Hiszpan Fabregas powoli sposobi się do roli kata. Przed czterema laty pognębił Włochów w dodatkowych karnych. Wczoraj padło na Portugalczyków. W obu przypadkach chodziło o skuteczne wyegzekwowanie decydujących „11”. Nie wiadomo natomiast czy Hiszpanie zachowają tytuł, co stanowiłoby ewenement w historii EURO.
Wbrew zachwytom telewizyjnych ekspertów nie mieliśmy w Doniecku pasjonującego widowiska. Bento istotnie przygotował świetny plan taktyczny, Portugalia nie dała się zdominować w środkowej strefie boiska. To mógł być klucz do sukcesu, ale - nie licząc szansy w dodatkowych rzutach karnych - samemu też trzeba coś trafić. Uwagę koncentrowano oczywiście na Ronaldo, ale ten nie czuł się dobrze jako egzekutor. Źle wykonywał rzuty wolne, choć znajdował się czasem w obiecującej odległości od bramki Casillasa. No i zmarnował niepowtarzalną szansę w ostatnich sekundach normalnego czasu gry. Wprawdzie podanie do Ronaldo powinno być dokładniejsze, bardziej do przodu, lecz i tak okazja była ogromna. CR7 jednak nie był w sosie.
Po drugiej stronie stołu to samo dotyczyło del Bosque. Ekstrawagancki pomysł z Negredo kompletnie nie wypalił, zaś ustawiczne faule Alvesa na hiszpańskim napastniku (czego najwyraźniej nie dostrzegał arbiter) stanowiły dla del Bosque słabą okoliczność łagodzącą. Z Negredo w podstawowym składzie stracił niemal godzinę cennego czasu, ponadto na dzień dobry pozbył się jednej zmiany. Ale i tak tymi zmianami szafował, rzucenie do boju aż dwóch skrzydłowych (Navas i Pedro) definitywnie zamykało drogę na murawę dla Torresa. A mógłby się bardzo przydać, gdyby przyszło do odrabiania strat. Del Bosque broni wynik. To, że akurat jego piłkarze wygrali w Doniecku los na loterii. Nie zmienia to jednak mego przekonania, że w meczu o finał źle prowadził swój zespół.
Poza zmasowaną ofensywą Hiszpanii w drugiej części dogrywki i w konsekwencji nadzwyczaj konsekwentnego realizowania przez Portugalię planu taktycznego problem kulinarny polegał na tym, że w menu wprawdzie było kilka przystawek, za to zabrakło głównego dania. Dopiero w karnych zrobiło się arcyciekawie. Od razu rodzi się pytanie, dlaczego Bento „przeziębił” Ronaldo, nie wyznaczając go na początek serii. (Tak postąpił Schön wobec Beckenbauera, w finale Czechosłowacja - RFN w EURO ’76). To proste, jeśli mnie pamięć nie myli, CR7 nie był w ostatnim sezonie absolutnie pewnym egzekutorem „11” (vide druga próba podczas rewanżu Realu z Bayernem w LM).
Sam bez bicia przyznaję jednak, że kilka historii donieckich zdumiało mnie. Za pewniaka miałem Alonso, ale to on wpędziłby drużynę w nielichy kłopot, gdyby nie otrzymał natychmiastowego wsparcia ze strony Casillasa przy obronie strzału Moutinha. Ponadto programowo nie lubię, kiedy karne wykonują defensorzy o cokolwiek wątpliwej pewności uderzenia. Tymczasem trafił do siatki Pique, zaś wykręcenie niesamowitego „numeru” przez Ramosa jako żywo przypominało ostatni wyczyn Pirlo. W końcu farciarz Fabregas, w całkowitym przeciwieństwie do pechowca Alvesa, zamknął temat.
Czy był to sprawiedliwy epilog - można dyskutować. Nie da się jednak ukryć, że przez ostatni kwadrans Hiszpanom zdecydowanie mniej zależało na loterii fantowej niż rywalom. Głównie z tego powodu nie dołączam do chóru płaczków nad losem rzekomo skrzywdzonej Portugalii.
JERZY CIERPIATKA