Facebook
kontakt
logo
Tempo logo
„Tempo” wraca! Kultowa gazeta sportowa – przez dekady obowiązkowa lektura kibiców w całej Polsce – już wkrótce w wyjątkowej książce. Ponad 50 lat historii tytułu opowiedzą jego najbardziej znani dziennikarze. Odsłonią kulisy fenomenu „Tempa”, które wychowało tysiące oddanych Czytelników. Pierwsze materiały i archiwalia – najpierw u nas w Internecie! Dlaczego „Tempo” rozpalało emocje? Co kochali w nim kibice, czego nie mieli nigdzie indziej? Skąd wziął się kult, który trwa do dziś? Odpowiedzi w kolejnych rozdziałach książki:
Strona główna > Futbol
5 największych sensacji w historii ekstraklasy: czy Legia i Widzew dopiszą do nich swoją kartę?2026-04-30 20:35:00

Sezon 2025/2026 już teraz zapisuje się w historii Ekstraklasy. Może nie zawsze zachwyca poziomem, ale jedno robi bezbłędnie: zaskakuje. Najlepszy dowód? Klasyk Legia Warszawa – Widzew Łódź, który tym razem toczy się nie o mistrzostwo czy grę w Europie, a o utrzymanie w elicie. Tymczasem o mistrzostwo walczą zespoły, które przez lata częściej goniły niż rozdawały karty.


Czy to najbardziej szalony sezon w historii? Niekoniecznie. Polska piłka już nie raz pisała scenariusze, które trudno było przewidzieć. Oto te, po których naprawdę zbierało się szczękę z podłogi.


Najlepsi w Polsce, drudzy w… Bytomiu!

Szombierki Bytom spędziły w ekstraklasie nieco ponad 20 sezonów. Wśród najbardziej rozpoznawalnych zawodników tego zespołu wymienia się m.in. Marka Koniarka, Jakuba Kamińskiego, a także Romana Ogazę. Choć polskiemu kibicowi zdecydowanie więcej mówią pierwsze dwa nazwiska, to jednak ten ostatni napisał najpiękniejsze karty historii “zielonych”.


Nadchodził sezon 1979/1980. W polskiej piłce (szczególnie na krajowym podwórku) dochodziło do zmiany pokolenia. Dotychczas najlepsi zawodnicy przechodzili na emeryturę, odgrywali coraz mniejsze role lub próbowali swoich sił poza granicami PRL-u. W tych okolicznościach Szombierki Bytom prowadzone przez trenera Huberta Kostkę rozpoczynały sezon z pozycji… drugiej najbardziej popularnej drużyny w Bytomiu. W rankingu kibicowskich sympatii ustępowały bowiem Polonii, która nazywana była wówczas “Królową Śląska”.


Początek rozgrywek nie zwiastował sensacji. Porażką 0:4 z krakowską Wisłą nikogo nie zaskoczyła. Następne kolejki nie budziły też większych nadziei kibiców, bo do Bytomia przyjeżdżał wówczas odrodzony Górnik Zabrze, a tydzień później Szombry wyruszyły do Chorzowa na potyczkę z mistrzowskim Ruchem. Dosyć niespodziewanie oba spotkania zakończyły się zwycięstwem Szombierek, a co więcej w obu meczach na listę strzelców wpisał się wspomniany wyżej Roman Ogaza. Po zwycięstwie nad dwoma rywalami przyszedł remis w derbach z Polonią, a następnie… siedem kolejnych wygranych. Szombierki po chwilowej zadyszce zakończyły rundę jesienną 3 grudnia 1979 roku, kiedy w meczu u siebie rozgromiły Legię Warszawa aż 5:0 (hat-trick Romana Ogazy).


Runda wiosenna była potwierdzeniem jakości. Szombierki grały futbol zdyscyplinowany, pragmatyczny i konsekwentny. Nie imponowały rozmachem, ale kontrolowały przebieg spotkań i minimalizowały błędy. W całym sezonie straciły zaledwie 26 bramek w 30 meczach, co najlepiej pokazuje, na czym zbudowano ten wynik.


W maju 1980 roku historia się domknęła. Drużyna, która jeszcze chwilę wcześniej była „tą drugą w Bytomiu”, sięgnęła po mistrzostwo Polski. Jedno z najbardziej nieoczywistych w dziejach ligi — i jedno z tych, które do dziś przypomina, że w Ekstraklasie hierarchie potrafią zmieniać się szybciej, niż ktokolwiek zdąży je uporządkować.


Hegemon spada z ligi

Górnik Zabrze przez lata był synonimem dominacji. Klub, który seryjnie zdobywał mistrzostwa, regularnie reprezentował Polskę w europejskich pucharach i wychował pokolenie piłkarzy będących wizytówką całej ligi. Jeszcze na początku lat 70. trudno było wyobrazić sobie Ekstraklasę bez Górnika w roli jednego z głównych faworytów. Tym większym szokiem był sezon 1977/78.


Przed startem rozgrywek w Zabrzu zachodziły zmiany, które z perspektywy czasu okazały się początkiem końca pewnej epoki. Z klubu odszedł m.in. Andrzej Szarmach, jeden z liderów ofensywy i gwarant bramek, a trzon zespołu, który przez lata dominował ligę, wchodził w schyłkową fazę kariery. Brakowało naturalnych następców, a dodatkowo nie udało się utrzymać stabilizacji na ławce trenerskiej. W efekcie Górnik wchodził w sezon jako drużyna w przebudowie, pozbawiona dawnej jakości i pewności siebie. To właśnie ten moment przejściowy okazał się najtrudniejszy do udźwignięcia.


Na boisku było to widać coraz wyraźniej. Górnik przestał kontrolować mecze tak, jak robił to wcześniej. Tam, gdzie kiedyś dominował, zaczął gubić punkty. Tam, gdzie potrafił przechylać spotkania na swoją korzyść, zaczęło brakować konkretu i skuteczności. Drużyna, która przez lata narzucała warunki, nagle musiała reagować na to, co robią rywale.

Procesu upadku doczekał się kulminacji. Brak stabilności, problemy kadrowe i spadek formy sprawiły, że Górnik nie był w stanie wydostać się z dolnych rejonów tabeli. Kolejne mecze zamiast budować momentum, pogłębiały kryzys. Zespół, który jeszcze niedawno był punktem odniesienia dla całej ligi, znalazł się w sytuacji, w której walczył już tylko o przetrwanie. Zresztą… bez powodzenia.


Spadek Górnika Zabrze był symbolem tego, jak szybko może zmienić się układ sił w ekstraklasie. Kilka lat po seryjnych mistrzostwach zespół kończy sezon 1977/78 w strefie spadkowej, z dorobkiem dalekim od bezpiecznej strefy (26 pkt przy wymaganych ok. 30 pkt do utrzymania). Ta historia jasno pokazuje, że w tej lidze nie ma miejsca na sentymenty. Możesz mieć wszystko, ale jeśli nie dowozisz tu i teraz: ekstraklasa nie wybacza. Tu nikt nie jest bezpieczny. Czy niebawem przekona się o tym Widzew Łódź? A może Legia? Według bukmachera Superbet taki scenariusz to nie jest science fiction: kurs na spadek RTS to 2.5, a Legii 5.5 za jedną złotówkę postawioną na taki scenariusz. Porażka jednej z tych drużyn w bezpośrednim starciu znacznie skomplikuje – i tak niełatwą – sytuację w walce o utrzymanie w elicie.


Waldek King

W poszukiwaniu kolejnych sensacji zostańmy jeszcze chwilę na Śląsku. Tu bowiem przez lata biło serce polskiej piłki i spośród wszystkich pięknych, a nierzadko zaskakujących futbolowych historii pozostała nam jedna, która wydarzyła się stosunkowo niedawno. A konkretnie w sezonie 2018/2019.


Piast Gliwice jeszcze kilka miesięcy wcześniej bronił się przed spadkiem. Zespół był niestabilny, szukał tożsamości, a jego miejsce było bliżej dolnej połowy tabeli niż walki o cokolwiek więcej. Punkt zwrotny przyszedł wraz z rozpoczęciem pracy przez trenera Waldemara Fornalika, który krok po kroku poukładał drużynę. Bez wielkich deklaracji, bez fajerwerków, ale za to z konsekwencją, spokojem i planem, który zaczął działać dokładnie wtedy, gdy miał przynosić efekty. Zespół zadomowił się w czubie tabeli kończąc rundę jesienną na piątym miejscu.


Wiosna 2019 roku była kolejnym popisem regularności. Piast nie imponował rozmachem a powtarzalnością. Wygrywał, gdy trzeba było wygrać, i nie tracił punktów w momentach, które dla innych okazywały się zabójcze. Na pięć kolejek przed końcem rundy zasadniczej podopieczni Fornalika wskoczyli na podium, a w kraju coraz głośniej mówiło się o coraz większej niespodziance. Piast natomiast nie zwalniał i zaserwował swoim kibicom serię kluczowych zwycięstw, która wyniosła gliwiczan na sam szczyt.


Był moment, w którym Piast mógł zaprzepaścić całą dotychczasową pracę. Zespół Fornalika na początku maja pojechał na Łazienkowską, aby zmierzyć się z faworyzowaną Legią Warszawa. W 12. minucie Martin Konczkowski posłał fenomenalną piłkę w pole karne wojskowych, gdzie bramkarza wojskowych piekielnie mocnym uderzeniem pokonał Gerard Badia (kapitan i lider Piasta). Gliwiczanie nie oddali prowadzenia do końca. 


Piękny sen o mistrzostwie stał się realny, choć mógł się błyskawicznie skończyć. W następnej kolejce na Śląsk przyjechała Jagiellonia Białystok i choć przez większość meczu przegrywała 0:1, to w 89. minucie rzut karny dla gości wykorzystał Jesus Imaz. Jednak kiedy w Warszawie już świętowano korzystny rezultat na południu kraju, to podopieczni Fornalika wyszli z zabójczą kontrą. Tomasz Jodłowiec, były zawodnik Legii, popędził prawym skrzydłem dograł do Jorge Felixa, ten nie zdołał jednak pokonać bramkarza, ale futbolówka wróciła pod nogi popularnego “Jodły”, a ten zdobył jedną z najpiękniejszych bramek w swojej karierze i zapewnił swojej drużynie fotel lidera.


Reszta była już konsekwencją. Drużyna Fornalika dowiozła to, co jeszcze chwilę wcześniej wydawało się nie do dowiezienia. Zespół bez największych nazwisk sięgnął po tytuł, zostawiając za sobą ligowych gigantów.


I właśnie dlatego ta historia wciąż wybrzmiewa tak mocno. Pokazuje bowiem, że w ekstraklasie czasem wystarczy jeden dobrze poukładany zespół, by wywrócić cały porządek do góry nogami.


Spadająca (Biała) Gwiazda

Wisła Kraków jeszcze nie tak dawno była symbolem dominacji. Trzynaście tytułów mistrza Polski, europejskie puchary i drużyna, która przez lata nadawała ton całej lidze. W Krakowie nie pytano, czy Wisła będzie w czołówce. Pytanie brzmiało raczej czy zadowoli się awansem do pucharów, czy zdoła powalczyć o coś więcej. Sezon 2021/22 był jednak koszmarnym finałem wieloletniego procesu, który zakończył się dla kibiców w traumatyczny sposób.


Problemy nie zaczęły się na boisku. Klub przechodził przez jeden z najbardziej burzliwych okresów w swojej historii: zmiany właścicielskie, chaos organizacyjny i brak stabilizacji odbijały się na każdej warstwie funkcjonowania organizacji. Kuriozalny epizod z Vanna Ly tylko pogłębił niepewność, a ratunek przyszedł dopiero wraz z zaangażowaniem ludzi związanych z klubem, w tym Jakuba Błaszczykowskiego oraz Jarosława Królewskiego.


Na boisku jednak brakowało stabilności. Sezon jako szkoleniowiec zaczynał Adrian Gula, później pojawił się tymczasowo Kazimierz Kmiecik, a na finiszu drużynę przejął Jerzy Brzęczek. Trzech trenerów w jednym sezonie to zawsze sygnał alarmowy, zamiast ciągłości był ciągły reset.


Do tego dochodziły transfery, które miały być kołem ratunkowym, a ostatecznie stały się symbolem desperackiej walki o utrzymanie. Wisła przeprowadziła w trakcie sezonu blisko 20 transferów przychodzących: liczba, która sama w sobie pokazuje skalę problemu. Letnia przebudowa szybko okazała się niewystarczająca, więc zimą klub znów sięgnął po kolejne nazwiska, próbując znaleźć brakujące ogniwa. Na Reymonta wrócił m.in. Zdeněk Ondrášek, do dyspozycji pozostawał też Błaszczykowski czyli piłkarze, którzy mieli dać drużynie jakość, doświadczenie i charakter. Problem w tym, że przy tak dużej rotacji trudno było mówić o stabilizacji. Zespół zmieniał się z tygodnia na tydzień. Brakowało automatyzmów, a co gorsza kolejne ruchy kadrowe zamiast porządkować sytuację, tylko ją komplikowały.


Efekt był widoczny w tabeli. Wisła nie była w stanie złapać rytmu, gubiła punkty w kluczowych momentach i przez cały sezon balansowała na granicy strefy spadkowej. Ostatecznie zakończyła rozgrywki z dorobkiem 31 punktów, co nie wystarczyło do utrzymania w Ekstraklasie.


To był moment, który zamknął pewną epokę i pokazał, jak bezwzględna potrafi być ta liga. Ale historia Wisły na tym się nie kończy. W Krakowie odbudowa trwa, a cel jest jasny. Powrót do elity. Wszystko wskazuje na to, że już w tym roku „Biała Gwiazda” znów zagra tam, gdzie jej miejsce.


Faworyci w cieniu

Sezon 2006/2007 miał wyglądać zupełnie inaczej. Na starcie wszystko wskazywało na klasyczny scenariusz. O mistrzostwo Polski powalczą Legia Warszawa i Wisła Kraków, czyli dwie największe siły tamtych lat. Kadra, doświadczenie, historia – wszystko przemawiało za nimi. Problem w tym, że boisko napisało własną historię.


Z tygodnia na tydzień z cienia zaczęły wychodzić dwie drużyny, które początkowo traktowano raczej jako solidnych ligowców niż kandydatów do tytułu. Zagłębie Lubin prowadzone przez Czesława Michniewicza oraz GKS Bełchatów trenera Oresta Lenczyka zaczęły punktować z zadziwiającą regularnością i zadomawiały się w czubie tabeli.


Rywalizacja szybko nabrała charakteru. Z jednej strony pragmatyzm i konsekwencja Michniewicza, z drugiej doświadczenie i spokój Lenczyka. Na boisku tę walkę symbolizowali liderzy obu drużyn. Maciej Iwański w Zagłębiu i Łukasz Garguła w Bełchatowie. Co więcej, wspomniany Garguła wraz z Radosławem Matusiakiem nie tylko brylowali w Ekstraklasie, ale w tamtym czasie odgrywali również kluczowe role w reprezentacji Polski, co tylko podkreślało siłę i jakość zespołu z Bełchatowa.


W miarę upływu sezonu stało się jasne, że to nie będzie historia o powrocie hegemonów, a o przejęciu ligi przez nowe siły. Zagłębie i GKS nie tylko utrzymały tempo, ale wręcz zdominowały wyścig o tytuł, zostawiając za sobą największe marki.


W ostatniej kolejce tytuł wciąż mógł trafić do Bełchatowa. Podopieczni trenera Lenczyka przez lwią część sezonu prezentowali się najlepiej i zasłużenie liderowali ekstraklasie. Bez wątpienia zasłużyli na tytuł i w zasadzie mogliby go zdobyć, gdyby sędzia Hubert Siejewicz uznał bramkę zdobytą przez Rogera Guerreiro w meczu Legii Warszawa z Zagłębiem Lubin. Ten jeden moment, jedna decyzja i jedna nieuznana bramka sprawiły, że historia potoczyła się inaczej. Zagłębie wygrało przy Łazienkowskiej i mogło świętować tytuł mistrza Polski.


To był sezon, który idealnie pokazał, czym potrafi być Ekstraklasa. Nieprzewidywalna, bezwzględna i gotowa w każdej chwili zmienić hierarchię. Bo tu nie zawsze wygrywają ci, którzy „powinni”. Tylko ci, którzy dowożą, kiedy trzeba dowieźć.


Nie do wiary?

Kibice futbolu w naszym kraju różnie podchodzą do rozgrywek rodzimej ligi. Jedni otwarcie uważają ją za najlepszą na świecie. Inni jawnie wątpią w piłkarską jakość jaką proponuje. Znajdą się również tacy, którzy ekstraklasę obserwują wyłącznie ze względu na potencjał humorystyczny. Niezależnie od obranej perspektywy trzeba sobie powiedzieć jasno. Historia ekstraklasy jasno pokazuje, że w tych rozgrywkach niemożliwe nie istnieje. Przekona się o tym warszawska Legia? A może napompowany rekordowym budżetem łódzki Widzew? Meczu o takim ciężarze gatunkowym przy Ł3 nie było od dawna!


Informacja prasowa (Superbet)


superbet.jpg



więcej wiadomości >>>
2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone
Web design by Raszty