A tak dobrze się zaczęło...
MOSiR Unia Oświęcim - BKS Bochnia 1-2 (1-1)
1-0 Górkiewicz 1
1-1 Klesiewicz 31
1-2 Dobranowski 43
Sędziowali: Maciej Pytlowski z Zatora oraz Zbigniew Walus z Grojca i Łukasz Łabaj z Oświęcimia. Żółta kartka: Pawłowski.
MOSiR UNIA: Taborski - Chowaniec (50 Kleczkowski), Kajfasz, Sporysz, Zięcina - Głowacki, Górkiewicz (41 Bendarczyk), Pawłowski (50 Hałat), Góra - Łach, Semik (64 Rokowski).
BOCHNIA: Kolanowski - Bujak, Krawczyk, Gajewski, Łącki (56 Niedziałek), Kosiarski, Lewicki, Dobranowski, Szymański - Adamczyk, Klesiewicz.
Rozpoczęło się doskonale dla miejscowych, ale przy zdobytej dla nich bramce "zaiskrzyło". Nie minęła minuta, a szarżujący Górkiewicz zderzył się na 14. metrze z Kolanowskim. Bramkarz gości padł, a oświęcimianin szybko zabrał się z piłką, posyłając ją do pustej bramki. Sędzia podbiegł do wijącego się z bólu zawodnika, ale ręką pokazał w stronę środka boiska. Goście odczytali ten gest, że otrzymują wolnego, tymczasem po udzieleniu pomocy poszkodowanemu, rozjemca nakazał rozpoczęcie gry od środka boiska.
- Co jest?! Panie sędzio! Przecież zawodnik rywali "władował" się w naszego bramkarza! Jakim prawem uznaje się bramkę, skoro w ogóle nie zamierzał zagrać piłki? - gardłował z ławki mocno poirytowany Witold Leo, trener bochnian.
- To było przypadkowe zderzenie bramkarza z atakującym zawodnikiem - tłumaczył prowadzący zawody Maciej Pytlowski. - Atakujący zawodnik zagrał najpierw piłkę, a potem trafił do siatki. Poza tym, golkiper nie znajdował się w polu bramkowym, tylko zapuścił się pod linię "szesnastki", więc brał udział w grze jak zawodnik z pola - dodał arbiter.
Oświęcimianie starali się iść za ciosem, ale Łach minimalnie spalił dobrze zapowiadającą się akcję (10 min), a Pawłowski uderzył nad bramką po akcji Góry (20 min).
Pierwszą groźną pozycję goście przeprowadzili w 21. minucie, ale Dobranowskiemu zabrakło szczęścia.
W odpowiedzi Góra źle rozegrał sytuację sam na sam (28 min), a po chwili, po drugiej stronie, lewą stroną przedarł się Krawczyk, lecz Dobranowskiemu zabrakło kilku centymetrów, by wepchnąć piłkę do siatki z 5 metrów (30 min).
Jednak minutę później był już remis, bo Klesiewicz, po wymanewrowaniu obrońców na lewej stronie, strzałem po "długim" rogu zmusił Taborskiego do kapitulacji.
Z kolei w 40. minucie Dobranowski miał doskonałą okazję do wpisania się na listę strzelców, lecz uderzył obok "okienka".
Co się jednak odwlecze, to nie uciecze, bo zaraz po przerwie Dobranowski z bliska wpakował piłkę do siatki.
Miejscowi szukali remisu, ale jedną z ich nielicznych akcji zmarnował Góra (50 min).
Z kolei goście z czasem całkowicie opanowali sytuację na boisku, a doskonałą okazję zmarnował Dobranowski, któremu zabrakło niewiele, by skończyć akcję Krawczyka.
- Nasze zwycięstwo było jak najbardziej zasłużone - ocenił Witold Leo. - Pod koniec pierwszej części przejęliśmy inicjatywę, dochodziliśmy do pozycji bramkowych, więc zwycięski gol po zmianie stron wydawał się być tylko kwestią czasu - dodał.
- Zastanawiam się, kiedy wyjdziemy w tyłach na zero - westchnął po meczu Jacek Pędrys, trener Unii. - Niczego nie wnieśli zmiennicy. Jak można było przegrać mecz, który tak dobrze się dla nas rozpoczął, ech...
(ADI)