Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Flesh z kraju i ze świata
Z DOMIESZKĄ RETRO (69). JERZY CIERPIATKA o Ultimate Championship2026-09-17 09:57:00 Jerzy Cierpiatka

Z DOMIESZKĄ RETRO (69)

Weekend w Budapeszcie


Równo 50 lat po triumfie w Montrealu Jacek Wszoła niestety nie zachowuje olimpijskiej formy. Oczywiście już nie w roli światowego formatu skoczka wzwyż, a jako komentator zmagań lekkoatletycznych. Kiedyś bez wątpienia zasługiwał Wszoła na złoty medal. Teraz spełnia wszelkie wymogi, aby wejść w posiadanie mikrofonu. Niestety, tylko i wyłącznie drewnianego.


Ciężko mi się pisze te słowa, bowiem byłem przed laty autentycznie zafascynowany olimpijskimi dokonaniami Jacka Wszoły. Jego umiejętnościami i duchem walki. Kto wierzył w spełnienie snu o montrealskim „złocie”? Bardzo niewielu, choć Wszoła już przed odlotem do Kanady wdarł się do czołówki. Znam jedną taką osobę, która wiedziona intuicją widziała Polaka na najwyższym stopniu podium. To mój kumpel ze starych Dębnik, Janusz Jodłowski. „Zobaczysz, on to może wygrać” - ufał w wolę walki Wszoły. I pan Jacek wygrał, jakby robił sobie nic z ulewnego deszczu. Może nucił sobie pod nosem „Singin' in the Rain”? Jeśli tak, to tym bardziej wygrał śpiewająco. I mógł wymownie patrzyć w kierunku Grega Joya, a zwłaszcza widzianego w roli głównego faworyta - Dwighta Stonesa. Bo Kanadyjczyk i Amerykanin poradzili sobie z deszczem znacznie gorzej od Wszoły.


Po Montrealu była Moskwa. Start zakończony srebrnym medalem, co pan Jacek może nawet do tej pory uznaje za porażkę. Czy ma rację? Myślę inaczej. Że Wszoła znów był najlepszy, tylko przegrał z enerdowską „szprycą” aplikowaną na potęgę prawie każdemu, a może i wszystkim lekkoatletom z napisem „DDR” na niebieskich koszulkach. Walka Wszoły z Gerdem Wessigiem była pasjonująca, przy dwukrotnym poprawianiu przez Polaka rekordu olimpijskiego.


Tyle że na Wessiga to było za mało. Bo on przeskoczył rekord świata. I to był bodaj jedyny godny zapamiętania wyczyn Gerda w całej karierze. Nikt go nie złapał na dopingu. Za to każdy wiedział, że to niedozwolone wspomaganie uczyniło z Wessiga mistrzem. Złośliwcy dopowiadali z przekąsem, że Gerd osobiście musiał znać się na rzeczy z dobieraniem „menu”. Był z zawodu kucharzem.


W roli komentatora idzie Jackowi Wszole zdecydowanie gorzej. Tak jest od dawna, a trzydniowe relacjonowanie budapeszteńskich „World Athletics Ultimate Championship” skazywało telewidzów na katusze. Co chwila przepraszanie za pomyłki, podawanie błędnych informacji, snucie opowiastek w trakcie udzielania wywiadów przez triumfatorów, zaniki pamięci w odniesieniu do personaliów megagwiazd (Julien Alfred…) plus brak potoczystości wypowiedzi - to wszystko złożyło się na obraz fatalny. Dawne zasługi zderzają się u Wszoły z czymś, co powinno być oczywiste: że będąc kiedyś wspaniałym lekkoatletą można kompletnie nie nadawać się na komentatora dyscypliny, na której zjadło się zęby. Po prostu…


W jednym zgadzam się z Jackiem Wszołą całkowicie. Że narzucony przez światową federację wymóg startu uczestników „Ultimate” w barwach narodowych pozwolił przywrócić komfort oglądania imprezy doprawdy pasjonującej. W przeciwieństwie do mityngów, z „Diamentową Ligą” włącznie, nie było żadnych problemów z rozróżnianiem zawodników. Słowem inny, można rzec stary, świat… Polacy, zaskoczenie to żadne, niestety stanowili tło. Wszak z jednym chwalebnym wyjątkiem.


Serce rosło, gdy w kapitalnym stylu i bez żadnych niedomówień, na dodatek w znakomitym czasie, Klaudia Kazimierska wygrywała bieg na półtora kilometra. Na podstawie wcześniejszych biegów, zwłaszcza tych w Birmingham i Brukseli, można się było spodziewać, że Kazimierska będzie się liczyć w stawce. Ale że wygra „Ultimate” bez żadnych wątpliwości, przy bezdyskusyjnym pozbawieniu reszty stawki jakichkolwiek szans? Rewelacja…


Warto składać modły dziękczynne w intencji dalszego dokonywania przez Klaudię właściwych wyborów w sprawach o kluczowym znaczeniu. Bo nie ma żadnego przypadku, że radość biegania i mocną nadwątloną wiarę w siebie odzyskała Kazimierska dzięki wyjazdowi do Stanów Zjednoczonych. Tam to potrafią… Zachodzi podejrzenie graniczące z systemową pewnością, że brak podjęcia takiej decyzji spowodowałby nad Wisłą to co zwykle. Jeszcze jedną dyskusję o zmarnowanych talentach.


Impreza w Budapeszcie ostatecznie obroniła się, choć po pierwszym dniu nie brakowało opinii mocno krytycznych. Miały one różne podłoże. Mnie na przykład irytowała bardzo agresywna scenografia, jaskrawa gra świateł tudzież skracanie przebiegu konkurencji technicznych w trakcie ich trwania o najsłabszych uczestników. Choć i tak były do dyspozycji maksymalnie cztery próby. Cokolwiek zbyt wyostrzone kryteria… Później jednak było coraz lepiej, dwa kolejne dni upływały pod znakiem ciągle rosnących emocji. Jak w dobrym kryminale…


Frapującym zwieńczeniem całości okazały się obie dwustumetrówki. Spięły klamrą znakomite starty lekkoatletów USA, którzy przez trzy dni deklasowali resztę świata. Zachwycił Kenny Bednarek, a już wszystkich rzuciła na kolana Melissa Jefferson-Wooden. Nie dało się lepiej ukontentować obecnych na trybunach rodziców. Do poprawienia kosmicznego rekordu Florence Griffith-Joyner brakuje już tylko trzynastu setnych sekundy, choć wydawało się, że to rekord na wieki całe…


Osobną kwestią była oprawa muzyczna. A ściślej pozasportowe wyczyny Armanda Duplantisa. „Mondo” jest fenomenalny nad tyczką i jednocześnie naturalnie sympatyczny. Wszystko jest super, poza jednym. Popisami wokalnymi, które nie każdemu muszą odpowiadać. Przede wszystkim klimatem. W tym miejscu zatem staję w jednym szeregu z Jackiem Wszołą, któremu również średnio przypadły do gustu natrętne motywy i rytmy produkcji Duplantisa. Jakby wedle stuhrowskiego hasła, że śpiewać każdy może.


Na szczęście nie ma pewności, że ten kontrowersyjny dla melomanów pomysł na stałe wejdzie do lekkoatletycznego kalendarza. Co innego z następnymi rekordami tyczkarza z zupełnie innej planety.


JERZY CIERPIATKA


Jerzy Cierpiatka
laduplantisaaa.jpg



więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty