LEKCJA GIMNASTYKI (216)
Na garnuszku kapitalisty…
Jeśli wybudzony z półwiecznej śpiączki polski kapitalizm, zawodząc w wielu dziedzinach, zawiódł nas gdzieś najmocniej, to ani chybi w wyczynowym sporcie! Już parę lat po transformacji miałem okazję i zaszczyt objawić swój sceptycyzm wobec rozbudzanych na okrągło euforycznych nastrojów, związanych z jego przewidywanym, dobroczynnym mecenatem nad polskim sportem. Starłem się polemicznie z ministrem sportu dr. Stefanem Paszczykiem podczas posiedzenia sejmowej komisji sportu kadencji 1993-1997. Świętej pamięci dr Paszczyk, fachowiec, któremu dotąd nie jest w stanie dorównać żaden następca na tym urzędzie, wrócił właśnie z Hiszpanii, gdzie całkiem słusznie obwołano go architektem wielkiego triumfu reprezentacji tego kraju w igrzyskach olimpijskich Barcelona 1992. Owiany nimbem wielkiego kreatora medalowych żniw uznał, że istnieje tak wiele podobieństw pomiędzy najnowszymi losami Hiszpanii i Polski, że kwestią jedynie przestawienia zwrotnic pozostaje geneza naszych sukcesów sportowych ufundowanych nie na modelu realnego socjalizmu, jeno gospodarki wolnego rynku i liberalno-konserwatywnego ustroju politycznego. Uzasadniając słuszność wycofania się państwa z roli mecenasa sportu wyczynowego, z niezachwianą pewnością kreślił wizje wkraczania na jego miejsce prywatnych podmiotów gospodarczych, dziś zwanych biznesem.
W sejmowej nasiadówce znalazłem się na wezwanie Kazimierza Górskiego, naonczas prezesa PZPN, który uczynił z mojej skromnej osoby głównego doradcę w przewidywanej operacji szczypania przez posłów piłkarstwa, jako głównego poligonu, na którym idea komercjalizacji wyczynu sportowego miała mieć charakter pokazowy. Pan Kazimierz, mający za sobą doświadczenia z praktyką budowania potencjału wyczynowego na bazie kapitalizmu greckiego, już wtedy miał do niego całą masę zastrzeżeń i uwag. Taka była, z grubsza mówiąc, nasza wspólna obiekcja wobec miraży szczęśliwego jutra naszego piłkarstwa, które miało rozkwitnąć na bazie dobroczynnych skutków wkraczających masowo do klubów inwestorów z kręgów rodzimego kapitału. Kto chce, może sięgnąć do sejmowego archiwum i znaleźć w nim diariusz tej nasiadówki… Znajdzie w nim moją krytykę ułomności metody porównawczej zastosowanej przez ministra. Perorowałem, że mechaniczna komparatystyka polsko-hiszpańska nie ma sensu, bo ani hiszpański kapitał, ani hiszpańscy kapitaliści mają się nijak do polskich… Nasi nowobogaccy, zanim zaczną mądrze inwestować w futbolowy klub, muszą najpierw zbudować rezydencję w górach lub nad Morzem Śródziemnym, kupić jacht i taksówkę powietrzną, a żonom futra na zimę, zafundować sobie panienkę z kamerą na mieście… Dopiero potem, jak im starczy kasy, zechcą w miarę szybko odrobić te wydatki na interesie piłkarskim. Paszczyk przyjaźnie replikował, a już na koniec, przy pożegnaniu, w kuluarach, podrzucił mi ideę pilnego przyglądania się losom krakowskiego Hutnika, na tle przemian strukturalnych Kombinatu Hutniczego w Nowej Hucie. Z jego sugestii wynikała prognoza prywatyzacji Kombinatu, do którego wkroczy potężny udziałowiec-właściciel, który za jednym zamachem ogarnie opiekuńczym ramieniem znajdujący się w spirali rozpadu potężny klub.
Wyszło, niestety, na moje, albowiem Hutnik, do którego od dwu dekad nie garnie się nawet kapitalistyczny plankton, walczy o przeżycie dzięki grupie entuzjastów i ściepek do kibicowskiego kapelusza. Owszem, w jednym miał pełną rację Stefan Paszczyk… Hutę wraz z przyległościami produkcyjnymi przejął, a jakże, magnat światowej produkcji stali, bogacz nad bogacze - hinduski miliarder Arcelor Mittal. Nie dość, że grosza na klub nie dawał i nie daje, to jeszcze przegnał precz klubowy zakład remontowy, dorabiający na życie w Kombinacie! Nie pomogły interwencje, audiencje i supliki przedstawicieli lokalnych władz, polityków różnych maści; nic nie pomogło. Tymczasem gdyby sahib Mittal zechciał rzucić na Suche Stawy jedną tysięczną sumy wydanej na wesele córki, Hutnik nie musiałby dziś chodzić w żebraczej sukmanie. Kiedy się człowiek zaczyna zastanawiać nad fenomenem Nowej Huty, ze szczególnym nastawieniem na aspekty socjalne przeobrażeń, w tym casus upadku potężnej, wielosekcyjnej organizacji sportowej, całkiem niespodziewanie zaczyna się spod pachy wykłuwać - o zgrozo - melancholijna tęsknota za… Kombinatem imienia Włodzimierza Iljicza Lenina.
Żeby nie zamknąć się jedynie w krakowskim zaścianku, rozglądam się po kraju w poszukiwaniu spatologizowanego obrazu miłości naszych kapitalistów do sportu piłkarskiego… Na północy, okazuje się nie ma chętnych na przejęcie osieracanej właśnie Lechii Gdańsk. Właściciel wrocławskiego Centrum Finansowego Andrzej Kuchar - główny udziałowiec klubowej spółki, który oparł swój biznesplan na pożytkach płynących z postawienia przez państwo 40-tysięcznego stadionu, niespodziewanie wywiesił białą chorągiew. Zwija żagle, ale ktoś musi spłacić krocie stanowiące sumę pożyczki, jakiej udzielił Lechii. No, i tu jest pies pogrzebany! Pan prezes Paszczyk zapewne przewraca się na swój lewicowy bok, bo – jak się okazuje - wielkie serca polskiego kapitalizmu, czy biznesu (jak go zwał, tak go zwał), jedną komorą pompują pieniądze do klubu, drugą księgowo je odsysają, jako że cały ten interes nie jest żądną inwestycją, jeno kredytem, rzadko kiedy nieoprocentowanym. Taka jest cena, że spora liczba bogatych ludzi, dostaje w zamian bawidełko w postaci klubu piłkarskiego, który dostarcza właścicielowi niemałej satysfakcji, prestiżu i rozgłosu. Piłkarstwo, póki co, wciąż czeka na pozytywne skutki ich samozadowolenia…
Ryszard Niemiec
Ryszard Niemiec