A że „sojuszników” w negacji znaleziono nawet większą liczbę, ani jedna poprawka nie przeszła, zjazd zakończył się klapą!
Jest jasne, że wnoszący pod obrady dokument, czyli zarząd PZPN, ucierpiał wizerunkowo okropnie, a sam Boniek nie ukrywał zenitalnego rozdrażnienia. Jego wystąpienie, merytorycznie bez zarzutu, miało jednak nazbyt wysokie tony polemiczne, co opisuje nieodległa przyszłość. Trudno się dziwić rozczarowaniu, w sytuacji, gdy ma się do czynienia ze zgoła kuriozalną sytuacją, wedle której kluby E-SA, których prezesi (Ruch, Cracovia, Łęczna, Jagiellonia) piastują godność członka zarządu PZPN, głosują przeciw statutowi… Zniesmaczenie zwłaszcza organizatorów zjazdu, czyli władz PZPN rozmaitego szczebla, a także personelu departamentów związkowych było widoczne.
To daje mi podstawę do felietonowego znaku zapytania: czy warto było zablokować wynegocjowany, pełen ustępstw i kompromisów, liberalny do bólu pakiet poprawek do obowiązującego statutu!? Komu służyła - pytam - opozycja dla opozycji i w jaki sposób pomagała małopolskim klubom w zrealizowaniu własnych celów sportowych? Nie demonizuję tematu, ale dmucham na zimne, pytając po co nam ta wojenka, która już się właśnie zaczęła? A przecież casus 2013 roku, kiedy tarnowska Unia padła pod ciosem komisji licencyjnej i utraciła status II-ligowca za zadłużenie wobec własnych pracowników na sumę 27 tysięcy złotych, powinien dawać do zrozumienia… A pierwszy spadek Limanovii z II ligi, bo zabrakło jej 3 punktów odebranych za niedopełnienie wymogu elektronicznego uprawnienia zawodników w PZPN, nie ma statusu przykładu, z którego wyciągnąć wypada wnioski na dziś? A może piątkowy rzut karny z kapelusza, podyktowany przeciwko Cracovii w meczu z Zagłębiem przez pana Raczkowskiego z Warszawy, przy równoczesnym puszczeniu gry przy 2 rękach na polu karnym gości, to przypadkowa pointa do powyższego wywodu...?
Ryszard Niemiec