Facebook
kontakt
logo
Strona główna > STREFA BLOGU
RYSZARD NIEMIEC o amerykańskim śnie koszykarza Marcina Gortata
autor
Ryszard Niemiec (ur. 1939), dziennikarz, reporter, felietonista, działacz sportowy. Koszykarz m. in. Cracovii, Sparty Nowa Huta, Resovii. Były redaktor naczelny "Dziennika Polskiego", "Tempa", "Gazety Krakowskiej". Laureat Złotego Pióra (1979, 1985). Członek Zarządu Polskiego Związku Piłki Nożnej. Od 1993 prezes Małopolskiego Związku Piłki Nożnej.
Wcześniejsze wpisy:

LEKCJA GIMNASTYKI (472)

Z Clippersami do Hollywood...?

Od początku amerykańskiego snu koszykarza Marcina Gortata kusiło mnie, aby napisać, że to sen lunatyka, z którego prędzej, czy później musi się obudzić… Wygląda na to, że musiał w takim stanie zaliczyć wieloletnią peregrynację z Orlando do Los Angeles, aby dojrzeć do stanu absolutnej trzeźwości i zrozumieć, że w najsilniejszej lidze zawodowej świata jest zawodnikiem odstającym od reszty wirtuozów. Kiedy patrzy się to, co na parkiecie wyczyniają ludzie wchodzący do gry jako ostatni ławkowicze, którym daleko do maestrii wyznaczonej przez Kobe Bryanta, czy LeBrona Jamesa, a nawet debiutanta z Europy - Fina Lauri Markkanena, oglądanie na ich tle naszego rodaka sprawia estetyczną przykrość…


Jest zatem grubym nadużyciem polskich mediów, nie tylko sportowych, przyznawanie Gortatowi statusu wielkiej gwiazdy, porównywalnej do poziomu, dajmy na to, narciarza Stocha, lekkoatletki Włodarczyk, piłkarza Lewandowskiego, siatkarza Kurka, żużlowca Golloba… Promocyjna nadreprezentacja pozycji rankingowej koszykarza bierze się z powiększającego jego rzeczywisty potencjał amerykańskiego lustra i samej magii NBA. Swoje zrobiło też efektywne zarządzanie karierą przez samego zawodnika. Wszystkie jego transfery międzyklubowe obliczone zostały na maksymalne zdyskontowanie swego największego atutu, jakim jest 211 centymetrów wzrostu. Szedł tam, gdzie podkoszowi zawodnicy w granicach 210 cm byli pożądani. Wszędzie pełnił i pełni rolę zawodnika zadaniowego, wypełniającego jasno zarysowane przez trenera zadania taktyczne i nic poza tym. Wychodząc na plac gry ma koncentrować się na kryciu centrów przeciwnej drużyny, walczyć o piłkę na deskach, blokować i stawiać zasłony, dobijać rzuty kolegów. Nie twierdzę, że to mało, aliści każda próba uwolnienia się z tego sztywnego gorsetu, dająca największą radość z gry, a więc zdobywanie punktów z gry rzutami z dystansu, półdystansu, z wejść pod kosz po wygraniu pojedynku 1x1, dla Gortata była owocem zakazanym. Jednym słowem: nasz Marcin to aktor drugiego, a może nawet trzeciego planu wielkiego teatru profesjonalnego basketu. W zaoceanicznej perspektywie jawi się jednak jako heros, jak wszystko za Atlantykiem, co ludowa piosenka, przekorna wobec powojennych realiów biednego kraju pod obcym butem, w bałwochwalczym zapale opowiadała o Stanach Zjednoczonych („…to jest Ameryka, to słynne USA,… a na ziemi raj!...”).


Jedynym weryfikatorem Gortata jako wielkiej gwiazdy koszykówki musiała być postawa w grze dla reprezentacji Polski, która okazała się klapą indywidualną i zespołową. Nasz center, niestety, nie wniósł do gry kadry na tyle poważnych wartości taktyczno-technicznych, by polska drużyna wyszła z głębokich peryferiów europejskiego rankingu. Nie tylko nie wniósł, ale wręcz udowodnił, że jego nieobecność na placu gry podnosi jakość gry, przede wszystkim w ofensywie. Mimo autentycznych starań i woli pomocy drużynie, nie był w stanie zamienić chęci na fakty meczowe. Irytowało go to niewątpliwie, zwłaszcza przez wzgląd na nikłe zdobycze punktowe, chociaż - przyznać należy - nie dawał powodów, by zarzucać mu jakiegoś gwiazdorzenia i niedostatku respektu i szacunku wobec kolegów z drużyny. Czasem przebąkiwał o braku zgrania z zespołem i niedostatecznym ogrywaniu go podaniami, a niekomfortową sytuację przeciął ogłoszeniem, że z kadry Polski rezygnuje i koncentruje się na występach w NBA. Trochę to niekonsekwentna postawa, jak na naszego człowieka w USA, ukazującego silny patriotyzm poza parkietem. Właśnie mija dekada stażu w niej, a ten jubileusz nie układa się, niestety, zbyt majestatycznie. W Los Angeles Clippers, gdzie ma zapewnioną gażę kilkunastu milionów dolców - bardzo wysoką, jak na potrzebnego, ale jednak schyłkowego zawodnika, spełnia funkcje jednego z trzech środkowych i wychodzi na plac w podstawowej piątce. Punktowy pożytek z niego nie satysfakcjonuje ani kibiców, ani trenera, zwłaszcza że mecze z paropunktowym dorobkiem przeplatane bywają zerowymi osiągnięciami. Na polskim ekranie wciąż jednak wyświetlany jest film fabularny o wielkiej gwieździe polskiego sportu, w dodatku niechcąco robiącej karierę w show biznesie, dzięki domniemanemu powiązaniu z zapominaną w kraju aktorką filmową… Ta ostatnia okoliczność skłania nas ku kolejnemu odcinkowi amerykańskiego snu Marcina, tym razem rodem z Hollywood…

REKLAMA

REKLAMA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone ^
Web design by Raszty