Burgas 1998
Pierwszy i ostatni / Na temat i o czasie
To był pierwszy w życiu i jedyny w "Tempie" mój służbowy wyjazd za granicę. Dlatego dobrze go zapamiętałem, tym bardziej, że nastąpił w dość burzliwym okresie.
Wrzesień 1998 roku. Po zaledwie 2 latach w "Tempie", zostałem mianowany jego wysłannikiem i to na mecz o punkty piłkarskiej reprezentacji Polski! Nawet dla doświadczonych dziennikarzy obsługa wydarzenia tej rangi, jest, a przynajmniej powinna być, nobilitacją. Dla mnie to było coś więcej - miałem zaszczyt reprezentować "Tempo" za granicą.
***
Wyruszyłem do Bułgarii z wigorem, jednak zdawałem sobie sprawę, że nie będzie mi tam lekko. Polską piłką targał ostry spór pomiędzy UKFiT (dziś powiedzielibyśmy - ministerstwem sportu) a PZPN. Mniejsza o podłoże i istotę tamtego konfliktu, ale moja sytuacja była daleka od komfortowej. "Tempo" opowiedziało się za władzami PZPN z Marianem Dziurowiczem na czele, natomiast gros mediów i opinii publicznej kibicowało ministerstwu sportu, którym kierował Jacek Dębski. Dodatkowo nasza gazeta bardzo sceptycznie odnosiła się do ówczesnego selekcjonera Janusza Wójcika.
Sytuacja była tak napięta, że do meczu z Bułgarią i mojej delegacji w ogóle mogło nie dojść. FIFA i UEFA groziły Polsce wykluczeniem z rozgrywek międzynarodowych, a rozgrywki ligowe miały kadłubowy charakter. Odwoływano mecze w ramach presji na władzach PZPN. Leciałem do Bułgarii w środku polskiej wojny futbolowej, jako młody dziennikarz gazety, która poszła pod prąd.
***
Trzymałem się z Darkiem Leśnikowskim ze "Sportu". Wiek i staż podobne, linia gazety również. Pierwszą lekcję dostaliśmy jeszcze przed startem samolotu. To był czarter, lecieliśmy wszyscy razem - pierwsza reprezentacja, młodzieżówka, działacze, media. Nie mieliśmy przydzielonych miejsc, a że z Darkiem weszliśmy na pokład niemal jako pierwsi, to uznaliśmy, że siądziemy z tyłu. Ledwie zapięliśmy pasy, a już trzeba było je odpiąć.
„A panowie to kto i co tu robicie?” - zagadnął ktoś ze sztabu reprezentacji seniorów. Chyba nawet nie poczekał na odpowiedź. „Panowie się przesiądą. Z tyłu lata kierownictwo”. Za moment w przejściu pojawił się Wójcik i jego świta. Zaliczali się do niej nie tylko jego współpracownicy, ale też wysłannicy „właściwych” mediów.
W Burgas zakwaterowano dziennikarzy - dobrych i złych, „swoich” i „obcych”, „tych” i „tamtych” w jednym hotelu. Siłą rzeczy wpadaliśmy na siebie, i czułem się trochę nieswojo. Nie wywołałem żadnej wojny futbolowej i nie znałem „tamtych”. A w Burgas było ich więcej, mieli bogatszy dorobek i doświadczenie, co tu ukrywać - mocniejszą pozycję w branży. Woleliśmy więc z Darkiem trzymać się od nich na dystans i liczyć na Tomasza Jagodzińskiego. Słynący z żelaznego uścisku dłoni „Jagoda” był wówczas rzecznikiem PZPN, więc nie dał nam w Burgas zginąć.
***
Na boisku poszło! Najpierw młodzieżówka zremisowała 2:2, dość naiwnie, bo dominowała nad Bułgarami. Biało-czerwone koszulki założyli m.in. Kamil Kosowski, Arkadiusz Głowacki, Artur Wichniarek i Jacek Magiera. Dzień później pierwsza reprezentacja kapitalnie rozpoczęła eliminacje do ME, bijąc gospodarzy 3:0, a życiowy mecz rozegrał autor dwóch goli Sylwester Czereszewski.
Sprawozdawałem przez faks i przez telefon. Dziś to brzmi siermiężnie, lecz tak się wtedy pracowało. Zresztą… miało to swój urok. Satysfakcja z tego, że wysłałem „na temat i o czasie”, była dużo większa niż potem, kiedy teksty pisałem taśmowo i błyskawicznie szły internetem.
Biorąc zaś pod uwagę, jak ponura była w naszej piłce ostatnia dekada XX wieku oraz to, że Bułgarzy - wciąż z Christo Stoiczkowem - mieli wówczas większą renomę, wyjazdowe 3:0 Biało-Czerwonych stanowiło naprawdę miły epizod. Miło wspominam tamtą wyprawę.
***
Droga powrotna przedłużyła się za sprawą jednego z piłkarzy młodzieżówki. Postanowił przywieźć bodaj 5-litrową whisky i dziwił się, dlaczego bułgarscy celnicy mają obiekcje. W 1998 roku nam, a zwłaszcza Bułgarom, do UE było wciąż daleko. Po dłuższych targach dali jednak za wygraną.
Nie chcieliśmy z Darkiem nikogo znów drażnić siadaniem z tyłu samolotu. Skoro „kierownictwo” rządziło już przed meczem, to po spektakularnym 3:0 rządziło tym bardziej. Byli na fali, i pod batutą Wójcika donośnie snuli plany wielkiej reprezentacji Polski, która podbije Europę. Ostatecznie nic z tego nie wyszło.
A niezależnego "Tempa" 3 miesiące po Burgas, i mnie w nim, już nie było.
MAREK GILARSKI