Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Wiadomości
Z DOMIESZKĄ RETRO (70). JERZY CIERPIATKA o Niewiadomej, siatkarzach i piłkarzach2026-09-29 21:10:00 Jerzy Cierpiatka

Z DOMIESZKĄ RETRO (70)

Do szczęścia przez ból


Zadzwonił Wojciech Groborz, znakomity muzyk jazzowy. O pianistyce Buda Powella, idola Groborza, tym razem nie było nic. Gadaliśmy na inny temat, akurat quasi piłkarski, gdy Wojtek nagle spytał czy oglądam. - Ale co? - Jak to co, Montreal. Kasia Niewiadoma jedzie super.


Podziękowałem, za chwilę roztoczył się przede mną baśniowo piękny świat. Fantastyczna walka o tytuł mistrzyni świata, na przestrzeni ostatnich trzydziestu kilometrów nieustanna huśtawka nastrojów, bo sytuacja co chwila ulegała diametralnej zmianie. W końcu finisz pod dyktando Holenderki Demi Vollering. Chyba nikt w historii tak bardzo nie zasłużył na tytuł jak ona, ciężar prowadzenia stawki trzymała przez dużą część dystansu. I jeszcze potrafiła zachować siły na ostatnie metry, na nich rozstrzygnęła sprawę bezapelacyjnie.


Dla nas jednak najjaśniejszą gwiazdą była Kasia. Zrobiła wszystko co mogła. Taktycznie rozwiązała wyścig perfekcyjnie. Walkę o najcenniejszy kruszec przegrała po pasjonującej walce z kimś jeszcze lepszym. Ale w tym „srebrze” wartym wicemistrzostwa świata i tak była pokaźna domieszka „złota”. I to szczerego.


Jak wygrywać wszystko, od „A” do ”Z” pokazali kilka godzin później siatkarze. Trudno się dziwić irytacji Nikoli Grbića, że przy rozdawaniu honorów specjalnych nie uwzględniono Kamila Semeniuka czy Tomasza Fornala, ale to tylko subiektywny dodatek do pięknie funkcjonującej całości. Ile w decydującym meczu z Francją było chęci wzięcia odwetu za Paryż i porażkę w finałowej rozgrywce z gospodarzami igrzysk? Nie jesteśmy w stanie tego zmierzyć, odpowiedź znają tylko podopieczni Grbića. Pewne jest natomiast, że zemsta była okrutna. Wprawdzie z jednym oddanym setem, za to po bezlitosnym przybiciu pieczęci w secie czwartym, ostatnim. Coś wspaniałego…


I do tego jeszcze styl sięgania po laury przez Kasię Niewiadomą-Phinney i arcymistrzów podejmowania optymalnych decyzji pod siatką… Na styl zawsze zwracam uwagę, niezależnie od takiego czy innego epilogu. Nawet jeśli się przegra, jak Niewiadoma, to przecież naprawdę warto zostawić coś po sobie teraz, albo w zakamarkach pamięci. Te dwa piękne sukcesy przypomniały mi pewien cudowny wrześniowy weekend z 1973 roku. Gdy kapitalną ucieczką w Barcelonie, przy wyśmienitej współpracy ze Stanisławem Szozdą, sięgał po tęczową koszulkę niezapomniany Ryszard Szurkowski.


A nazajutrz jeszcze jedna wolta, wywinięta na chorzowskim torze przez Jerzego Szczakiela. Zaskoczył wszystkich, włącznie z Janem Ciszewskim, który w telewizyjnym studiu po finale mistrzostw świata rozmawiał przede wszystkim z Zenonem Plechem. Bo on, ostatecznie trzeci, był pasowany na pogromcę Ivana Maugera. Uczynił to jednak Szczakiel, o czym „Cis” jakby zapomniał. Zapłacił za to kilkutygodniowym odstawieniem od „sitka”. Aż Polska mu wybaczyła, bo zbliżał się istny horror na Wembley.


Niestety, sobota i niedziela mają to do siebie, że przed nimi jest piątek. A jeszcze później poniedziałek. Czyli pora skazywania na katusze miłośników polskiego futbolu. To wielomilionowa rzesza masochistów, którym ból współuczestniczenia w „widowiskach” z udziałem reprezentacji najwyraźniej musi sprawiać przyjemność. Zdecydowana większość, łącznie ze mną, katuje się przed telewizorami. Ci najbardziej wytrwali i jednocześnie niepoprawnie naiwni wypełniają widownię Narodowego święcie wierząc, że za chwilę, choć niestety bez udziału Ryszarda Serafinowicza, rozpocznie się wielka gra. Zamiast głównej nagrody wręczanej przez mecenasa Stefana Cichosza mają zagwarantowane kolejne odarcie ze złudzeń. Nawet jeśli po drugiej stronie barykady ustawia się co najwyżej średniak w postaci Bośni i Hercegowiny.


Ersatzem na kolejne niepowodzenie, w tym przypadku równoważne z totalną kompromitacją, jest szeroko rozwinięta akcja pocieszanek. Że po słabej (a de facto beznadziejnej) pierwszej połowie w drugiej już było znacznie lepiej. Że byliśmy bliscy zwycięstwa. Że pokazały się nowe twarze, a istotnie dobrze prezentujący się Wiktor Nowak ma papiery na granie. Warto jednak pamiętać, że to samo mówiliśmy o Kacprze Urbańskim jakieś dwa lata temu… Że gdyby Jakub Kiwior w chwili ogłaszania składu ustawił się w kolejce za Przemysławem Frankowskim, już do pauzy mielibyśmy znacznie ciekawszy obraz reprezentacji. Że gdyby „Lewy” trafił w piłkę (a nie trafił) pokonanie Bośniaków stałoby się faktem. Do pełni szczęścia brakuje tylko, aby to był fakt autentyczny.


Wczoraj w Sztokholmie dopisano suplement do tego, co wydarzyło się na wiosnę. Na przykład jak kryć powietrze, a nie Viktora Gyökeresa przy golu na 3-1. I jak traktować w kategoriach skarbu narodowego kwadrans, a może całe dwadzieścia minut przyzwoitej gry. Otóż z takim pensum pracy można pokazywać się co najwyżej na peryferiach Europy, a nie upominać się o miejsce na jej salonach. Zwłaszcza, gdy ma się na to całe pięć minut, które otrzymał Robert Lewandowski. Po jaką cholerę został wpuszczony na boisko? Czyżby chodziło o zainkasowanie żółtej kartki? Nie wiem, tak czy inaczej decyzja o daniu „Lewemu” tak zwanej szansy była kompletnie bez sensu. Niech uszczęśliwia „polonusów” w Chicago.


Identycznie do bani ma się sprawa z wiarą w Jana Urbana. Sam wierzyłem, że w końcu to właśnie on zasadniczo zmieni beznadziejny obraz drużyny narodowej. Niestety, ona gra znacznie gorzej niż przy obejmowaniu posady przez Urbana. I przed tym zarzutem selekcjoner nie ma szans się obronić. A mnie, niestety, ustawia poniekąd w tym samym szeregu co przywołane powyżej tłumy masochistów. Bo sam skazałem się na ból.


Zacząłem od telefonu i na nim skończę. Wygląda bowiem na to, że w polskim futbolu to sprzęt niezbędny. Można nim zadzwonić do sędziego, aby podmiotowo poszerzyć jego wiedzę o zagrożonych żółtymi kartkami. Albo komórką podobno nagrać prezesa przy cokolwiek chybotliwym stawianiu kroków w drodze do pokoju. Wachlarz stosowanych środków dopuszcza jeszcze inną możliwość. Aby z tego urządzenia, używanego akurat przez kogoś z najbliższego otoczenia prezesa, jeszcze kto inny skasował film, który mógłby stanowić kłopotliwy delikt.


Tu jesteśmy na chwilę przed wizytą Rumunów… W przypadku pokonania ich pewnikiem usłyszymy, że drużyna objawiła charakter, bo umiała się podnieść. To przecież w futbolu najtrudniejsze.


A wtedy masochistów bankowo przybędzie. Jakby ich w ogóle było mało.


JERZY CIERPIATKA


Jerzy Cierpiatka
siamme26polska.jpg



więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty