Marcin Staniek, piłkarz Kolejarza wrócił po jednorazowym eksperymencie na prawej obronie do środka defensywy i spisał się bardzo dobrze. Po meczu z GKS-em nie był zachwycony, ale z remisu nie robił tragedii.
- Ciężki mecz i chyba sprawiedliwy remis – przyznawał obrońca Kolejarza. – Jeśli nie można wygrać,
to trzeba zremisować, jak mówi stare porzekadło. Wiadomo, że w naszej sytuacji - walki o utrzymanie - trzeba wygrywać, ale i ten punkt trzeba uszanować, bo może okazać się bardzo ważny w ostatecznym rozrachunku. Przeciwnik był do ogrania, ale w pierwszej połowie nie wszystko funkcjonowało jak należy. GKS zbyt łatwo wyprowadzał ataki, a my nie mogliśmy utrzymać piłki z przodu. Stąd zresztą roszady w składzie i wejście Witka Cichego, który nie jest w pełni zdrowy i przez ostatnie dwa tygodnie leczył kontuzję.
Marcin Staniek był bardzo blisko niefortunnej sytuacji, po której Olkowski popędził sam na bramkę Marcina Zarychty i zdobył bramkę dla katowiczan. – Strasznie sytuacyjna piłka, w sumie gol z niczego i trochę prezent dla GKS-u– przyznaje Staniek.– Futbolówka po jakimś podaniu odbiła się od Niane, Dawid Szufryn trochę się zagapił i napastnik z zimną krwią to wykorzystał. Marcin dobrze skrócił pole, ale nie miał szans na obronę.
Mecz toczył się w raczej ciężkich warunkach, które finezji nie sprzyjały. Nad Sądecczyzną przeszły dość intensywne deszcze, padało również przez większą część meczu. Marcin Staniek zdradził jednak, że lubi w Stróżach grać podczas takiej właśnie pogody. – Kiedy jest sucho, płyta jest strasznie twarda i noga boli mnie bardziej.
To w sytuacji zdrowotnej Stańka ma spore znaczenie. Piłkarz niemal od początu rundy wiosennej gra z zaleczoną kontuzją ścięgną Achillesa. – Kadra nie jest zbyt szeroka i trzeba grać, choć bez zastrzyków i tabletek się nie obejdzie – mówi obrońca. – Kontuzja jest jako tako zaleczona, ale na pełne leczenie muszę poczekać do końca sezonu.Wtedy, mam nadzieję, wrócę do pełnej formy i zdrowia, bo wiadomo, że jak człowiekowi coś dolega, to zawsze jest jakaś blokada w grze i gorzej sie czuje na boisku – kończy piłkarz.
Rafał Kamieński, Gazeta Krakowska
MAS