Facebook
kontakt
logo
Strona główna > Piłka nożna > Euro 2012
EURO z Krakowa Jerzego Cierpiatki (19): „Dwójka” jest czasem daleko za „jedynką”2012-07-02 13:21:00

Klęska Włochów z Hiszpanami przypomniała mi od razu marny los „Portugalczyków” wiosną 1961. „Orliki” trenera Stiasnego grały pięknie, nawet lepiej od RFN, co udowodnił lewoskrzydłowy Cracovii Kowalik, trafiając do siatki słynnego później Maiera. W finale jednak było tęgie lanie, 0-4 z gospodarzami juniorskiego EURO. W kontekście katastrofy Italii w kijowskim finale nawet wynik się zgadza...


Ale nie tylko, bowiem analogii jest więcej. Zwłaszcza odnoszących się do świetnej gry ekip Stiasnego i Prandellego we wcześniejszych fazach turniejów. Takie sytuacje jak ta sprzed półwiecza i z wczoraj zawsze bolą okrutnie. Można nawet powiedzieć, że sprawiedliwość jest w jakimś sensie zastąpiona przez okrucieństwo zderzenia świeżości z kompletnym brakiem sił. Pocieszeniem pozostaje, iż o rozmiarach klęski zapomina się zdecydowanie szybciej od prestiżu wicemistrzów Europy.


Hiszpania zagrała wczoraj na gigantycznym poziomie, jak nigdy wcześniej w całej imprezie. Od razu rodzi się kwestia: kto byłby w stanie wytrzymać te piekielne warunki? Zapewne nikt na świecie, bo w magicznej drużynie del Bosque zogniskowała się wczoraj absolutna potęga championów świata i już podwójnych mistrzów kontynentu. Na toczenie równorzędnej walki z natchnionymi Iberami nie mieli Włosi żadnych szans. Ale zweryfikowało to dopiero boisko, chyba nikt nie przypuszczał, że przewaga Casillasa i jego compadres będzie aż tak miażdżąca. Kiedy jednak Xavi, Iniesta czy Fabregas przestają być leniwi, a stają się żądni sukcesu i głodni krwi... Kto to przetrwa?


Wracam do Casillasa, ponieważ wbrew temu co sugeruje wynik odegrał ważną rolę. Doskonale sprawdził się w okresie, kiedy po bajkowej akcji Fabregasa z Silvą Włosi wcale nie stracili nadziei. Ataki na hiszpańską bramkę były wcale konkretne, ale zamiary odzyskania remisu spełzły na niczym. Bo między słupkami fruwał Casillas. W odwrotnym położeniu, najgorszym dla bramkarza, znalazł się Buffon. Niczego nie zawinił. Nie miał nic do roboty. Poza wyciąganiem piłek z siatki.


Akcja na 2-0, perfekcyjnie sfinalizowana przez Albę, jeszcze nie kończyła meczu. Równocześnie bardzo przybliżała poznanie jego epilogu. Zwłaszcza, że za moment rewelacyjnie wymienili Hiszpanie kilka podań bez stopingu. Jak nadążyć na boisku, skoro głowa nie nadąża przed telewizorem? Ten przejaw siły, raczej ogromnej mocy, zwiastował co może czekać Włochów, gdy ludzie del Bosque zechcą zachować piorunujące tempo. W każdej chwili było ich na to stać. Za to paliwa we włoskim baku nieuchronnie ubywało.


Zaraz po pauzie arbiter dobrze zdał egzamin z poczucia troski, że „show must go on”. Gdyby Proenca wskazał na wapno po zagraniu ręką we włoskim polu karnym, a niewątpliwie powinien, nastąpiłby przy prawdopodobnym wyniku 3-0 definitywny koniec widowiska. Portugalczyk dał Italii szansę, której nie wykorzystał Di Natale. Kres nadziei, bo przecież nie koniec męk, położyła kontuzja Motty. Gdyby to był hokej, Włochom przyszłoby grać jak z rosyjskimi szatanami, którzy niezależnie od podwójnego prowadzenia mieliby na dodatek komfort dysponowania przewagą liczebną. Do końca meczu, a może i dogrywki. Przy czym to właśnie oni stale utrzymywaliby się przy krążku. Jak Hiszpanie przy piłce...


Torres i za jego wydatną pomocą Mata określili dotkliwe rozmiary klęski. Italia zdecydowanie wcześniej wiedziała, że jest bez żadnych szans. Wiedział to również Prandelli, któremu niektórzy postawią zarzut nadmiernego ryzyka. A co miał robić? I skąd miał wiedzieć, że Motta przebywać będzie na murawie przez cztery minuty?


Z włoskim zdrowiem było wczoraj bardzo kiepsko. Zastanawia na przykład zachowanie Chielliniego, który bezpośrednio przed pierwszym golem pozwolił Fabregasowi na wszystko. Przy replayu z różnych ujęć kamer jak na dłoni było widoczne, że Chiellini programowo odrzuca myśl o zachowaniu normalnym. Czyli próbie wykonania wślizgu, zamiast całkiem swobodnego wpuszczania Fabregasa w podbramkowy korytarz. Chiellini wkrótce po tym zdarzeniu opuścił murawę, z powodu kontuzji. Kiedy jej się nabawił? A raczej, czy przy golu na 1-0 był jeszcze całkiem zdrów? Dziwny brak reakcji nie utwierdza mnie w przekonaniu, że wydolność Chielliniego w 14. minucie była stuprocentowa.


To jednak tylko drobny przyczynek do zasadniczego tematu. A była nią całkiem usprawiedliwiona włoska niemoc. Niemoc, generalnie, totalna. Tak czasem w futbolu bywa, że wszystkie siły grają przeciw. Brak zdrowia, zamiast upragnionego wyrównania otrzymanie kolejnego ciosu, wreszcie niefart Di Natale i dramat Motty. Plus całkowita bezradność Balotellego, którego słabość techniczną obnażył wczorajszy finał doszczętnie. Bo to już nie był kontratak na pełnym gazie i przy wykorzystaniu atletycznych walorów, jak przy golu na 2-0 z Niemcami. Przy grze toczonej częstokroć na małej przestrzeni Balotelli przepadł zupełnie i wcale nie przypadkiem.


Te włoskie próby szukania okoliczności łagodzących nie mają jednak żadnego znaczenia wobec hiszpańskiej racji stanu. Była i jest oparta na majestacie władcy absolutnego, który od czterech lat niepodzielnie rządzi światem. Bezdyskusyjnie najlepiej gra w piłkę na bajecznym poziomie technicznym, którym potrafi oczarować nawet szamanów i kuglarzy.


EURO, tak piękne organizacyjne i obfite w doznania estetyczne, wygrał dyktator, który wczoraj zamknął buzie wszystkim. To pewne. Tak samo pewne jest, że w finale przegrał przez nokaut rywal znakomity. Różnica między Hiszpanią i Włochami polegała jednak dokładnie na tym, że „dwójkę” czasem dzieli od „jedynki” ogromny, czterobramkowy dystans. A tak było wczoraj w Kijowie. Jak dawno temu w Lizbonie...


Jerzy Cierpiatka





więcej wiadomości >>>

REKLAMA

REKLAMA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone ^
Web design by Raszty