Koszykarze Phoenix Suns znakomicie czują się na własnym parkiecie w US Airways Center, co potwierdzili we wtorek doprowadzając do remisu 2-2 w finale Konferencji Zachodniej NBA.
"Słońca" pokonały Los Angeles Lakers 115-106, mimo iż lider rywali – Kobe Bryant – uzyskał 38 punktów, a do tego był pierwszym podającym spośród uczestników meczu.
Miejscowi potrzebowali około 14 minut, by złapać właściwy dla siebie rytm. Ponownie pomogli w tym gracze spoza wyjściowego składu - Goran Dragić, Louis Amundson, Channing Frye, Jared Dudley i Leandro Barbosa. Bilans zespołu, kiedy pozostawali w grze, wahał się pomiędzy 12-18 punktami na plusie. Przewaga została wypracowana dzięki odważnym decyzjom w kontrach, które uzupełniały penetracje Dragica.
- Byliśmy znakomici w ofensywie, ale na jeszcze większą uwagę zasługują poczynania w defensywie. Na naszą korzyść zadziałało to, że różnimy się od pozostałych drużyn ligi – podsumował trener Suns, Alvin Gentry.
Niepocieszony pozostawał Bryant, który punktował przy ekstremalnie wysokiej skuteczności. Od triple-double dzieliły go zaledwie trzy zbiórki, ale nawet to nie pozwoliło „Jeziorowcom” przełamać bariery wyniku. Po zakończeniu spotkania pojawiły się komentarze, że właśnie dyspozycja lidera przeszkodziła drużynie. W czwartej kwarcie jej akcje były zbyt schematyczne. – Nie przegraliśmy przez to, że większość piłek trafiła wtedy do mnie. Po prostu zawaliliśmy mecz w obronie – odparł Bryant.
Phoenix Suns – Los Angeles Lakers 115-106 (23-23, 41-32, 21-29, 30-22)
rb