Tour de France 1993
Ostatni fax
Moja najbardziej pamiętna przygoda w zagranicznej delegacji? Bez wątpienia Tour de France 1993 r. Redakcja „Tempa” wysłała mnie wówczas do Paryża na ostatni etap wielkiego touru, w którym fantastycznie jechał Zenon Jaskuła. Jednak określenie „wysłała mnie” jest odrobię nieprecyzyjne. Otóż wysłałem się sam!
Lipiec 1993 r. byłby nudny jak to zwykle letnie miesiące, kiedy w sporcie działo się niewiele, albo prawie nic. Sytuację ratował TdF. Od pewnego czasu relacje z wyścigu można było oglądać w Polsce w Eurosporcie. Przed telewizorem w redakcji zbierała się niezła ekipa i wspólnie oglądaliśmy jeden z największych sukcesów polskiego kolarstwa.
Jaskuła przez trzy tygodnie jechał fantastycznie, a kibiców z każdym etapem przybywało przed telewizorem. Nawiasem mówiąc (ulubione określenie red. Mariana Grzegorza Nowaka!) w telewizji wówczas niewiele było widać, ale z rozedrganych plam pikseli, my wybitni fachowcy od sportu, a kolarstwa w szczególności, potrafiliśmy bezbłędnie czytać sytuację na trasie wyścigu! Punktem kulminacyjnym był 21 lipca, kiedy 16. etap z Andory do Saint Lary Soulan wygrywa Zenon Jaskuła, jako pierwszy Polak w historii! Na dodatek zajmuje wysoką trzecią pozycję w generalce. Redakcja eksploduje. Do końca wyścigu pozostają cztery dni. Ktoś złośliwie zauważa, że „Tempa” przy tym nie ma, a relacja pisana jest wyłącznie „z telewizora”. Ciśnienie lekko mi podskakuje, więc z młodzieńczą fantazją rzucam: „A ja bym pojechał”. Iskra przeskoczyła, ogień został podłożony. Ktoś namawia, żebym szedł do naczelnego i zgłosił gotowość. Redaktor Niemiec jest za, a nawet przeciw: „Jak sobie znajdziesz pieniądze, to jedź. Redakcja nie ma kasy na takie ekstrawagancje”. Pomaga szef jednoosobowego działu reklamy „Tempa” Andrzej Domagalski. Pieniądze na moją podróż i hotel wyłoży sklep sportowy („Krokusik”, ul. Zacisze 14, Kraków – lokowanie produktu), w zamian za reklamę w mojej relacji z Paryża. Pozostaje spakować walizkę i… na autobus odjeżdżający – jak wszystkie wówczas autobusy – spod Baru „Smok” przy Pawiej. Witaj przygodo! Jedziemy, za 36 godzin będę na Tour de France! Ale najgorsze miało się dopiero wydarzać za kilka dni, kiedy wrócę do redakcji na Wielopole 1.
Wszystko poszło jak z płatka. Akredytowałem się i ostatni etap wyścigu wokół Les Champs Elysees oglądałem niemal na leżąco pod trybuną honorową. W Hotelu Concorde La Fayette gdzie spali kolarze i mieściło się m.in. biuro prasowe, spotkałem się z Zenkiem Jaskułą, pogadaliśmy, a co usłyszałem trzeba było napisać i wysłać do Polski. W Krakowie pierwsza strona czeka na relację. Wchodzę do biura prasowego, a tam… po horyzont na stolikach ustawione są komputery. Pracują przy nich dziennikarze, co mnie nieco zbiło z tropu, bo w 1993 r. w redakcji „Tempa” nie mieliśmy jeszcze ani jednego komputera. Pisaliśmy wyłącznie na maszynach. Koniec świata! Na szczęście faktycznie na końcu świata wyścigu znalazłem wesołą ekipę hiszpańskich dziennikarzy, którzy towarzyszyli Miguelowi Indurainowi i pisali tylko o nim – którą nogą rano wstał, co zjadł na kolację i takie tam. Oni już po pracy, a najważniejsze, mieli maszyny. Chętnie mi pożyczyli, ale okazało się, że różnice w alfabetach są spore. Po kilku godzinach walki z hiszpańską czcionką na klawiaturze udało się napisać tekst, a poprawki w literach nanieść długopisem. Wystarczyło wysłać. Dyżur w redakcji nocnej na Alei Pokoju miał wspomniany red. Marian Grzegorz Nowak, którego nie należało nadmiernie stresować opóźnianiem korespondencji.
Jak wysłać materiał? Oczywiście tradycyjnym faksem. Okazało się, że za hotelem stoi wielki „wóz Drzymały” a w nim kilkanaście faksów. Wszystkie wolne. Na schodkach drzemał francuski Drzymała, gospodarz tego interesu w Czapeczce France Telekom. Drzemał, bo już nikt nie wysyłał materiałów faksem. Wszyscy używali łącz internetowych, które do nas jeszcze nie dotarły. Faksowy przywitał mnie jak zbawcę. Jego praca znowu miała sens, bo nikt poza mną, nie chciał już korzystać z jego usług. Był bardzo pomocny. Przez trzy godziny uparcie wykręcał dla mnie numer redakcji w Krakowie, który był nieustająco zajęty. „Occupe!” – rozkładał bezradnie ręce mój nowy przyjaciel. Ostatecznie materiał dotarł na czas i został wydrukowany na pierwszej stronie. Tym sposobem Zenon Jaskuła przeszedł do historii jako pierwszy Polak, który wygrał etap na Tour de France, a ja przeszedłem do historii TdF jako ostatni dziennikarz wysyłający zagraniczną korespondencję faksem!
Po powrocie, choć liczyłem na pochwałę za brawurową akcję błyskawicznego zdobycia Paryża, czekała mnie u naczelnika nagana ustna za „samowolne udanie się na zagraniczną delegację”. Ale przecież pan mówił, że jak zdobędę pieniądze, to mogę jechać – przypominałem szefowi. Okazało się, że w szaleństwie tego gorącego pomysłu nie powiedziałem o tym zastępcy naczelnego Jurkowi Wicherkowi, który opiekował się kolarstwem i pisał wcześniejsze relacje. Jurek o moim wyjeździe do Paryża dowiedział się w poniedziałek rano 26 lipca, kiedy wziął „Tempo” do ręki…
WOJCIECH MOLENDOWICZ