Z DOMIESZKĄ RETRO (68)
„Niespodzianki” i sensacje
Wściekłem się ostatnio na „Polsat”, który przyszykował fanom lekkiej atletyki „prezent” fatalnej jakości. Stacja ma monopol na pokazywanie „Diamentowej Ligi” i do tej pory nie zawodziła szanownych telewidzów. Niestety, tylko do chwili, gdy przyszło relacjonować zmagania w Zurychu. Na „Letzigrund” od dawna dzieją się absolutnie frapujące rzeczy. Stary obiekt otwarto jeszcze w 1925, nowa siedziba otworzyła podwoje w 2007, ale niezależnie od tego najwspanialsi lekkoatleci świata trzymają fason kiedyś i teraz.
Arminowi Hary, fenomenalnemu sprinterowi z Niemiec Zachodnich, ani trochę nie przeszkodziła żużlowa bieżnia, aby przebiec „setkę” w równe 10 sekund. Zawody rozegrane ostatnio też stały na rewelacyjnym poziomie. Alison dos Santos zdemolował Karstena Warholma na 400 ppł, zdecydowanie poprawiając i tak już wyśrubowany rekord świata. Należący akurat do sympatycznego Norwega. Amerykanka Masai Russell zdeklasowała konkurencję na 100 ppł, i ona dołożyła fenomenalny rekord globu. Dla telewidza problem tkwił w tym, że awizując bezpośrednią transmisję „Polsat” włączył się mniej więcej od połowy imprezy. Cierpliwie bowiem postanowiono czekać, aż na tym samym kanale dobiegnie w ramach ME pozbawiony stawki mecz Łotwa - Węgry. A że w siatkówce nigdy nie wiadomo, kiedy będzie zdobyty ostatni punkt… Tu akurat mieliśmy „pięciosetówkę”, to znacznie wydłużyło czas akcji. I zluzowanie miejsca dla lekkoatletyki.
Żadnego wolnego kanału sportowego „Polsatu” w tym momencie nie było, zdarza się. Ale dlaczego, do cholery, nie zaczęto odtwarzać pasjonującej gali na Letzigrund z poślizgiem? Przecież każdy wytrwałby jeszcze jedną godzinę przed telewizorem. I miałby pełny obraz fantastycznej imprezy, na dodatek jeszcze przed północą. Tymczasem o rekordzie dos Santosa, albo o wygranej przez Julian Alfred „stumetrówce”, razem z Melissą Jefferson-Wooden na poziomie 10,70 sek. Zamiast bieg po prostu pokazać, opowiedziano o nim już w trakcie bezpośredniej transmisji. Na pocieszenie, powtórzenie mityngu na antenie „Polsatu” jednak miało miejsce. Dwa, albo trzy dni po imprezie…
Teraz o innej niespodziance, a raczej sensacji. Wciąż nie może wyjść z szoku bokserski świat, wydarzenia na londyńskiej O2 Arenie potężnie wstrząsnęły nie tylko Mosesem Itaumą, ale każdym, kto miał się za wieszcza w tej wysoce nieprzewidywalnej dyscyplinie sportu. Pierwszy to raz typy ekspertów nadawały się na wyrzucenie do kosza? Ani pierwszy, ani ostatni… Od razu przypomniał mi się Ron Borges z „The Boston Globe”, który przed trzema dekadami przewidział, że w pasjonującym boju o tytuł wagi ciężkiej Evander Holyfield zastopuje Mike’a Tysona. Że nie da się pożreć „Bestii”, której trumf przewidywało bodaj pół setki żurnalistów. Poza Borgesem, swoją drogą dziennikarzem później nader kontrowersyjnym w głoszonych poglądach. Wtedy jednak, jesienią 1996, Borges zebrał oklaski przy otwartej kurtynie, zwłaszcza że najnormalniej znokautował resztę stawki. Zabrakło tylko gratulacji od Pytii…
Itauma nie chce pamiętać, że urodził się na Słowacji. Bo o ksenofobii każde dziecko chce jak najszybciej zapomnieć. Cała rodzina przeniosła się na Wyspy i to był strzał w „dziesiątkę”. Kariera bokserska Mosesa potoczyła się błyskawicznie. Ani jednej porażki, ani choćby remisu, w 24 walkach amatorskich. I jeszcze większy impet po przejściu na zawodowstwo, co nastąpiło przed trzema laty. Czternaście walk i tyleż zwycięstw. Z czego dwanaście przed czasem, najczęściej błyskawicznie. O ile zdemolowanie Mariusza Wacha nie wzruszyło nikogo, bo Polak od dawna niestety bierze każdą walkę, w której nie ma szans, byle tylko zgadzała się „kasa”, to jeszcze szybsze kompletne rozbicie kiedyś piekielnie groźnego Dilliana Whyte’a utwierdzało w przekonaniu, że Itauma wkrótce sięgnie po tytuł. Sceptycyzm wyrażało tylko dwóch panów: Chorwat Filip Hrgović i jego trener Abel Sanchez, który z Giennadija Gołowkina uczynił megagwiazdę zawodowych ringów.
Hrgović prowokował Itaumę postrzegając go w kategoriach utalentowanego dzieciaka. Sanchez z kolei stawiał akcent na małej liczbie rund przeboksowanych przez Itaumę. A zatem, że błyskawiczne zadawanie nokautów może być dla Mosesa pułapką. Bo tak de facto nikt nie wie jak mocny będzie Itauma na dłuższy dystans. A każde kolejne starcie może zwiększać szanse Hrgovića. O którym powszechnie wiadomo, iż ma szczękę ze stali.
Sanchez dobrze przewidział przebieg walki. Hrgović był wprawdzie liczony w drugim starciu, przegrał każdą z ośmiu rund, ale wciąż stał na nogach. Z Itaumą było akurat odwrotnie. Nagle zaczął chwiać się na nogach, nawet laik dostrzegał, że kompletnie opadł z sił. Rzucenie ręcznika przez jego sekundanta tylko minimalnie poprzedziło zatrzymanie pojedynku przez arbitra. Na Hrgovića spłynął cały splendor. Itaumie potrzebne były nosze. Lekcję wejścia w dorosły świat przeżył okrutnie. Już nie jest niepokonany. Już został naruszony, co w wadze ciężkiej odgrywa często dużą rolę, choć chyba nie w przypadku Mosesa. Nie został znokautowany piekielnym ciosem, raczej przegrał sam z sobą. Jego obóz wierzy, iż z tej lekcji zostaną wyciągnięte właściwe wnioski. Zwłaszcza iż precyzja ciosów i zawrotna szybkość ich wyprowadzania wciąż mogą stanowić ogromny atut Brytyjczyka.
Czy jednak tak się stanie? W boksie na najwyższym szczeblu naprawdę nic nie wiadomo. Do ostatniego gongu. Chyba nigdy nie wymażę z pamięci dramatu Meldricka Taylora, który dawno temu do wiwatu wygrywał na punkty z legendarnym Julio Cesarem Chavezem, aż przez meksykańskiego herosa został znokautowany. Na całe dwie sekundy przed końcem dwunastorundowej walki.
Każdemu wolno wierzyć w odrodzenie Mosesa Itaumy. Sam chciałbym tego. Na razie jednak wolę wierzyć w „Polsat”. Że tym razem nie spóźni się z transmisjami „Diamentowej Ligi” w Brukseli.
JERZY CIERPIATKA
Jerzy Cierpiatka