Bieżanowianka Kraków - Sokół Kocmyrzów 1-6 (0-3)
0-1 Zawrzykraj 1
0-2 Wąs 12
0-3 Zazwrzykraj 25
1-3 Łukawski 55
1-4 Łach 75
1-5 Wąs 78
1-6 Zawrzykraj 85
Sędziował Sławomir Bucki.
BIEŻANOWIANKA: Banasik - Bieda, Spolitakiewicz, Kukla, Woźniak - Boratyński, Sosnowski, Kącki (46 Nawratil), Moroński - Szumny (81 Kozak), Łukawski (75 Miłosz).
SOKÓŁ: Zbroja - P.Kopyść, O. Rudziński, D. Kałkus (85 Gerhardt), Piątek, Łac, Sado, Brak (86 Marczykiewicz), M. Rudziński (70 P. Kałkus), Wąs, Zawrzykraj.
- Obiecywałem niedawno w wypowiedzi dla portalu sportowetempa.pl walkę, a tymczasem dziś w pierwszej połowie tej walki z naszej strony nie było - mówi Tomasz Polak, trener Bieżanowianki. - W przerwie użyłem w szatni tylu niecenzuralnych słów, że aż mi wstyd! Po przerwie już było lepiej, mieliśmy w sumie tyle okazji, że przy stuprocentowej skuteczności mogliśmy ten mecz... zremisować, a nawet wygrać. W sumie jednak Sokół był oczywiście lepszy, też mógł strzelić więcej bramek. Brakowało nam dwóch podstawowych rozgrywających - Maca i Grocholi, którzy pauzowali za kartki. Bez nich nasza młodzież nie dała rady, ale i tak jestem z nich dumny, bo stworzyli naprawdę dużo sytuacji.
Honorowy gol dla Bieżanowianki padł po przerwie. Lewą stroną pociągnął Boratyński, dograł do Łukawskiego, a ten z bliska strzelił do siatki. Przez parę minut krakowianie osiągnęli przewagę, Bieda trafił w poprzeczkę, ale zaraz poszła kontra gości, padła czwarta bramka... - I było po robocie... - mówi trener Polak.
rst