Miami Heat ograło Chicago Bulls 101-93 i prowadzi 3-1 w finałach Konferencji Wschodniej. – To moja wina. Miałem dwie okazje, by postawić kropkę nad „i” – skomentował porażkę MVP regularnej części sezonu, Derrick Rose.
Uzyskał 23 punkty, poprzez co był pierwszym rzucającym swojej drużyny, ale jego skuteczność pozostawiała wiele do życzenia. Trafił tylko 1-9 prób za trzy, a z gry 8-27. Po 20 punktów zdobyli Luol Deng i Carlos Boozer. O ile przez 48 minut toczyła się wyrównana walka, to w trakcie dodatkowych pięciu minut miażdżącą przewagę uzyskało Miami.
Jego liderzy, mimo choćby popisów Lebrona Jamesa (35 punktów), wcale nie rzucali na kolana, a różnicę zrobili popisujący się pewną ręką na dystansie rezerwowi – Mario Chalmers i Mike Miller. Co ciekawe, spośród graczy wyjściowej piątki tylko Chris Bosh pozostawał na dodatnim bilansie w zestawieniu „+/-”.
Teraz rywalizacja wraca do Chicago, gdzie „Byki” będą musiały wygrać, by podtrzymać marzenia o ligowym finale. Tymczasem jego pierwszego uczestnika możemy poznać w nocy z środy na czwartek, kiedy odbędzie się mecz numer pięć pomiędzy Dallas Mavericks a Oklahomą City Thunder.
rb