Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Sportowa Małopolska
Osiem dekad Irka Adamusa2026-10-30 14:13:00

Dla ludzi urodzonych 17 października szans na uchronienie się przed futbolem nie ma żadnych. Przesądza pamięć o Wembley, tym z jesieni 1973, kiedy „zwycięski remis” 1-1 z Anglikami utorował „Orłom” Kazimierza Górskiego drogę do mundialu. Ireneusz Adamus obchodził 17 października ’73 dwudzieste siódme urodziny. Jeszcze dziś, już z pozycji 80-latka, nie zmienia zdania. Że nie mógł wtedy otrzymać bardziej cennego upominku…


Składając Jubilatowi najlepsze życzenia, przede wszystkim zdrowia, z niewielkimi zmianami przypominamy tekst zamieszczony przed laty na łamach „Futbolu Małopolski”.


Ireneusz Adamus:

Na muszce Majcher, Kostka, Tomaszewski...


Urodził się zaraz po wojnie w Kielcach, krótko po założeniu Partyzanta. W czasach formowania się władzy ludowej zmiany nazw klubowych stały na porządku dziennym. W apogeum stalinowskiej ingerencji również w struktury sportowe Partyzanta przemianowano na Gwardię, później na krótko wrócił na afisz, od 1958 klub działał jako Błękitni. Aż do roku 2000, kiedy świeczka zgasła. Zanim to nastąpiło, Błękitni byli klubem wielosekcyjnym. Asem atutowym sekcji bokserskiej był niezapomniany „Czarodziej ringu”, niestety już zmarły Leszek Drogosz. Ale Witold Stachurski, Sławomir Zapart czy Stanisław Łakomiec też mieli czym się pochwalić. Wizytówką sekcji judo była Beata Maksymow. Piłkarze grali na stadionie przy ul. Ściegiennego, zbudowanym jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym. W 1967 rozegrano na nim finał Pucharu Polski, w którym Wisła Kraków pokonała po dogrywce Raków Częstochowa 2-0. Nasz bohater był wówczas jeszcze graczem Błękitnych, ale wkrótce przywdział koszulkę z „Białą Gwiazdą”.


Egzamin już zdałeś...

Ireneusz Adamus: - W Błękitnych szło mi na tyle dobrze, iż zostałem królem strzelców III ligi, choć konkurencja była mocna. Mecze z Rakowem czy Górnikiem Wojkowice nie należały do łatwych. Z grona starszych kolegów niewątpliwie największym dorobkiem mógł się poszczycić Hubert Pala. Był olimpijczykiem z Rzymu ’60, przez wiele sezonów regularnie grywał w podstawowym składzie Ruchu Chorzów, a w Kielcach akurat kończył bogatą karierę. Wiele mogłem się od Pali nauczyć, natomiast niewiele zabrakło, aby właśnie Hubert wyznaczył kierunek przenosin. Skończyłem szkołę średnią, chciałem się kształcić. Pala rzucił temat oczywiście w Chorzowie, gdzie Ruch wprawdzie miał do dyspozycji takich asów jak Eugeniusz Faber, Bronisław Bula, Zygmunt Maszczyk, Antoni Piechniczek czy Józef Gomoluch, ale szukał następcy lewego łącznika, którym był już nieco wiekowy świetny snajper Edward Herman. Nawet zagrałem mecz testowy i zebrałem pochlebne recenzje. Problemem były studia, upierałem się przy ich dziennym charakterze. Wezwał mnie do gabinetu wszechmocny prezes Ruchu, minister Ryszard Trzcionka i gdy dowiedział się o czekających egzaminach wstępnych jednoznacznie orzekł (w imieniu komisji, która jeszcze nie zdążyła się zebrać), że już zdałem… Ale Ruch nie chciał się zgodzić na studia dzienne, za to Wisła nie oponowała.


Rola zaprawy lekkoatletycznej

Decydujący głos zabrała ówczesna narzeczona, a później żona - Ewa. Wskazała na Kraków, poszedłem na politechnikę. Tam „przysłużył” mi się jeden z pracowników naukowych, w cywilu zagorzały kibic Cracovii. Po czterech semestrach przeniosłem się na AGH, na metalurgię. Równoległym torem do nauki toczyła się kariera sportowa. Miałem w dorobku nominacje do reprezentacji Polski juniorów, w kadrze Władysława Stiasnego znajdowali się m. in. słynny z późniejszego gola na Wembley Jan Domarski, Władysław Szaryński, Tadeusz Kotlarczyk, Stefan Kliński, Henryk Jałocha. W Wiśle dobiegała końca praca Czesława Skoraczyńskiego. Zmienił go Mieczysław Gracz, „Messu” był prawdziwym naturszczykiem w zawodzie. Po Graczu pojawił się Węgier Gyula Teleky, a już pod koniec pobytu w Wiśle znalazłem się pod kuratelą Michała Matyasa. Właśnie w Wiśle zdałem sobie sprawę jak istotne znaczenie odgrywa dla piłkarza odpowiednie przygotowanie lekkoatletyczne. Te zajęcia kapitalnie prowadzili Maciej Bieda i Władysław Wątroba, to byli prawdziwi spece…


Z najwyższej półki

W meczach pierwszoligowych Adamus powiększył konto Wisły niby tylko o sześć trafień, ale wartością samą w sobie było, że zmuszał do kapitulacji bramkarzy akurat z najwyższej półki. To Stanisław Majcher (Stal Rzeszów), Hubert Kostka (Górnik Zabrze) i Jan Tomaszewski (Śląsk Wrocław). Kostka ma w dorobku złoty medal olimpijski, Tomaszewski - srebrny medal mistrzostw świata, fantastycznie sprawny Majcher też był znakomitością między słupkami. Filar rzeszowskiej drużyny, zaś pod koniec kariery konkurent Zygmunta Kukli w rosnącej w autentyczną potęgę Stali Mielec, w odstępie ledwie kilku miesięcy miał nader konkretne powody do przeklinania snajperskich umiejętności Adamusa.


Wzdychanie Trampisza

Pod koniec sezonu 1968/69 Wisła okrutnie potraktowała Stal na jej boisku, wygrywając do wiwatu 4-0. Irek ustrzelił w tym meczu efektowny hat trick, przedzielony golem brylantowego technika na lewym skrzydle, był nim Hubert Skupnik. Przy zdobywaniu dwóch bramek asystował Czesław Studnicki, zaś trenujący wówczas Stal inż. Kazimierz Trampisz wzdychał po meczu, że nikt nie przypuszczał, iż Wiśle „wyjdzie” aż tak doskonały mecz. Zaraz po rozpoczęciu nowego sezonu „Biała Gwiazda” znów pojechała nad Wisłok i Adamus ponownie wystąpił w znaczącej roli. Tym razem trafił na 3-1, a ryzykowny wybieg Majchra nie był w stanie uratować sytuacji.


Coś z Hitchcocka

Ostatecznie skończyło się wygraną Wisły 3-2, co oznaczało kopię zwycięstwa we Wrocławiu rok wcześniej. Śląsk miał w składzie Lesława Ćmikiewicza, zaś w roli ostatniej instancji Tomaszewskiego. We Wrocławiu do dziś utrzymują najstarsi kibice, że scenariusz thrillera pisał osobiście Alfred Hitchcock, ani chybi… Do 79. minuty gospodarze prowadzili 1-0, ale ten układ runął w ciągu ledwie trzech minut. Uczynili to wspomniany już Studnicki i Krzysztof Hausner, lecz inspiratorem był Adamus, który po kornerze egzekwowanym przez Hausnera zaskoczył głową Tomaszewskiego i zrobiło się 1-1.


Zdjęcie na okładce

Wreszcie Kostka… Słynny bramkarz Górnika był testowany przez Irka strzałami z dystansu, a przy objęciu prowadzenia przez Wisłę skorzystał z popełnienia błędu przez stopera, który mylił się niezmiernie rzadko: Stanisława Oślizły. Górnik jednak ostatecznie wziął górę (3-1), co za czasów potężnej drużyny Gezy Kalocsaya nie dziwiło wcale. Ani to, że murowanie bramki przez Wiślaków - do czego zresztą została przymuszona - nie popłaciło. Dwukrotnie Rzeszów, po razie Wrocław i Zabrze… Te wszystkie gole strzelał Adamus na obcych stadionach, co zostało odnotowane w przedsezonowym programie „Białej Gwiazdy”. Zdjęcie Irka znalazło się na okładce, zaś na jej odwrocie odnotowano, że sprawa dotyczy „króla strzelców” meczów wyjazdowych I ligi w sezonie 68/69. Oczywiście w kontekście Wisły. I oczywiście w ekstraklasie, bo kiedyś ekstraklasa i I liga znaczyły dokładnie to samo…


adamus

Ligowy mecz z Górnikiem Zabrze zgromadził ponad 35 tysięcy widzów na trybunach. Od lewej: Hubert Skupnik, Jerzy Gorgoń i Ireneusz Adamus. Fot. Archiwum JC


Kamienie z trybun

Gole u siebie strzelał natomiast w meczach o Puchar Intertoto. Raz, na wagę zwycięstwa, trafił do siatki holenderskiego DOS Utrecht, wcześniej ustrzelił dublet kosztem VSS Koszyce. Był to bardzo spektakularny występ Wisły, co znalazło oddźwięk w relacji red. Aleksandra Cichowicza na łamach „Tempa”. Również nie szczędzono pochwał w katowickim „Sporcie”, zapewne uczynił to zazwyczaj nader wybredny red. Stanisław Habzda. Interesujące, że na prawej obronie VSS zagrał w tym meczu Jan Pivarnik. Latem 1976 w barwach Czechosłowacji został rewelacyjnym mistrzem Europy, gdy Stary Kontynent został oczarowany piękną grą drużyny Vaclava Jeżka.


- Z rewanżem już nie wiążą się przyjemne wspomnienia. Nie wziąłem udziału w tym spotkaniu, ale pewnej sprawy nie da się zapomnieć. Nie miało większego znaczenia, że przegraliśmy aż 0-4, bo pierwsze miejsce w grupie było już zagwarantowane (trzy punkty przewagi). Gorąca atmosfera panowała na boisku, zgrozą wiało z trybun. Grało dwóch rywali z tego samego wschodniego bloku, a z trybun posypały się w naszą stronę kamienie. To była próba odwetu za interwencję Układu Warszawskiego w Czechosłowacji rok wcześniej. Najwyraźniej jednak pomylono adresata, bo co my mieliśmy z tym wspólnego? Ale o kamieniach naturalnie nikt nie napisał. Ani u nich, ani u nas…


Ten zły los

Bywa czasem tak, że o losach piłkarza decyduje zwykły przypadek. Niefortunny splot okoliczności, albo po prostu zły los. Krótko po opisanym już zwycięstwie w Rzeszowie (tym 3-2) Adamusa rozpierała energia, bo znajdował się w wysokiej formie. Urwało się w ułamku sekundy, w chwili sfaulowania Irka przez kolegę, który poczuł się rozeźlony tym, że Adamus ograł go kilkakrotnie z rzędu. Później były szczere wyrzuty sumienia i gorące przeprosiny, lecz nie zmieniało to postaci rzeczy, że Adamus stracił praktycznie całą rundę. Już nigdy nie wrócił do tamtego pułapu.


Po odejściu z Wisły znalazł się w Avii Świdnik, gdzie ściągnął go „Messu” Gracz. Następnie był krótki powrót do Błękitnych i gra w Sparcie Kazimierza, którą z kolei prowadził kolega z Wisły (a nade wszystko as Cracovii) Krzysztof Hausner. Nastała pora na skończenie studiów, Irek został magistrem inżynierem metalurgiem. Spełnił tym życzenie rodziców, którzy nie wyobrażali sobie, aby syn został magistrem od fikołków.


Prekursor

- Ja jednak ogromnie żałuję, że nie poszedłem na AWF. Bo trenerkę czułem, ale start w zawodzie miałem utrudniony. Wszędzie patrzono na papiery… II klasa trenerska z pewnością nie spełniała moich oczekiwań, miałem zdecydowanie wyższe aspiracje. Tym bardziej, że w wielu klubach odnosiłem sukcesy jako szkoleniowiec. Konkretne sukcesy, zaznaczone awansami do wyższych klas. Tak było w Clepardii, Cracovii, Karpatach Siepraw, Proszowiance. Ponadto była udana praca w Okocimskim Brzesko, Sandecji, Górniku Wieliczka (przede wszystkim jednak byłem tam dyrektorem) czy Garbarni, gdzie najpierw stworzyłem fundament, a później oszlifowałem świetny zespół, któremu na wiosnę 1989 zabrakło łutu szczęścia, aby odzyskał miejsce w II lidze. W dodatkowym dwumeczu z Bałtykiem Gdynia tak się złożyło, że po przeciwnej stronie trenerskiej barykady stanął mój młodszy brat, ligowiec Gwardii i Legii Warszawa, Adam.


Z kolei w Wiśle byłem w początkach lat 90. prekursorem zawodu wcześniej nieznanego na krajowym rynku. Chodzi o funkcję menedżera, który na przykład umiał pozyskać dla klubu tak klasowych graczy jak Tomasz Kulawik i Jan Gałuszka. Na dzisiejsze pieniądze ich transfery kosztowały 20 tys. zł. Łącznie, za obu… Oczywiście zdarzały się różne sytuacje, jednej z nich nijak nie mogłem pojąć. Podczas kolejnego pobytu w Cracovii, krótko przed rozpoczęciem rundy wiosennej poinformowano mnie, że wprawdzie zachowam posadę do końca sezonu, ale byłoby bardzo niewskazane, aby Cracovia powalczyła o awans, choć miała ku temu realne szanse… Trudno o lepszy „bodziec”, rozstanie stało się po kilku miesiącach nieuchronne.


Wnuczka w roli kibica

Wnuczka Adamusa, Ewa nosi imię po zmarłej babci. Żona Irka bardzo długo i mężnie walczyła ze śmiertelną chorobą. Od 1977 przez długich dziewięć lat. Ewa-juniorka jest córką Kingi i z nieukrywaną przyjemnością chodzi na mecze Wisły. Tej samej Wisły, dla której gole Kostce, Majchrowi i Tomaszewskiemu strzelał dziadek. A on? Mało kto wie o futbolu tak dużo. Może kiedyś uda się te wieloletnie doświadczenia piłkarza, trenera i działacza przelać na papier i nadać temu większą formę? Kto wie…


JERZY CIERPIATKA


adamus1.jpg



więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty